czwartek, 7 kwietnia 2011

Dobre skutki pijaństwa?!

W końcu tego dokonam, pokonam samego siebie, swój strach (przed czym?) i napiszę nową notę. Dziwne, kiedyś przychodziło mi to z łatwością, a teraz rozmyślam, zastanawiam się, kilka not było w fazie przygotowawczej, a i tak wylądowały w koszu i tak czas ucieka. Dziś jednak pomyślałem: "ta koncepcja będzie dobra". Nie elaboraty o wszystkim i o niczym, ale może trochę krócej i konkretniej. Na ile to wyjdzie, nie wiem, ale miejmy nadzieję, że pomysł się sprawdzi i że nadal są jacyś czytelnicy Dziennika.

Każdy kto mnie zna jakoś bliżej, wie skąd się wywodzę. Nigdy nie ukrywałem tego, że ojciec mój jest pijakiem. Bo co tu ukrywać? O tym już kiedyś pisałem. Pijaństwo oczywiście przynosi masę złych rzeczy do życia. Boję się tego, że mogę powielić nieudane rodzinne życie ojca. I nie chodzi tu o możliwość wpadnięcia przeze mnie w alkoholizm, ale o to, że mogę tak jak on zupełnie spierdolić kontakt z najbliższymi. Alkoholizm mi nie grozi. Taką przynajmniej mam nadzieję i wiem, że to będzie tylko zależne ode mnie czy ulegnę pokusom, czy nie. Boję się tego, że coś w życiu pójdzie nie tak sprowadzając mnie na złą drogę.

Paradoksalnie jednak tytuł noty mówi o dobrych stronach pijaństwa. Dobrych?! - zapyta ktoś. Jakie mogą być dobre strony tego, że ma się ojca pijaka, który nigdy na rodzinę nie łożył, unikał wszelkiej odpowiedzialności, nie dał żadnego dobrego przykładu? Pierwszą i najważniejszą korzyścią jest właśnie ten kontrast, do którego chcę w życiu dążyć - chcę być zupełnie inny od niego. Chcę skończyć te pieprzone studia, znaleźć pracę i utrzymać swoją rodzinę, stworzyć tam miejsce szczęścia. Drugą jest nauka życiowa - widzę jaki jest on i uciekam, ratuję się wszelkimi możliwymi sposobami, by takim nie być!
Dlatego też poszedłem do pracy. Po co siedzieć z założonymi rękoma w czasie studiów i liczyć na to, że gwiazdka z nieba spadnie? 5 lat studiów (jeśli dobrze pójdzie) i potem iść z CV do pierwszej pracy, a tam w rubrykach doświadczenie, szkolenia pustki. Przecież pracodawca by mnie wyśmiał. Za krótkie to życie jest, bym je marnował na "studiowanie" - wykłady, ćwiczenia, picie, zabawy, wykłady. Mam dwie ręce, dwie nogi, sprawny jestem fizycznie i umysłowo, więc nie będę marnotrawił czasu. I pracuję, łączę to jakoś ze studiami. Napisać ten licencjat, skończyć stopień pierwszy, a potem przystanąć i zastanowić się co dalej. Pewnie dalej będą studia dzienne, ale postaram się łapać jeszcze więcej pracy.

A gdyby to życie rodzinne wyglądało inaczej? Gdyby tatuś nie był pijakiem? Fachmanem jest świetnym, ma duże umiejętności, ludzie chwalą to co robi. Gdyby nie wódka, mógłby mieć własny warsztat, a my z bratem bylibyśmy teraz jego wspólnikami. Studia traktowałbym jako fanaberię, robiłbym je dla frajdy. Miałbym może nieograniczony zasób kasy, bo wystarczyłby sms czy telefon i konto napełniałoby się kasą, którą trwoniłbym na imprezy. Czy byłoby to lepsze życie? Nie znałbym innego, więc pewnie nie zastanawiałbym się nad tym. Ale pewnie byłbym też innym człowiekiem - może leniem bez szacunku dla pracy, pieniądza. Buńczucznym narcyzem skupionym na własnych potrzebach. I Bogu niech będą dzięki za te problemy z ojcem. To jest właśnie szkoła życia. Dzięki tej szkole wiem, że pieniądz też jest ważny. I teraz, kiedy zarabiam własne pieniądze ich wartość doceniam po dwakroć. Każdą złotówkę dwa razy w palcach obracam przed wydaniem, ale też nie skąpię. I dumą napawają mnie dobra słowa o moim gospodarowaniu, które słyszę od Brata czy Mamy.
Ale nie spocznę na laurach. Jeśli nie ta praca, to inna. Rozwój, rozwój i jeszcze raz rozwój! Szkolenia, praca, doświadczenie. I niech to będzie dobrym drogowskazem. Niech mój sukces będzie dobrym skutkiem ojcowego alkoholizmu.

Przepraszam za tak długie milczenie. Pora wrócić. Po raz kolejny.

środa, 13 stycznia 2010

Fenomen

Jedenasty stycznia 2009 roku, godzinę temu skończył się XVIII finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W internecie czytam, że po raz kolejny pobito rekord zebranych pieniędzy i serce mi rośnie, bo zebrane pieniądze pokazują, że Polacy potrafią pomagać, chcą pomagać, tylko potrzebują impulsu. Pokazują to, że potrafimy zjednoczyć się wokół jednej idei, potrafimy być Solidarni i to nie tylko wobec komunizmu, wokół być wrogim wobec czegoś, a także w momencie, gdy trzeba komuś pomóc, zrobić coś dobrego dla drugiego.


Mamy do czynienia z prawdziwym fenomenem WOŚPu jako akcji społecznej, jako swoistego ruchu społecznego. Skąd on się wziął?
Po pierwsze - charyzma
, charyzma Jurka Owsiaka - człowieka 55-letniego (sic!), człowieka, któremu się jeszcze chce. Człowieka, który zaczynał swą pasję od Woodstocku, tego amerykańskiego i zapragnął przenieść go na polski grunt. I zrobił to! Człowieka, który z niczego stworzył potężną machinę, machinę pomocy ludziom. A nawet więcej, pomocy dzieciom, tym, które często same nie potrafią jeszcze mówić, nie mogą napisać protestu, pozwu, podania. I on ujął się za nimi. To się ceni.
Po drugie - organizacja - z każdym rokiem coraz więcej ludzi przyłącza się akcji, wykorzystywanych jest coraz więcej środków masowego przekazu, możliwości dotarcia do ludzi, którzy chcą wspomóc akcję, a nie mają możliwości wrzucenia swojego grosza do puszek. Obecnie można nawet nie ruszać się z domu w dniu finału, a wspomóc akcję przelewem, smsem lub licytacją wszelkich rzeczy. Nic jednak chyba nie cieszy tak, jak widok ludzi młodych i tych młodych duchem, bez ograniczeń wiekowych, którzy czekają na wrzucenie monety do ich puszki. W zamian za to zaś otrzymujemy serduszko, niezmienny symbol od 18 lat. I już świat staje się lepszy, widok obcych nam ludzi, idących tą samą ulicą, którzy mają naklejone gdziekolwiek serduszko WOŚP powoduje chęć uśmiechu do nich. Bo każdy z nas, wrzucających, pomagających jest członkiem wielkiej Rodziny, Rodziny Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. I możemy nosić to serduszko z dumą i dawać dookoła dobry przykład, przykład pomocy.
Po trzecie - jedność - zostało o niej napomknięte już we wcześniejszym punkcie - dzień finału WOŚP to dzień jedności Polaków, zdecydowanej większości Polaków. Bo, niestety, cały czas są ludzie, którzy w akcji Orkiestry widzą samo zło, podejrzane interesy i inne wady. Cóż, takie są prawa demokracji. O nich jednak później, teraz o jedności wspierających. Wszyscy są wtedy jedną wielką Rodziną - prezydent i premier zgodnie wspomagają, ci z lewicy i ci z prawicy na chwilę odkładają na dalszy plan walkę polityczną. To jest ważne, swoiste Treuga Dei, dzień bez awantur, tumultów. Chociaż jeden w roku.
Po czwarte - prostota - nie trzeba poświęcać swego życia, zdrowia, szmatu czasu, by pomóc, wystarczy iść ulicą i zauważyć kwestujących. To też przyciąga Polaków do Orkiestry - możliwość pomocy w sposób niewymagający wielu starań. Ot, grosz do puszki i człowiek już jest kimś lepszym. I ma poczucie tego, że pomógł, może to zauważyć potem w szpitalu, gdy widzi sprzęt oznaczony sercem Orkiestry. I ma świadomość, że to on pomógł w zakupie tego sprzętu ratującego życie najmłodszych.
Połączenie tych kilku czynników daje piorunujący efekt - niebywały sukces, popularność Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, której ufa zdecydowana większość Polaków, co pokazują z roku na rok rosnące kwoty, zebrane przez Orkiestrę.


I tego nie potrafi nawet nadwątlić ojciec Rydzyk i jego środowisko. Swoją drogą, dziwny to ksiądz/zakonnik, który sieje taką nienawiść wokół siebie i podburza do niej ludzi. To jednak temat na kolejne rozważania. W każdym bądź razie nawet słowa płynące na antenie Radia Maryja nie są w stanie powstrzymać tej wielkiej fali dobroci. Jednakże zatrzymam się chwilę na zarzutach stawianych Owsiakowi, aby móc się do nich odnieść.
Zarzut pierwszy - Owsiak i zarząd fundacji WOŚP czerpią duże korzyści majątkowe ze zbiórki. Tak twierdzi Radio Maryja i środowiska jemu tożsame. I tylko one, nikt nie ma na to dowodów, poza tym Orkiestra co roku zamieszcza szczegółowe rozliczenie finansowe. A gdzie można znaleźć rozliczenie Radia Maryja? Ojciec dyrektor nie widzi belki w swoim oku... A gdyby nawet Jerzy Owsiak zarabiał pieniądze poprzez WOŚP (w co wątpię, ma inne pola do zarabiania), to też mu się to należy, wykonuje bowiem kawał dobrej roboty, którą powinno robić państwo.
Zarzut drugi - słynne owsiakowe "róbta co chceta" podnoszone jako zarzut bardzo niepedagogicznego postępowania, namawiania do rozpasania i innych wybryków, zwłaszcza w kontekście Przystanku Woodstock. I tu znów trzeba zadać pytanie - czy od tego "róbta co chceta" ktokolwiek poniósł śmierć na Przystanku? Tak, zdarzają się wypadki śmiertelne, ale są one incydentalne. Z drugiej strony zarzut niepedagogiczności tego zdania jest też chybiony. Nie można bowiem młodych ludzi trzymać na smyczy ciągłych zakazów, nakazów. Dorastający człowiek dobrze wie czego chce i dąży do samorealizacji. Trzeba mu w tym pomagać, a hasło Jurka jest tu bardzo na miejscu, być może z małym dodatkiem wyrazu "ale" - "róbta co chceta, ale... nie krzywdźcie innych, nie ryzykujcie swego zdrowia". Wtedy, wydaje mi się, hasło to będzie bez zarzutu.
Zarzut trzeci - jeden z bardziej niedorzecznych jaki słyszałem - "WOŚP wykonuje pracę należącą do państwa i nie powinna tego robić". Przecież to zakrawa absurdem na kilometr! WOŚP jest podstawą polskiego społeczeństwa obywatelskiego, pokazaniem, że Polacy mogą radzić sobie bez pomocy rządu, że organizacja taka jak Orkiestra jest w stanie zrobić to, czego państwo, władające przecież budżetem, zrobić nie może, nie chce, nie potrafi...
Zarzut czwarty - "część pieniędzy zebranych w WOŚP przeznaczanych jest na Przystanek Woodstock". I owszem, jest on organizowany z pieniędzy WOŚP, ale z pieniędzy od sponsorów i odsetek bankowych od zebranej w zbiórce kwoty. Fundacja sama zarabia i może wydawać pieniądze. Ponadto Woodstock jest podziękowaniem dla wolontariuszy Orkiestry, jest to miejsce wielu spotkań z ludźmi kultury, sztuki. Jest to wielkie wydarzenie muzyczne. I z pewnością zdarzają się na nim narkotyki, ale są incydentalne. A serce powinno rosnąć każdemu Polakowi, który widzi masy, tysiące, miliony młodych ludzi zjednoczonych wokół jednego hasła "Miłość Przyjaźń Muzyka", wspólnie tańczących i bawiących się. Poza tym, młodzież gdzieś musi się "wyszaleć", a gdzie zrobi to lepiej: na Woodstocku tańcząc, tarzając się w błocie czy na ulicy, wyrywając staruszce torebkę z ręki bądź paląc papierosy w bramie? To pytanie do ojca Rydzyka, bo to on bowiem podnosi takie zarzuty. A gdzie on był, gdy Owsiak startował z Orkiestrą? I co robi teraz? Czy ma to coś wspólnego z dobroczynnością? Chyba tylko w stosunku do samego siebie... A to jest zwykły egoizm, niegodny kapłana.

Orkiestra ma wielkie wpływ na życie miasta, w którym organizowane są zbiórki. W dniu tym panuje w nim milsza atmosfera, ludzie są do siebie uśmiechnięci, bardziej serdeczni. To korzyść niematerialna, a są także korzyści czysto materialne. Rozwiniętych jest wiele straganów z wszelkimi produktami, od waty cukrowej do pluszowych misiów, otwarte są sklepy. I to nie jest nic złego, wręcz przeciwnie. Sama obecność Orkiestry napędza gospodarkę. Nie dość, że pomagają dzieciom, to także całemu społeczeństwu. W ramach Orkiestry organizowane są różne koncerty, zabawy, wydarzenia. To kolejna zasługa tej organizacji – ukulturalnianie, dawanie ludziom możliwości kontaktu z kulturą, sztuką. A zespołom dawanie możliwości występów, przekazania swojej sztuki innym.
A jaka może być rola pedagoga w misji WOŚP? Po pierwsze, sam może wspierać, kwestować, licytować na rzecz Orkiestry. Po drugie, i chyba ważniejsze, ma wpływ na młodzież i może wpajać im dobre wzorce, wzorce pomocy. Negować zaś, obalać „fałszywe wzory”. Do tego celu można wykorzystać pogadanki, dyskusje na temat WOŚP, aby dobrze, właściwie kształtować młody umysł. To nauczyciel może wychowywać kolejne pokolenie pomagających Orkiestrze, młodych, dobrych ludzi. I musi z takiego autorytetu korzystać. Inaczej można uznać to za marnotrawstwo okazji do wychowywania młodego pokolenia. A czyż nie do tego stworzony jest nauczyciel?

Podsumowując, można odnieść wrażenie, że jestem fanatykiem Wielkiej Orkiestry. I taka jest prawda, choć mój fanatyzm nie powinien być źle interpretowany. Jestem fanatykiem tej prostoty pomagania, tej wielkiej misji, której wymierne korzyści widać w szpitalach całej Polski. Jerzy Owsiak to wielki bohater i dobrze, że nie angażuje się w politykę, choć gdyby zechciał startować w wyborach prezydenckich, wygrałby je w cuglach. Tego jednak nie zrobi, bo wtedy nie byłby sobą, polityka nie jest miejscem dla ludzi tak szczerych jak on. On robi swoje - pomaga, organizuje - i to daje mu więcej popularności niż prezydentowi i premierowi razem wziętym. I tego trzeba się trzymać do końca świata i o jeden dzień dłużej, jak to mówi Owsiak. Strach tylko pomyśleć, co będzie, gdy ten charyzmatyczny 55-latek przejdzie na emeryturę. Miejmy nadzieję jednak, że nastąpi to jak najpóźniej i będzie miał Owsiak swego następce, który będzie organizował Wielką Orkiestrę do końca świata. I o jeden dzień dłużej... Przeciwnicy zaś zawsze będą, jednak nie ma co z nimi polemizować, są bowiem zaślepieni nienawiścią i żaden dowód do nich nie dotrze, gdy ich guru ma swoje zdanie. A Orkiestra mówi sama za siebie, pokazuje dowody swej dobroczynności i będzie trwać dopóki będą ją wspierać Polacy.

[Wstawki o pedagogu i jego roli na potrzeby zajęć z pedagogiki zostały zrobione]
[Czapka ze zdjęcia jest moja :)]

Witam w nowym roku.

środa, 10 czerwca 2009

Rozpoznaj czas...



Otwórzcie bramy, co nietknione stały...

Byłem tam, czy ktoś da temu wiarę? Mogłem być już rok temu, ale wtedy nie wykorzystałem danej mi przez los szansy, w tym roku było inaczej. I cieszy mnie to.

Wyjazd o piątej, pobudka więc około czwartej, z tym nie było problemu, ostatnio wstaję wcześnie. I fakt, autokar może po nas nie przyjechał, ale czy to ważne by miał wewnątrz ubikację, ekspres do kawy i DVD? Ważne, że dojechaliśmy bezpiecznie. A w czasie jazdy okazało się, że być może dostąpimy tego, co jest, a przynajmniej wydawało mi się kwintesencją Lednicy - przejście przez Bramę-Rybę. Trzeba tylko było mieć szczęście w losowaniu i to nam dopisało... Niestety i ksiądz nieraz chyba kłamie i już po przyjeździe okazało się, że powrót jest przed północą. No cóż się spodziewać, jeśli w swym zmyśle organizatorskim nie pomyślał ksiądz o drugim kierowcy...

Początki, początki jak zawsze są trudne, trudno jest się przekonać do czegoś, choćbyś nawet tego wyczekiwał. Musisz wejść w tę sytuację, musisz do niej przywyknąć i dać porwać się emocjom. I choć nie mam specjalnych problemów z adaptacją do nowych sytuacji, to tutaj zajęło mi to trochę czasu. Przyjechaliśmy, rozlokowaliśmy się w sektorze i ruszyliśmy na zakupy (jakkolwiek by to nie zabrzmiało) i po strawę, tę cielesną. Na duchową był czas później i ta okazała się ogromnym nasyceniem...

Oderwałem się od Torunia, oderwałem się od rozpoczynającej się sesji i wraz z najdroższą mi osobą pojechałem na Lednicę... Chciałem, by nic się nie liczyło, by każda chwila była kontaktem między nami a Szefem. Powtarzałaś, że Lednica to ładowanie akumulatora, odnowa sił. I zgadzam się, poczułem tę moc, poczułem w końcu moc wiary, moc tego dobrowolnego zobowiązania, wyboru drogi, drogi z Szefem. Tam nikt nie patrzył na mnie, nikt nie rzucał na mnie spojrzeń pełnych niechęci (a w kościele nieraz tak było), ludzie się do siebie uśmiechali. Ta radość, ta moc wiary. Powrót do wyznawania miłości Szefowi w piękny sposób - śpiewem, tańcem. O tym marzyłem, do tego dążyłem. Formułki, rutyna coniedzielnej mszy? To może być, to też jest konieczne, ale niestety nuży... A tu, taniec, śpiew, ekspresja uczuć.

Zanim jednak zacząłem pełnym głosem śpiewać i całego siebie zaangażowałem w taniec odbyłem ważną rozmowę z Szefem. Zastanowiłem się czy kiedykolwiek wcześniej z Nim rozmawiałem i doszedłem do wniosku, że tak naprawdę to nigdy moja spowiedź nie była rozmową... Może i miałem dobre chęci, ale zawsze było tak, że po kilku minutach zaczynały boleć kolana przy konfesjonale i myślenie schodziło właśnie na ten dyskomfort. A tu? Podszedłem do księdza i zaproponowałem byśmy usiedli. I zacząłem, chyba całą historię mego życia opowiedziałem, bez świadomości upływającego czasu. Byłem całkowicie szczery i widziałem w tym człowieku jakiegoś posłańca z góry. I nie mówiłem żadnej formułki, po prostu z nim rozmawiałem. I widziałem w nim szczerą chęć rozmowy ze mną, bez oglądania się na zegarek, bez zniecierpliwienia. Słuchał i mówił, z zaangażowaniem. Jego słowa naprawdę do mnie docierały, bo nie były to jakieś odklepywane po stokroć pokuty, po stokroć nauki... A gdy powiedziałem mu o tym, że nie przejdę przez Rybę, powiedział, że to dobrze... Powiedział, bym za rok wrócił tam jako nowy człowiek i wtedy tego aktu dokonał. Wtedy zrozumiałem, że gniew na mojego księdza był nieuzasadniony i niepotrzebny. Po spowiedzi wstaliśmy z trawy, ukląkłem i udzielił mi pokuty i błogosławieństwa. Potem zaś podniósł z ziemi, uścisnęliśmy się i podaliśmy sobie dłonie życząc sobie nawzajem powodzenia. Takich ludzi potrzebuje Kościół.

Koniec tej spowiedzi był jak w kolejnej pieśni lednickiej

Powstań przyjaciółko ma, piękna ma i pójdź!
Bo oto minęła już zima, deszcz ustał i przeszedł,
Na ziemi widać już kwiaty, nadszedł czas przycinania winnic.
Drzewo figowe wydało zawiązki owoców
I winnic krzewy kwitnące już pachną.


Ziarenko zostało zasiane, albo i nie. Ziarenko było, ono cały czas było w moim sercu, ale było tłumione przez chwasty. W końcu te chwasty wyrwałem i chcę by to ziarno się rozwijało, by było zawiązki owoców i bym w czasie przycinania winnic miał cokolwiek do przycięcia, bo na razie tkwiłem w glebie, głęboko... Po tej spowiedzi mogłem w końcu odetchnąć pełną piersią Lednicą. I tak też uczyniłem. Śpiewałem, tańczyłem, poczułem wspólnotę z tymi ludźmi. Był jakiś gorszy moment, ale pokonany został w mig. Msza, potem ważna sprawa - Wybór Chrystusa, dokonany w kilkunastu językach świata. Ludzie naprawdę wierzą, ludzie mają w sercu wiarę w Szefa, który jest też ich przyjacielem, jest przyjacielem każdego. Tylko dajmy Mu szansę, albo nie, dajmy sobie szansę by zobaczyć, że nie jest to gromowładny, długobrody starzec... On jest taki jak Ty i ja, nosi tak samo połatane spodnie czy długie włosy, może być też kobietą (Bóg jest wszystkim). Jedyne co różni Go od nas to idealność. Ale tym, że jest taki jak my z wyglądu, zachowania, pokazuje, że jest możliwe ludzkie dążenie do ideału. By być jak orły, wolni.

Tylko orły szybuja nad granią.
Tylko orłom nie straszna jest przepaść.
Wolne ptaki wysoko latają.
Już za chwilę wylecimy z gniazda!


I nie będę tu używał górnolotnego słownictwa... Nie stanę się zaraz gorliwym katolikiem. Zostanę sobą, ale dopuszczę do mojego życia Szefa, bo wiem, że z nim zwyciężę. I zrozumiałem w końcu co symbolizuje ta Rybka, którą od roku mam...
Tak więc żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek On ci się wydaje.
Prawda, szczera prawda. Nie musisz wyrzekać się swojego życia, On tego nie chce. Chce byś z Nim rozmawiał, bo On jest naszym Przyjacielem, najlepszym z najlepszych.

Jechałem tam po jakiś nowy początek i taki otrzymałem. Teraz to ode mnie zależy, czy go podtrzymam, a tego bardzo chcę. Już wyczerpałem limit życia bez Boga, teraz czas żyć z Szefem w zgodzie. W końcu poczułem, że jestem czyjś... I jedno z trzech marzeń spełniłem, dwa pozostałe też spełnię.

Dziękuję Ci za to, że tam ze mną byłaś, że wprowadziłaś mnie w Lednicę. Chcę by była ona dla Nas corocznym rytuałem. Wierzę w Nas, dzięki Lednicy znów uwierzyłem. I dwie wspólne noce też wiele dały. I teraz też tylko od Nas zależy jak spożytkujemy ziarno nowej miłości. Wierzę, że dobrze, innej rady nie widzę.

Tak, tak Panie, Ty wiesz, że Cię kocham.

On to wie o każdym z Nas. Więc jeśli macie jakieś wątpliwości co do swojej wiary, mierzi Was wybór między moherem a moherem to nie czekajcie dłużej. Za rok na Lednicę. Tam zobaczycie czym jest ta wiara. Ta wiara to śpiew, ta wiara to radość z tego, że ma się najlepszego Przyjaciela. Ja za rok jadę, chcę być tam z Tobą...

wtorek, 19 maja 2009

Ściana

11 miesięcy przeleciało piorunem... Rzekłbym, że do października tamtego roku wszystko było jak w bajce - kolorowo, sielankowo, po prostu klękajcie narody. Oczywistym było, że nie może to trwać wiecznie. W końcu przyjdzie codzienność, przyjdą problemy, a wtedy się przekonacie... - tak prawili realiści, a raczej realistki (coś drogie panie z naszego otoczenia są mało romantyczne. Wszak to faceci powinni stąpać twardo po ziemi, a kobiety wzlatywać na skrzydłach serca pod niebiosa wyobraźni, marzeń, romantyzmu. Od wspomnianego już października następuje okres takiego swoistego rozdwojenia — Toruń-Nidzica. Było ono nieuniknione i jak wiele razy sami sobie powtarzaliśmy i powtarzamy — sami wiedzieliśmy na co się decydujemy i, że jest to tylko przejściowe.

Od października weszły też w Nasze życie nowe zjawiska — kryzysy, wybuchające od czasu do czasu z najróżniejszych powodów. Wiadomo, każdy związek ma lepsze i gorsze momenty. Z tym, że u nas im dalej w las (czyli de facto im bliżej kolejnych, wspólnych wakacji) tym gorzej - kryzysy coraz cięższe, coraz częstsze. Wydawało się nawet, że siła rozmów, siła miłości może sobie z nimi nie poradzić, tak jak radziła sobie ze wszystkimi poprzednimi. Ostatnie dwa były bliskie do przeskoczenia bariery rozmów i rozpieprzenia wszystkiego co jest między nami. O przedostatnim (ostatnim, bo czy ten jest już do końca zażegnany?) kryzysie nie będę pisał. Ja jestem jak ten pies - kopnięty zapomni o ranie, choć kopany często traci ufność. Ja jednak szybko się z ran wylizuję i dalej idę...

Ostatnie dni to jeden wielki pokaz z naszej strony jak nie należy postępować... Najpierw moje słowa pod wpływem impulsu (furia...) i już wybuch. Wybuch gniewu, wybuch wzajemnej złości. Nie lubię, gdy zbyt daleko interpretujesz moje słowa, nie chcę nigdy nic złego dla Ciebie. Cieszę się, że jednak pojechałaś do tego Olsztyna i spróbowałaś tego, co w całości zaznasz już za rok ze mną, tutaj w Toruniu.

I nie chcę dalej roztrząsać tego wszystkiego, bo po co? By potem ktoś mi mówił/pisał, że jestem mistrzem w robieniu z siebie ofiary? Niedoczekanie, droga Anno, dawno nie śledziłaś moich losów. Bo po prawdzie, kiedy ostatnio gadaliśmy? Bardzo dawno temu, a szkoda. Te rozmowy zawsze były wartościowe. A wszystko o czym chcę pogadać z Kasią omówię już w cztery oczy z samą zainteresowaną. Oboje mamy coś za uszami, ale mamy świadomość tego i chęć by to usunąć. (I to co stało się w sobotę udowadnia, że jesteś piękną, wartościową dziewczyną, nie tylko dla mnie. Zaś świadomość ewentualnej konkurencji uwiera. Muszę jednak wierzyć w siebie...). Wiem jedno - nie chcę mówić do "Ściany", chcę by słowa w końcu docierały, by były rozważane. Niech nie będą akceptowane, niech będą dyskutowane. Tylko niech nie odpowiada mi na moje słowa milczenie albo potakiwanie, ironiczne bądź z rezygnacją. Tu jest pierwsza piosenka, która chodzi za mną od dłuższego czasu. Nagrał ją wokalista Indios Bravos - Gutek, z niewiastą o pseudonimie Dziun, przy dużym udziale drugiego twórcy IB - Banacha.



I niech nie będzie już ścian, bo od napieprzania w nie boli łeb, niemiłosiernie. A ściany pokonuje rozmowa. W jednym Migotko masz rację, jeśli związek ma być męczarnią, jest toksyczny, to najlepiej go skończyć... Bo Miłość to nie męczarnia, to jest radość z bycia ze sobą...

Kryzys po raz kolejny zażegnujemy rozmową. Choć nie mówię hop, bo przez telefon niczego nie załatwimy. O nie. Ale jesteśmy na dobrej drodze. Porozmawiamy szczerze, jak przed rokiem, swobodnie. Bez ogródek. Rozwikłamy problemy, rozwiążemy je, wierzę w to. To nie są puste marzenia, nie do spełnienia. I nie myśl nigdy, że chcę Cię przez te zmiany pozbawić Twojej indywidualności, uczynić kobietą pokornego serca. Nic z tych rzeczy, nigdy nie będę miał zamiłowania do pokornych kobiet, ale też nie będę lubował się w wiecznych buntowniczkach, które bronią swej osoby za wszelką cenę. O tym jednak porozmawiamy. Siła rozmowy - to jest to.

Pewnie gdy zaczniesz czytać tę notę, będziesz w strachu, że oto objadę Cię ze wszystkich stron i pewnie się zdziwisz, że tak nie jest. A ponadto na końcu chcę coś jeszcze przekazać :). Znów duet, choć osobno, ale w tej samej piosence, tylko w dwóch wersjach (można bardziej zagmatwać zdanie? ;)).




Piosenki jak najbardziej do przemyślenia. Dla mnie ostatnio takie kwintesencje obrazu młodzieńczej miłości, który może warto naśladować... My mamy może i marzenia nie do spełnienia (zdaniem większości), ale my je spełnimy, bo bardzo tego chcemy. Po prostu musimy coś zmienić. Bez wyrzeczeń ogromnych. Dopuśćmy do tego uczucia trochę rozumu też.

Potem...
Będzie pięknie jak we śnie
:)

I nie od razu będzie kolorowo, pięknie, niebiańsko. Zresztą, jeśli ma być taka sinusoida pięknie-fatalnie, to ja nie chcę. Niech będzie zwykle, normalnie, co nie oznacza nudno czy przyziemnie :). Po prostu bez ogromnych wstrząsów

Wierzę w to, bo jestem, mimo wszystko, człowiekiem wiary.

I ludzie się zmieniają, nie tylko z chęci zysku. A Lednica czeka :). I ja na nią też :).

Amen.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Brudy i jad

W głośnikach "KISS - I was made for lovin' you", a na zegarze 4:32. Od razu odpowiadam na pytania - nie siedziałem całą noc przed monitorem, po prostu przebudził mnie współlokator. I pomyślałem, że mogę coś napisać. O dziwo, gdy było pięknie, gdy brakowało tylko manny z nieba nie pisałem. Gdy coś się psuje, czuję potrzebę pisania. Może to jednak jest Dziennik Samotności?

A teraz już w głośnikach album "Detox" Dżemu. No właśnie, detox. Trwał od 11. czerwca. Trwał? Czyżby się skończył? Oto jest pytanie. Wg Ciebie skończył, wg Ciebie wszystko nagle dobiegło końca. Wcześniej słuchałem świetnego Maleńczuka w piosenkach "Dawna dziewczyno", "Nigdy więcej" i "Jestem sam" - od dwóch dni te piosenki za mną chodzą. Mają coś w sobie. To cudowne przesłanie - miłość i samotność, sentymenty, wspomnienia. I w komentarzach do "Nigdy więcej" napisał:
Jak w piosence "Dawna dziewczyno" śpiewa, że "dziś już nie kocham cię", a widac wyraźnie uczucia do tej osoby, tak tutaj, mimo że "miłość jeszcze żyje w nas" widać beznadziejność sprawy...

Nie sposób się z tym nie zgodzić. Być może i tak jest u Nas? Publicznie wyprałaś brudy, a ja nie mam siły się sprzeciwiać. Będzie tak jak zechcesz. Choć nie, kogo ja chcę oszukać, chcę porozmawiać, chcę to naprawić. Ale bez rezygnowania z czegokolwiek. I nie, nie będę tu odnosił się do Twojej noty, nie będę wylewał strumienia jadu na Nasze brudy. Ty to zrobiłaś, wystarczy. Jestem nierobem, nie dbam o nic, chcę się tylko bawić. Mógłbym się z tym zgodzić, ale pozwolę się nie zgodzić. Zresztą - czy to ważne? Nie, Ty już swoją opinię masz. A ja nie chcę tego zmieniać, tkwij w tym przeświadczeniu. Może zmieni je rozmowa, a może nie... I jak nagle zmieniła się Twoja opinia o mnie. Jeszcze niedawno byłem "och! ach! ideał!", brakowało mi tylko aureolki nad głową. Dziś jestem tym najgorszym, ale uwierz mi, są gorsi.

Chyba jednak się tym przejmuję... "Czy podasz mi swą rękę, a może będziesz się bał..." Mam nadzieję, że nie będzie się bał.

Krótko, porannie i treściwie - dobranoc, a może raczej dzień dobry. Gdy przemyślę więcej, coś więcej napiszę.

W mokrej pościeli miota się,
a potem marzy całe dnie,
że tylko Ciebie chce...

wtorek, 17 marca 2009

Król świata?

Tak, właśnie... Po raz kolejny siedzę przed monitorem i walczę z samym sobą o kolejne zdania. O zdania, które tak naprawdę ułożone w swoim sercu mam cały czas, ale nie mam kiedy ich przelać na klawiaturę. Klawiatura i monitor już nie te same, nie nidzickie. Już toruńskie. Mógłbym teraz zacząć zastanawiać się czy cokolwiek jest takie samo, jak było na początku Dziennika. Wszystko się zmieniło. Ludzie, otoczenie, świat. I ja, ja też się zmieniłem... I nie wiem czy napisać niestety, czy na szczęście, a może żadnego określenia nie dodawać? Taki jest świat, świat się zmienia, bo od stania w miejscu niejeden zginął już kwiat [Edward Stachura "Nie rozdziobią nas kruki i wrony"]

A ja nie chcę zginąć, nie stoję więc w miejscu... Nie stałem też przez te kolejne miesiące ciszy, za które znów przepraszam. Choć, co warte takie przeprosiny, mój ojciec też przeprasza za to, że pije, a dalej pije... Może jestem uzależniony od długich przerw w Dzienniku?

Ta nota ma być nowym początkiem. Wznowieniem mojej działalności. Zawsze uciekałem do tego azylu, gdy było mi w życiu gorzej, a teraz jest lepiej. Nie mogę się jednak okazać wyrodnym dzieckiem mojej własnej idei. Muszę sam siebie przekonać, że mogą tu być też noty optymistyczne. Nie jestem królem świata, dalej jest ze mnie ten nędzarz, dalej ten tułacz, ale już nie samotny. Przemyślenia nie zginęły

Po raz kolejny witam i przepraszam. Chcę pisać i mam głowę pełną idei.

Nowy początek, po raz kolejny.

środa, 3 grudnia 2008

Trzy, cztery, pięć

Znowu przerwa... Znowu trzy miesiące bez pisania. A obiecywałem sobie, obiecywałem czytelnikom (jeśli jeszcze są, w co wierzę), że będę pisał częściej, że wrócą stare czasy dziennikowe, kiedy to noty pojawiały się z dużą częstotliwością. Niejako jednak mam wytłumaczenie - otóż chciałem na nowe zagadnienie spojrzeć z potrzebnym dystansem. A dystans rodzi się z czasem. Teraz jednak jestem już gotów na zmierzenie się z kolejną notą.

Gdy tak czytam przed chwilą napisany wstęp, myślę:"Cholera, on zbyt straszny jest, a przecież pisał będę o rzeczach radosnych, o miłości. A wstęp zalatuje tajemniczością na kilometr..."

Jedenastego listopada minęło pięć miesięcy. Pięć miesięcy od kiedy ostatni raz powiedziałem sobie, że jestem samotny. Wtedy bowiem zaczęła się nowa epoka - MY, która zastąpiła długą i straszną, niemal epokę lodowcową MNIE SAMOTNEGO. I teraz siedząc tu, przed tym monitorem, nie wiem cóż napisać... Przecież taki ogrom trudno oddać słowem pisanym. Jak bowiem streścić serce? Jak przelać na łamy Dziennika pięć najlepszych miesięcy mojego życia? Otóż to jest chyba niewykonalne. Ale zawsze mogę próbować, wszak za próbę nikogo nie ukarano.

Ostatnio zrobiłem mały strumień świadomości, taką małą retrospekcję. Czytałem Dziennik od najstarszych, już może niekiedy zapomnianych not. Szukałem w nich jakiejś ciągłości wydarzeń z tym, co dzieje się dziś. I znalazłem. Wszak od miłości zacząłem, cały czas przebijała się ona w notach i komentarzach. One to już oddzielna historia, w gruncie rzeczy tę notę mógłbym oprzeć na komentarzach, wraz z moimi obecnymi przemyśleniami na ich temat. Z jednej strony jest to pracochłonne - wyszukiwanie, kopiowanie, wklejanie, a z drugiej trochę łażenie na łatwiznę. Dlatego będą być może tylko małe dygresje.

Przejdźmy do sedna. Dziennik istnieje już od ponad dwóch lat. Wspomniany wyżej strumień świadomości pozwolił mi dojrzeć, że cały czas przebijała się ta miłość. Niespełniona, nieszczęśliwa, kulawa, skrzywdzona. Ale warto było to wszystko przeżyć, przygody toruńskie, nidzickie, by dojść do dziś. Uważam, że nie byłbym tym kim jestem, gdyby nie ukształtowanie poprzez dawne dzieje. I za to winien jestem wiadomym osobom dzięki. Patrzę na kalendarz i ciężko mi uwierzyć, że to już pięć miesięcy od czasu pożegnania samotności. I jaki to człek jest podły, zapomniałem już o niej. A może samotność też chciałaby nieraz, bym ją na chwilę odwiedził? Ale czy nie chciałaby mnie wtedy zatrzymać znów przy sobie, na kolejne długie lata? Dlatego wolę jej unikać, wolę żyć z ludźmi, wśród ludzi. Z Tą Jedyną.

Wakacje 2008 były najcudowniejszymi wakacjami mojego dotychczasowego życia. A wszystko właściwie zaczęło się przed wakacjami. To był luty, marzec 2008 roku. Wtedy dokonała się pierwsza ewolucja. Z kumpeli Kasia stała się przyjaciółką. Te długie rozmowy, te spacery. I tak coraz bliżej, coraz bardziej zagłębialiśmy się w swoje dusze. Przyszedł maj, wraz z nim matury, ale one z perspektywy wydają mi się błahe przy tym co działo się w sercach. Wtedy to Kasia po raz pierwszy zaproponowała wspólny Detox, uwolnienie się od wspomnień. I wszystko to miało odbyć się na, rozśmieszającej mnie dziś, zasadzie związku z terminem ważności. Wszak ciążyła nad nami wizja mojego wyjazdu do Anglii. Początkowo bałem się tego, wycofałem się. Jednak serce powiedziało: "Czemu nie? Lepiej uwolnić się od starych wspomnień, by na nowo zacząć coś w Toruniu." I zgodziłem się, termin miał upłynąć początkowo w połowie lipca, potem zaś został przesunięty na jego koniec. Ostatecznie jednak żaden termin do skutku nie doszedł. Dziś dziękuję za to Szefowi, dziękuję Mu za to, że cała ta Anglia nie wypaliła.
Trzynastego lipca dokonała się druga ewolucja. Dojrzałem, to Ona, przez tyle czasu niezauważana skruszyła lód mojego serca, przeskoczyła mur, którym powoli się otaczałem. Mur wspomnień, mur bólu. I zniszczyła mur. I nigdy już nie będę zbierał cegiełek na nowy mur, mury są straszne, odgradzają od ludzi.

Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy.

Nota powstaje już kilka dni i dopiero teraz, gdy czytałem powstały już fragment skojarzyłem kolejny fakt. 11 listopada to nie tylko rocznica pięciu miesięcy, ale także minęły dwa lata od najpierwszej ewolucji, ewolucji toruńskiej. Pierwszej wielkiej miłości. Potem przyszła znów miłość nidzicka, a potem posucha. Nie chodzi tu jednak o rozdrapywanie starych ran, ale o to by zdać sobie sprawę od czego to wszystko się zaczęło, przez co przeszło. By dojść do obecnej sytuacji. Ewolucja, progres, wszystko poszło do przodu. Rozwinąłem się w uczuciach.

Ale wróćmy do meritum tej sekcji noty. Do ważnych chwil, do momentów, które czynią życie piękniejszym. Czas na daty, czas na określenie miejsca i czasu poszczególnych wydarzeń. Któż by tam się pozornie tym przejmował? One jednak po raz kolejny uświadamiają, że już wspólny kawałek mamy za sobą.

Zaczęło się w 2006 roku chyba, w trakcie akcji Oświadczeń Woli. Wtedy jednak Kasia była kumpelą, koleżanką. I taki stopień zażyłości był między nami aż do tego roku. Gdy dziś to wszystko wspominam to śmieję się w głos. Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że będę najszczęśliwszym człowiekiem z Nią, to chyba wyśmiałbym go. A dziś, dziś jest najważniejsza, dziś jest moim szczęściem. Wracając do dat, 29. lutego 2008, data wyjątkowa nie tylko dlatego, że jest raz na cztery lata. Data wyjątkowa, bo wtedy na nowo zaczęliśmy z Kasią rozmawiać po dłuższej przerwie. Czym była ta przerwa spowodowana? Dziś nie pamiętam i chyba nie jest to istotne. A rozmowy były coraz dłuższe, spacery także. Szczególnie upodobaliśmy sobie łażenie do końca ulicy Olsztyńskiej i przesiadywanie na wysepce nad jeziorkiem. Jakoś też w tym czasie powiedziałaś mi o swoich uczuciach. Ja jednak nadal czułem się uwięziony w starych wspomnieniach, w starych miłościach. Rozumiałaś to, akceptowałaś i, co najważniejsze, nie przestałaś kochać. Potem był 17. maja, a zaraz po nim 18... Coś drgnęło, ale tylko na kilkanaście godzin. Tak, wycofałem się wtedy. Potrzebowałem czasu na przemyślenie. Wiem, że bolało Cię to... Po prostu wtedy jeszcze tkwiłem łbem w starych czasach, byłem dalej niepewny tego co czuję. Przekonywanie jednak nie trwało długo. Dziś sam nie pamiętam co mnie przekonało, albo raczej kto. Na pewno była to Kasia, ale czy jeszcze ktoś to nie pamiętam... Faktem jest jednak, że przejrzałem na oczy.

I nastał 11. czerwca. I kolejny przełom, kolejna ewolucja. Podjęliśmy decyzję o wspólnym Detoksie, detoksie od wspomnień. I zdecydowaliśmy się na to mając świadomość, że jest to tylko na miesiąc. To miał być związek z terminem ważności. I znów potwierdziła się sentencja "amor vincit omnia" oraz to, że "kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć." Miałem wyjechać, mieliśmy spędzić ze sobą około miesiąca. Dziś, gdy o tym wszystkim myślę, to trochę śmiać mi się chce. Założenie mieliśmy następujące - będziemy ze sobą przez miesiąc, a potem wrócimy do zwykłej przyjaźni... Jakie to szczęście, że Michał (mój brat) znalazł pracę i z wyjazdu zostały nici.

Szóstego lipca była przyspieszona Gwiazdka w tym roku. Do Nidzicy zawitał Dżem... I w dodatku mogłem z członkami zespołu rozmawiać, zdobyłem autografy. Moja miłość do Dżemu się wzmocniła. A z drugiej strony znów ewoluowały uczucia. Wtedy to po raz pierwszy okazałem Kasi uczucia przy kumplach (to nic wielkiego, ale jednak znaczenie miało). I jeszcze jedno stało się na koncercie. Spotkanie starej i nowej miłości. Wtedy to chyba ostatecznie zdałem sobie sprawę, że stara miłość (jak sama nazwa wskazuje) jest stara i jej czas minął. Nastał czas nowej! I tak, 13. lipca wyznałem Kasi to co czuję. Pamiętam, że chwilę stała zszokowana, nie mogła chyba w to uwierzyć... Potem poprosiła mnie, bym ją upewnił (wszak już raz się z deklaracji wycofałem). Ja jednak byłem pewien. I nie żałuję.

Rozwój

Wakacje roku 2008 spędziłem w połowie w domu, a w drugiej połowie u Kasi. 12 km dzień po dniu pokonywane rowerem. Potem długie spacery, po lasach, nad jeziora. Długie rozmowy, czułości. Coś bez czego nie zbudowalibyśmy tego związku. Wzajemne odkrywanie się... Dzięki Kasi po raz pierwszy mogłem przerzucać węgiel łopatą... To na pierwszy rzut oka śmieszne się wyda każdemu, ale to też było dla mnie ważne. Nigdy nie miałem okazji tak pracować. Okazało się, że umiem i to. Wspólna praca też zbliża, tak jak wspólna opieka nad dziećmi. Zawsze zazdrościłem koleżankom i kolegom, którzy opowiadali jak to nie opiekowali się dziećmi. Sam nigdy tego nie doświadczyłem, aż do tych wakacji. I okazuje się, że jakieś tam zdolności do opieki nad dziećmi mam. Polubiłem to. Mało jest lepszych rzeczy jak obserwowanie rozwoju takiego szkraba. Tu Kasia porównała rozwój dziecka do rozwoju tego uczucia. Początkowo baraszkowało, było takie małe, bezbronne, a teraz jest coraz większe, coraz mniej bezbronne. Rozwija się, jak tam miłość... I dziś śmiejemy się razem, kiedy mówimy: "Gdybyś ktoś powiedział, że my razem jeszcze rok temu..." Tak, wtedy bym chyba wybuchł śmiechem. Ale nie ma rzeczy niemożliwych! Uwierzcie w to i Wy, Drodzy czytelnicy. Dziś wspominamy z uśmiechami na twarzach czasy zwykłego koleżeństwa :).

Za kilka dni będzie pół roku od kiedy jesteśmy razem. Dużo to czy mało? Minęło naprawdę szybko. I są "teorie" mówiące, że pierwsze trzy miesiące związku są piękne, a potem zaczyna się życie, kłopoty, wchodzi marazm, znużenie... Kolejne twierdzenie, które można włożyć między bajki. Jeśli jest miłość, nie ma miejsca na znużenie, znudzenie, marazm. Bo jest rozwój, wspólny, dążenie do wspólnych celów. Naszym celem był i jest Toruń. I w końcu odwiedziliśmy go razem. 8. sierpnia 2008 roku (osiem to dla Chińczyków cyfra szczęśliwa, wtedy też igrzyska olimpijskie w Pekinie się zaczęły) zawitaliśmy w mieście Kopernika. Spacery ulicami tego miasta wzmogły marzenia, marzenia o wspólnej przyszłości. Na sam koniec zaś dopadła nas ulewa, zmokliśmy jak kury. Zmokliśmy razem i to było najważniejsze. I wiem, że i maturę razem pokonamy, a za rok wrócimy do Torunia już razem, do namiastki naszej małej mansardy... A potem dalej i dalej, razem. I niech realiści mówią, że jeszcze wiele przed nami. Fakt, ale "amor vincit omnia".

Idylla?

Ktoś powie: "To wszystko zbyt idealne. Nie mieliście jeszcze żadnych problemów... Pewnie pierwszy problem was pokona". I osoba ta będzie w błędzie, bo pokonaliśmy już przeszkody. Najpierw Kasia pokonała przeszkodę w postaci strachu przed okazaniem mi uczucia. Potem ja pokonałem przeszkodę dawnych wspomnień i strachu przed nowym uczuciem. Potem już wspólnie stanęliśmy przed poważniejszym zadaniem - chemią. I tak, były momenty zwątpienia, były momenty strachu, ale wszystko się udało. Przebrnęliśmy to razem, tak jak ostatni kryzys. I wszystko można rozwiązać, można wyjść z każdej opresji. Ale tylko razem i przez rozmowę.

I niech będą życzliwi, którzy insynuowali i insynuują różne głupoty o naszej dwójce. To już nie nasz problem, a ludzka zazdrość zawsze będzie istniała... Tylko my wiemy jak jest naprawdę. I ta nota też nie przekaże całego uczucia (gdyby przekazała to coś z uczuciem było nie tak...), a poza tym, nie ma sensu pisać wszystkiego. To dopiero byłaby desakralizacja. A są rzeczy, które o sobie nawzajem wiemy tylko my. I tak jest w każdym związku. "Sfera" publiczna i ta prywatna, tylko dla zaangażowanych w uczucie.

To, co zbliża

Co zbliża ludzi w miłości? Miłość można odpowiedzieć, ale to nie wszystko. Samo uczucie niewiele da, jeśli nie jest podbudowane. Podbudowane zaufaniem, podbudowane rozmowami. I co może często najważniejsze - wspólnymi pasjami. Dla nas tą pasją jest Dżem. Można rzec, że to Rysiek Riedel nas zjednoczył, to Rysiek pozwolił przetrwać trudne chwile. I cóż więcej mogę napisać?

Nota ta nie jest poradnikiem "Jak budować dobry związek". Ta nota to po prostu opowieść o tym jak w końcu "zbiegły się tory sieroce naszych dwu planet". Ma być to też podziękowanie dla Tej, która rozwiała mrok mojego życia. Mrok samotności. I po części jest to rozliczenie się z przeszłością. I jak już napisałem wyżej, nie streszczam tu wszystkiego, co się dzieje, bo o wszystkim pisać nie zamierzam. Bo pewne rzeczy są tylko nasze :). Jest to też kolejny powrót Dziennika, mam nadzieję, że już na stałe. Forma Dziennika zmieni się, głowa aż huczy od pomysłów...

"Niebo do wynajęcia, niebo z widokiem na raj..."