I nie wiem co napisać... Dlaczego? Z jakiego powodu!? Co się stało? Wszystko mi się wali. A ja wiem, że to wszystko moja wina!
Od zawsze była jedna rzecz, która mi towarzyszyła. Samotność. Taka w sensie braku miłości... Zawsze chciałem żyć dla ludzi. I zawsze ludzie byli wokół mnie. Bliżsi, dalsi. Przyjaciele, znajomi. Zawsze była okazja by komuś pomóc, by z kimś porozmawiać. Nie było jednak nigdy odwzajemnionego uczucia. Męczyło mnie to, bolało, ale żyłem. Żyłem z tym. Z wiarą, nadzieją i ciągłą miłością. I ciągle do przodu, z miłością, do ludzi. I nieważny był kolejny kopniak od losu. Przyjmowałem je odważnie...
A dziś... Dziś jestem nieszczęśliwy, smutny, nie mam chęci do ciągnięcia tego wózka... A dlaczego?! Bo zostałem pokochany! Ale zostałem pokochany podwójnie... W jednej chwili się ucieszyłem. Powiedziałem, że to może jakiś znak... Świat się zmienia. Świat w końcu docenił takiego śmiecia jakim niewątpliwie jestem. Ale jednocześnie z tym drobnym szczęściem przyszedł wielki smutek. Przecież te dwie sytuacje są na straconej pozycji... Nie chcę być piątym kołem u wozu! Nie chcę rozbijać niczego! Nie chcę krzywdzić nikogo! Wychodzi jak zwykle... Lepiej niech skrzywdzę siebie. Przywykłem już do tego... Przywykłem do smutku, przywykłem do samotności. Oni nie. Oni was kochają... Oni są blisko, ja może też... Ale ja mogę być przyjacielem. Oni może nie... Nie traćcie tych bliskich dla mnie. Ja nie jestem tego wart. Bo ja jestem niewiele wart. Bo ja niewiele mogę dać. Nie mam sznuru pereł, nie mam fury szmalu... Mam tylko serce... Mam tylko rękę, która zawsze złapać można w kłopocie, mam ramię, na którym zawsze można się oprzeć. Mam ucho, które zawsze wysłucha i serce, które zawsze przyjmie to co usłyszy... Ale to za mało. Wiem o tym... I przepraszam za to, że brakuje mi jeszcze tyle...
I w tym momencie myślę, że najlepiej byłoby gdyby w obecnym układzie, który niestety przewiduje cierpienie, cierpiała jedna jedyna osoba... Ja.... Bo ani Wy na to nie zasłużyłyście, ani Oni, Bogu ducha winni... Tylko ja. Więc to ja powinienem to wszystko rozwiązać. Najlepiej byłoby gdybyś i Ty ułożyła sobie z Nim życie i Ty z Nim... Ja sobie poradzę... Bo ja nie jestem wart żadnej z was... Nie mam prawa dotykać tych progów... Nie mam prawa wchodzić z butami w wasze życie. Przepraszam za to, że wlazłem..., jak cham, jak prostak w Twoje i Twoje życie. Nie chciałem nikogo skrzywdzić, wyszło jak zwykle. Chcę cierpieć. Oddajcie mi swoje cierpienie. Wam ono niepotrzebne. Ja je przetrawię na lepsze może coś...
I czyja to wina? Moja wina. To ja jestem taki jaki jestem. Mnie takiego stworzył Stwórca. Bym dał coś temu otoczeniu... Ale dziś daję tylko cierpienie. A tego nie chcę... Ja będę cierpiał... Ja... ja... ja... Nie mogłem dać rady gdy widziałem Twoje łzy... Serce mi pękło... Nie podaruję sobie smutku w Twoich oczach. Nie podaruję sobie tego, że mnie znienawidzicie. Ale na to jestem gotowy. Bo sam do tego doprowadziłem. Sam sobą, sam swoim stylem życia, sam swoim życiem... Wierzcie mi... ja nie jestem żadnym wielkim człowiekiem, nie jestem człowiekiem wartym zachodu. Jestem tylko zwykłym, jednym z tych prostych wyrobników na ziemi. Jestem tym romantykiem, który nie potrafi zejść na ziemię. I to mnie wyklucza... Gdy jechałem do Torunia nie myślałem, że tak się to skończy. Gdy wybrałem się na spacer do parku też o tym nie myślałem. Ale to może znak... Może kurde Bóg (jeśli istnieje, ale chyba musi ktoś nad nami czuwać...) powiedział, że musi coś ze mną zrobić... I sprowadził mi dwa anioły jednocześnie.... A ja nie jestem godzien. Opiekujcie się tymi, których obecnie macie pod swymi skrzydłami. Nie sprawiajcie im bólu, bo mogą odejść. Ja nie odejdę... Bo nie potrafię i nie umiem. I najważniejsze - nie chcę. Chcę być przyjacielem, chcę otrzeć łzy, chcę pocieszyć. Chcę pomagać w problemach. Nie chcę natomiast ich wywoływać.
Z nim będziesz szczęśliwsza - Edward Stachura
Zrozum to, co powiem
Spróbuj to zrozumieć dobrze
Jak życzenia najlepsze, te urodzinowe
Albo noworoczne, jeszcze lepsze może
O północy gdy składane
Drżącym głosem, niekłamane
Z nim będziesz szczęśliwsza
Dużo szczęśliwsza będziesz z nim.
Ja, cóż -
Włóczęga, niespokojny duch,
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko
Jaka epoka, jaki wiek,
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina
Kończy się,
A jaka zaczyna.
Nie myśl, że nie kocham,
Lub że tylko trochę kocham
Jak cię kocham, nie powiem, no bo nie wypowiem -
Tak ogromnie bardzo, jeszcze więcej może
I dlatego właśnie żegnaj,
Zrozum dobrze, żegnaj, żegnaj
Z nim będziesz szczęśliwsza
Dużo szczęśliwsza będziesz z nim.
Ja, cóż -
Włóczęga, niespokojny duch,
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko
Jaka epoka, jaki wiek,
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina
Kończy się,
A jaka zaczyna.
Ze mną można tylko
W dali znikać cicho
Stachura tu określa to co we mnie. Z Nim będziesz szczęśliwsza. Pamiętaj. Ja jestem tylko tym włóczęgą, który zawsze będzie czekał, by pójść na wrzosowisko. A potem odejść. A Ty znów wrócisz do Niego. Więc ułóżcie sobie z nimi. Wszystko będzie dobrze. Ja się od was nie odwrócę... Ja zawsze będę w pobliżu. Czekał będę aby zawsze pocieszyć, zawsze przyjąć problem. Takie moje podejście. I choć kocham to nie mogę. Nie chcę być piątym kołem. Nie chcę rozrywać waszych związków. To jest bowiem największe skurwysyństwo na świecie. Możecie mnie też znienawidzić już dziś... Bo ja chyba na nienawiść zasłużyłem. Nie na miłość. Za dużo zła robię. A chcę dobra. Ale jak to mówią: Dobrymi chęciami to jest piekło wybrukowane. Ale ja nadal będę się starał... I zawsze będę blisko. I to ja zasłużyłem najbardziej na cierpienie.
Włóczęga, niespokojny duch. Dnia 29 listopada, godzina 0:55.
Jeśli tylko uznacie mnie za człowieka niepotrzebnego - wyrzućcie mnie z życia. Kliknijcie na ikonę moją w waszym wewnętrznym komputerze. Potem opcja usuń i ok. I zniknę. Naprawdę. Może ta samotność jest mi przeznaczona. Choć ja nie jestem samotny. Mam przyjaciół... ludzi, którym pomogę i którzy mi pomogą...
I nic nie mogę powiedzieć już. Zgubiłem się we mgle chyba. Mgle w moim sercu. Mgle w życiu. I na zewnątrz też mgła. Już trzeci dzień. Nie widać nic. I bardzo dobrze. Nikt nie patrzy mi w oczy. I mogę spokojnie uronić łzę...
Jutro możemy być szczęśliwi
Jutro możemy tacy być
Jutro by mogło być w tej chwili
gdyby w ogóle mogło być...
Raz Dwa Trzy - Jutro możemy być szczęśliwi. Dobranoc.
wtorek, 28 listopada 2006
środa, 22 listopada 2006
Odcisnęli nas z jednej foremki...:-)
Zaczynałem dziennik z myślą o tym, że ktoś go tam będzie czytał. Ktoś przeczyta, może się uśmiechnie, może wyciągnie jakiś wniosek z jednej czy drugiej noty dla siebie. Tak pisałem i pisałem, komentowaliście to najczęściej wy ;-). Aż do pewnej noty. Pamiętnej już Przyjaciele i "przyjaciele". Pamiętam, że odnośnik do niej znalazł się w moim opisie GG. Zamierzenie było, by i Przyjaciele i "przyjaciele" przeczytali to. Ale przeczytała to też pewna osoba, która ani do jednego, ani w żadnym razie do drugiego grona nie należała. I jeszcze notkę skomentowała... Ach to zuchwała ;-). Podpisała się jako Panna Migotka. I tak komentowała i komentowała wszelakie noty od tamtej pory, cały czas pozostając tajemniczą Panną M. Odsłaniała tylko rąbek tajemnicy... Ale dalej pozostawała tajemnicza... I tak to się toczyło. Ja skołowany gubiłem się w domysłach kimże może być tajemnicza komentująca. Przez pewien okres czasu sądziłem, że jest po prostu jakimś żartem któregoś kumpla... I tak apelowałem o odsłonięcie... o pokazanie się na oczy... Prosiłem nietylko ja ;-). I w końcu dało to efekt...
Dnia 15 listopada 2006
16:51:07 Migotka (GG# xxxxxxx)
hej...
16:51:21 Migotka (GG# xxxxxxx)
stwierdziłam, że wreszcie należałoby się odezwac...
Nawet nie wiesz jak się ucieszyłem tym. Jakie to życie jest dziwaczne... Przez taką skrzynkę, znaczy komputer ludzie się zaprzyjaźniają.
I wybiegając do dnia wczorajszego już, znaczy 22 listopada. O godzinie 19:20 spotkałem w końcu Pannę M. osobiście. Mogliśmy w końcu pogadać, wymienić coś więcej niż tylko uśmiech i "cześć" w szkole... Kwiatka nie miałem - kwiaciarnie o 19 zamknięte już. Ale i tak jakoś od początku czułem, że to musi być dobrze. I zaczęliśmy spacer. Obeszliśmy dobry kawałek naszego małego miasta. W tym czasie omówiliśmy tyle tematów... Nie wiem jak to opisać. To jest wielkie, że ludzie znajdują najczęściej wartościowych ludzi w najbardziej nieprawdopodobnych sytuacjach :).
Najważniejsze co ustaliliśmy na tym spacerze jest to, że jesteśmy chyba jakimś myślowym rodzeństwem, a może w ogóle jesteśmy rodzeństwem ;). Skąd taka idea? Bo nigdy nie spotkałem człowieka, który myślałby identycznie do mnie, który miałby podobne poglądy, tak podobne podejście do życia. I to jeszcze człowiek ten chodzi w spódnicy :o. Cóż nas łączy? Podejście do życia, podobny gust muzyczny. Obydwoje nosimy nasze książki w torbach na ramię. Obydwoje sądzimy, że chyba niebardzo trafiliśmy na swoje czasy... Chyba powinniśmy żyć ciut wcześniej. Ale żyjemy teraz i z tym jest dobrze.
Spotkałem szczerą dziewczynę, z którą jesteśmy złączeni jeszcze jednym wspólnym podejściem. Podejściem do przyjaźni. Ona reprezentuje podejście moje, albo ja reprezentuję jej podejście ;). Nie, reprezentujemy nasze wspólne podejście. Już wiem w tym momencie, że mam naprawdę dobrą przyjaciółkę. A ile wy się znacie?! - zakrzykną zatwardziali normalni realiści... Ile się znamy? Znamy się bezpośrednio, znaczy z rozmów choćby na gg od dni 8. Przez dziennik znamy się dłużej. A ja wiem, że Anna jest moją przyjaciółką. Dzielić tyle wspólnych poglądów, twierdzeń, zdań. To jest wielkie. Aż ciężko to ubrać w słowa. Spotkałem naprawdę dobrą osobę na swojej drodze. Kolejną.
I tak oto, dzięki spontanicznej propozycji, dwoje ludzi miało bardzo miły wieczór. To nic, że padał deszcz... Najważniejsze były te rozmowy. O wszystkim i o niczym. A najczęściej powtarzanym zdaniem było: "Skąd ja to znam" albo Ej... ja mam tak samo.... Bliźnięta, duchowe bliźnięta.
I tak już wiem, że Ania dołącza do grupy przyjaciół, tych szczególnych osób... bardzo ważnych dla mnie. A realiści niech zamilkną. Bo spotkało się dwoje ludzi z przerostem zaufania i wiary w drugiego człowieka. I właśnie dlatego zrozumiały się od pierwszej minuty...
Takich ludzi nie spotyka się codziennie na ulicy... To jest chyba oddziaływanie siły wyższej. Czasem zsyła nam ona takich ludzi, można ich nazwać Aniołami. A kto by pomyślał.... gdyby nie to, że któregoś dnia szukałaś ludzi z Nidzicy, którzy tak jak Ty siedzą nocą przed monitorem, to pewnie byśmy się nie poznali... A tak, to jest jak jest :).
Rozmowy świetne, zrozumienie, uśmiech, swoboda. To jest to co uwielbiam. Z takimi ludźmi jak P. M. warto kraść konie... I ta rozmowa, jakbyśmy się znali od wielu lat, jakbyśmy wiedzieli o sobie wszystko. To jest kolejna piękna strona życia. A my znamy się osobiście od kilku godzin... Ale nie czas gra rolę, tylko serca.
I jeszcze jedno. Odcisnęli nas z jednej foremki. To pewne. Takie bliźnięta z nas. Dobrze, że się spotkaliśmy na swoich drogach. I to zaufanie nasze, które kurcze już jest. A znamy się 8 dni... I ktoś kiedyś powiedział, że to czas warunkuje przyjaźń... Guzik prawda. To zależy od ludzi. Ich podejścia do tego wszystkiego. A takie podejście, które nas łączy, jest najlepsze :). I te rozmowy. O wszystkim. I o modzie, urodzie, o Kaczorach, Romku... Takie błahostki. Ale było też wiele tych ważnych rozmów, o rzeczach wielkich, tych nadziemnych. I ta moja łatwość mówienia o nich została jeszcze podniesiona przez postawę mojej rozmówczyni. Ach, te bliźniaki... z których siostra jest starsza tylko o sześć miesięcy. Co tam... ;). I wzruszyłem Cię? Ale to tylko ja... Taki tam dziwny człowiek, który mówi tylko to co ma w głębi serca. Ten, który nie kryje się z uczuciami. Taki jestem.
P.S. Jakby to powiedziała nasza wspólna pani od biologii: Macie takie same allele duszy... tylko, że jedno z was jest XX, a drugie XY ;).
Dnia 15 listopada 2006
16:51:07 Migotka (GG# xxxxxxx)
hej...
16:51:21 Migotka (GG# xxxxxxx)
stwierdziłam, że wreszcie należałoby się odezwac...
Nawet nie wiesz jak się ucieszyłem tym. Jakie to życie jest dziwaczne... Przez taką skrzynkę, znaczy komputer ludzie się zaprzyjaźniają.
I wybiegając do dnia wczorajszego już, znaczy 22 listopada. O godzinie 19:20 spotkałem w końcu Pannę M. osobiście. Mogliśmy w końcu pogadać, wymienić coś więcej niż tylko uśmiech i "cześć" w szkole... Kwiatka nie miałem - kwiaciarnie o 19 zamknięte już. Ale i tak jakoś od początku czułem, że to musi być dobrze. I zaczęliśmy spacer. Obeszliśmy dobry kawałek naszego małego miasta. W tym czasie omówiliśmy tyle tematów... Nie wiem jak to opisać. To jest wielkie, że ludzie znajdują najczęściej wartościowych ludzi w najbardziej nieprawdopodobnych sytuacjach :).
Najważniejsze co ustaliliśmy na tym spacerze jest to, że jesteśmy chyba jakimś myślowym rodzeństwem, a może w ogóle jesteśmy rodzeństwem ;). Skąd taka idea? Bo nigdy nie spotkałem człowieka, który myślałby identycznie do mnie, który miałby podobne poglądy, tak podobne podejście do życia. I to jeszcze człowiek ten chodzi w spódnicy :o. Cóż nas łączy? Podejście do życia, podobny gust muzyczny. Obydwoje nosimy nasze książki w torbach na ramię. Obydwoje sądzimy, że chyba niebardzo trafiliśmy na swoje czasy... Chyba powinniśmy żyć ciut wcześniej. Ale żyjemy teraz i z tym jest dobrze.
Spotkałem szczerą dziewczynę, z którą jesteśmy złączeni jeszcze jednym wspólnym podejściem. Podejściem do przyjaźni. Ona reprezentuje podejście moje, albo ja reprezentuję jej podejście ;). Nie, reprezentujemy nasze wspólne podejście. Już wiem w tym momencie, że mam naprawdę dobrą przyjaciółkę. A ile wy się znacie?! - zakrzykną zatwardziali normalni realiści... Ile się znamy? Znamy się bezpośrednio, znaczy z rozmów choćby na gg od dni 8. Przez dziennik znamy się dłużej. A ja wiem, że Anna jest moją przyjaciółką. Dzielić tyle wspólnych poglądów, twierdzeń, zdań. To jest wielkie. Aż ciężko to ubrać w słowa. Spotkałem naprawdę dobrą osobę na swojej drodze. Kolejną.
I tak oto, dzięki spontanicznej propozycji, dwoje ludzi miało bardzo miły wieczór. To nic, że padał deszcz... Najważniejsze były te rozmowy. O wszystkim i o niczym. A najczęściej powtarzanym zdaniem było: "Skąd ja to znam" albo Ej... ja mam tak samo.... Bliźnięta, duchowe bliźnięta.
I tak już wiem, że Ania dołącza do grupy przyjaciół, tych szczególnych osób... bardzo ważnych dla mnie. A realiści niech zamilkną. Bo spotkało się dwoje ludzi z przerostem zaufania i wiary w drugiego człowieka. I właśnie dlatego zrozumiały się od pierwszej minuty...
Takich ludzi nie spotyka się codziennie na ulicy... To jest chyba oddziaływanie siły wyższej. Czasem zsyła nam ona takich ludzi, można ich nazwać Aniołami. A kto by pomyślał.... gdyby nie to, że któregoś dnia szukałaś ludzi z Nidzicy, którzy tak jak Ty siedzą nocą przed monitorem, to pewnie byśmy się nie poznali... A tak, to jest jak jest :).
Rozmowy świetne, zrozumienie, uśmiech, swoboda. To jest to co uwielbiam. Z takimi ludźmi jak P. M. warto kraść konie... I ta rozmowa, jakbyśmy się znali od wielu lat, jakbyśmy wiedzieli o sobie wszystko. To jest kolejna piękna strona życia. A my znamy się osobiście od kilku godzin... Ale nie czas gra rolę, tylko serca.
I jeszcze jedno. Odcisnęli nas z jednej foremki. To pewne. Takie bliźnięta z nas. Dobrze, że się spotkaliśmy na swoich drogach. I to zaufanie nasze, które kurcze już jest. A znamy się 8 dni... I ktoś kiedyś powiedział, że to czas warunkuje przyjaźń... Guzik prawda. To zależy od ludzi. Ich podejścia do tego wszystkiego. A takie podejście, które nas łączy, jest najlepsze :). I te rozmowy. O wszystkim. I o modzie, urodzie, o Kaczorach, Romku... Takie błahostki. Ale było też wiele tych ważnych rozmów, o rzeczach wielkich, tych nadziemnych. I ta moja łatwość mówienia o nich została jeszcze podniesiona przez postawę mojej rozmówczyni. Ach, te bliźniaki... z których siostra jest starsza tylko o sześć miesięcy. Co tam... ;). I wzruszyłem Cię? Ale to tylko ja... Taki tam dziwny człowiek, który mówi tylko to co ma w głębi serca. Ten, który nie kryje się z uczuciami. Taki jestem.
P.S. Jakby to powiedziała nasza wspólna pani od biologii: Macie takie same allele duszy... tylko, że jedno z was jest XX, a drugie XY ;).
niedziela, 19 listopada 2006
Tydzień minął...
Minął tydzień. Tydzień temu byłem świeżo po powrocie z Torunia. To co działo się tam opisałem. A teraz jestem tutaj, tydzień po tym. I dalej jestem taki jak byłem wtedy. Cholernie tęsknię. Ale znam już termin następnego wyjazdu. 8. grudnia, w dniu moich siedemnastych (jaki ja jestem stary...) urodzin, znów będę tam... To już niedługo. Na wyciągnięcie ręki. Wytrzymamy.
Minął tydzień. Tydzień pod znakiem ciągłego zamyślenia. Ciągłych myśli o Tobie. Wiesz jak mi myśli kradniesz? Wiesz. I to jest teraz piękne. Nie boję się teraz niczego, bo wiem, że moje serce jest wspomagane przez Twoje. Czuję Ciebie obok, choć nie widzę... Ale czuję, że też myślisz o mnie. To tylko 3 tygodnie jeszcze. I znów Toruń Miasto. I znów wejdę po schodach. I znów zobaczę Ciebie! I powitanie nie będzie już takie jak było tydzień temu... Pamiętasz? Ale byłem spięty... Teraz się z tego śmieję, bo musiałem naprawdę komicznie wyglądać z tą różyczką. I nie wiedziałem, że w tym momencie spotkałem największe szczęście...
Ze spraw bardziej przyziemnych, tak na małą przerwę w moich uniesieniach, muszę powiedzieć, że tydzień minął pod znakiem awarii internetu... Jutro już gość z serwisu musi zawitać. Płaci się, to się wymaga.
I kontynuując. Tydzień minął pod znakiem tęsknoty... Tęsknię... I minął też pod znakiem telefonów. Dzwoniłem i dzwoniłem, to mi dawało namiastkę Ciebie w pobliżu. Słyszeć głos ukochanej osoby to jednak wiele. I jest człowiekowi łatwiej, bo czuję, że osoba ta jest ciut bliżej. Wytrzymam. To tylko kilka dni już...
A wczoraj naprawdę przekonałem się, że pewna osoba jest moim przyjacielem. Wyciągnął mnie kolega Mateusz na spacer. Przeszliśmy około 5 km. Wieczór, ciemność. Rozmowiać można było bez końca. Wielki człowiek z Niego jest. Mądry, godny zaufania. Pomoże mi zawsze gdy mam problem. I za to wielki dla Ciebie Mateuszu szacunek. Ty też zawsze liczyć możesz na starego Skibiego.
Tak samo wszyscy inni przyjaciele Skibiego. Ja wam to muszę powtarzać? W końcu was zanudzę...
Ale to jestem ja... Gdyby mi ktoś powiedział: Weź się zmień, to dostaniesz furę kasy... Tylko po prostu nie zwracaj na ludzi uwagi, bądź zupełnie inny niż byłeś.... Powiedziałbym takiemu człowiekowi staropolskie: Won!. Tak samo ja nie chcę zmieniać was, ludzi w moim otoczeniu. Dlatego nieraz mi nie wychodzi w kontaktach z ludźmi. Ostatnio postanowiłem się wycofać z pewnej znajomości. Znaczy nie wycofać, tylko sprawdzić drugą osobę. I stało się tak jak się stało. Ja tego nie żałuję, bo się uczę kolejnej prawdy o ludziach...
Kocham i tęsknię... Ale wytrzymam.
I jeszcze dwie kwestie. Pierwsza to apel. Do tych czytelniczek, które mają swoich ukochanych tutaj... Szanujcie siebie nawzajem. Macie siebie na wyciągnięcie ręki. A ja? Spójrzcie na tych, którzy tęsknią, bo nie mają kochanych blisko...
Druga. Mateusz powiedział wczoraj, że do uśmiechu potrzeba napięcia 16 mięśni, a do smutku 21... Nie sądzicie, że lepiej się uśmiechać i nie męczyć zbyt wielkiej liczby mięśni?
Minął tydzień. Tydzień pod znakiem ciągłego zamyślenia. Ciągłych myśli o Tobie. Wiesz jak mi myśli kradniesz? Wiesz. I to jest teraz piękne. Nie boję się teraz niczego, bo wiem, że moje serce jest wspomagane przez Twoje. Czuję Ciebie obok, choć nie widzę... Ale czuję, że też myślisz o mnie. To tylko 3 tygodnie jeszcze. I znów Toruń Miasto. I znów wejdę po schodach. I znów zobaczę Ciebie! I powitanie nie będzie już takie jak było tydzień temu... Pamiętasz? Ale byłem spięty... Teraz się z tego śmieję, bo musiałem naprawdę komicznie wyglądać z tą różyczką. I nie wiedziałem, że w tym momencie spotkałem największe szczęście...
Ze spraw bardziej przyziemnych, tak na małą przerwę w moich uniesieniach, muszę powiedzieć, że tydzień minął pod znakiem awarii internetu... Jutro już gość z serwisu musi zawitać. Płaci się, to się wymaga.
I kontynuując. Tydzień minął pod znakiem tęsknoty... Tęsknię... I minął też pod znakiem telefonów. Dzwoniłem i dzwoniłem, to mi dawało namiastkę Ciebie w pobliżu. Słyszeć głos ukochanej osoby to jednak wiele. I jest człowiekowi łatwiej, bo czuję, że osoba ta jest ciut bliżej. Wytrzymam. To tylko kilka dni już...
A wczoraj naprawdę przekonałem się, że pewna osoba jest moim przyjacielem. Wyciągnął mnie kolega Mateusz na spacer. Przeszliśmy około 5 km. Wieczór, ciemność. Rozmowiać można było bez końca. Wielki człowiek z Niego jest. Mądry, godny zaufania. Pomoże mi zawsze gdy mam problem. I za to wielki dla Ciebie Mateuszu szacunek. Ty też zawsze liczyć możesz na starego Skibiego.
Tak samo wszyscy inni przyjaciele Skibiego. Ja wam to muszę powtarzać? W końcu was zanudzę...
Ale to jestem ja... Gdyby mi ktoś powiedział: Weź się zmień, to dostaniesz furę kasy... Tylko po prostu nie zwracaj na ludzi uwagi, bądź zupełnie inny niż byłeś.... Powiedziałbym takiemu człowiekowi staropolskie: Won!. Tak samo ja nie chcę zmieniać was, ludzi w moim otoczeniu. Dlatego nieraz mi nie wychodzi w kontaktach z ludźmi. Ostatnio postanowiłem się wycofać z pewnej znajomości. Znaczy nie wycofać, tylko sprawdzić drugą osobę. I stało się tak jak się stało. Ja tego nie żałuję, bo się uczę kolejnej prawdy o ludziach...
Kocham i tęsknię... Ale wytrzymam.
I jeszcze dwie kwestie. Pierwsza to apel. Do tych czytelniczek, które mają swoich ukochanych tutaj... Szanujcie siebie nawzajem. Macie siebie na wyciągnięcie ręki. A ja? Spójrzcie na tych, którzy tęsknią, bo nie mają kochanych blisko...
Druga. Mateusz powiedział wczoraj, że do uśmiechu potrzeba napięcia 16 mięśni, a do smutku 21... Nie sądzicie, że lepiej się uśmiechać i nie męczyć zbyt wielkiej liczby mięśni?
poniedziałek, 13 listopada 2006
My... Szczęście, szczęście...i tęsknota... i smak truskawek
I zbieram myśli... Choć nie. Te myśli nie muszą być zbierane, bo są cały czas świeże i nie odejdą przez długi czas...
Pojechałem do Torunia. By spotkać się z Nighti... Poza tym byłem na imprezie urodzinowej brata mego. Impreza nieważna. Schlałem się. Takie życie. Takie prawa młodości.
9 listopada 2006. Godzina 16:00. Wychodzę z pośpiesznego do Wrocławia. Wysiadam w Toruniu Mieście. Biorę w garść zakupioną uprzednio różę i wspinam się po schodkach na górę. I widzę, wyłania się nagle postać. I już Ją widzę, Ona widzi mnie... Pierwsza chwila nieśmiałości. Wręczam różę. I idziemy . Początkowo, jak to zwykle przy pierwszym spotkaniu, było trochę nieśmiało. Rzekłbym drętwo. Ale za chwile to przełamujemy. Idziemy do restauracji i zjadamy naleśniki. Przepyszne naleśniki... A następnie cóż... Rozstaliśmy się... Jedenastka odjechała po raz pierwszy... A ja pomaszerowałem do Domu Studenckiego nr 5, gdzie mieszka brat mój. Tam poznaję jego dziewczynę i znajomych. Następnie idziemy na imprezę, z której wróciłem o 11. Znaczy wróciłem w sensie odzyskałem świadomość. No cóż... Przesadziłem z tym i owym i takie efekty. Ważne by wyciągać nauczki...
10 listopada 2006. Wstaję o 11. Czuję się jak wrak. Szybko idę pod prysznic, ale wiem już, że i tak się spóźniłem (umówieni byliśmy na 11:30). Ale Ewa mi przebacza i pozwala przełożyć spotkanie na 12:30. I znów spacer, znów pięknymi uliczkami Torunia... I znów za szybkie rozstanie... I jedenastka odjeżdża po raz drugi...
I przychodzi najważniejszy dzień tego wyjazdu, chyba najważniejszy w moim życiu. Tym, które nic nie znaczy. Ale tego dnia nabrało znaczenia. I znów godzina 16. Znów Plac Rapackiego. Znów wysiadasz z autobusu. A ja już czekam. Z różyczką. A Ty też coś dla mnie masz. Coś co zawsze już będzie mi przypominało ten dzień. Te koraliki, które mam na szyi. Zgodnie z planem idziemy grać w bilard. Godzina gry mija szybko. Wychodzimy więc z lokalu. I ten most... I Twoje słowa na moście. One są w moim sercu wyryte już. W jednym momencie odeszły troski. I idziemy tam... W miejsce nasze... To miejsce już nigdy nie będzie nikogo. Tylko nasze. I powiedz, to przyszło tak nagle. Nie wiem skąd. Wiem tylko, że było cudne. W tym momencie poczułem jak serce mi wypada, jak raduje się tym momentem... Jakim momentem? To była godzina...I ciepło dłoni, ciepło serc... Ciepło? To był żar... Niósł mnie on jak na skrzydłach. I nic się w tym momencie nie liczyło. I teraz też nic się nie liczy. Tylko TY. Ciepło dłoni, żar serc i truskawkowy smak... Nigdy tak przepysznych truskawek nie jadłem. Chwila ta minęła.. I poszliśmy na chwilę ogrzać się. Wypić barszcz. A w barze piosenka, która też będzie już tylko nasza... Ta piosenka już zawsze będzie przypominać mi te momenty. Najpiękniejsze...
Gdy nie bawi Cię już
Świat zabawek mechanicznych
Kiedy dręczy cię ból nie fizyczny
Zamiast słuchać bzdur głupich
Telefonicznych wróżek zza siedmiu mórz
Spytaj siebie czego pragniesz
Dlaczego kłamiesz, że miałaś wszystko
Gdy udając że śpisz
W głowie tropisz bajki z gazet
Kiedy nie chcesz już śnić
Cudzych marzeń
Bosa do mnie przyjdź
I od progu bezwstydnie powiedz mi
Czego chcesz
Słuchaj jak dwa serca biją
Co ludzie myślą - to nieistotne
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak zapalniczka płomień
Jak sucha studnia wodę
Kochaj mnie namiętnie tak
Jakby świat się skończyć miał
Swoje miejsce znajdź
I nie pytaj czy taki układ ma jakiś sens
Słuchaj co twe ciało mówi
W miłosnej studni już nie utoniesz
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak zapalniczka płomień
Jak sucha studnia wodę
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak księżyc w oknie śmiej się i płacz
Na linie nad przepaścią tańcz
Aż w jedną krótką chwilę
Pojmiesz po co żyjesz...
I to brzmiało w moich uszach. Szybko spożyliśmy barszcz i wróciliśmy znów tam. Chcieliśmy tego obydwoje. I znów smak truskawek... Truskawek... truskawek... truskawek... I ta bliskość. I ta świadomość, że ktoś w końcu czuje to co ja... Ktoś w końcu odwzajemnia moje uczucie... Nigdy w życiu tak szczęśliwy nie byłem. Dłonie, delikatny dotyk. Oczy i ten uśmiech. Ten uśmiech wzajemny, który nie pozwalał nam myśleć o czymkolwiek złym... Byliśmy w naszym miejscu, na naszej samotnej wyspie. Bezpieczni, schronieni przed tym całym światem... Ale czas... czas... płynie, nieubłaganie upływała minuta za minutą. A my coraz bardziej chcieliśmy tam zostać... Ale świat nas ściągnął... 20:57, a może to była 20:52... Jedenastka odjeżdża po raz ostatni... A ja zostałem na przystanku jako najszczęśliwszy człowiek i jako ten, którego smutek był nieogarniony...
I wiem jedno... Wiem co czuję. Ty też to wiesz. I wiem co Ty czujesz. I już nigdy w Ciebie nie zwątpię. Już nigdy nie będę człowiekiem małej wiary dla Ciebie... Jesteś dla mnie światem. Jesteś dla mnie życiem, wodą, która mnie poi. Pokarmem, który zaspokaja moje serce. Ale ja nie zasłużyłem! Bo ja niewiele Ci mogę dać.... Choć nie... Zasłużyłem. Zasłużyliśmy na siebie nawzajem...
I teraz wiem jedno. Jestem tego pewniejszy niż byłem wcześniej. Życie moje oddałbym za Ciebie. To nie jest pusty slogan. Moje życie jest teraz sensowniejsze niż kiedykolwiek. Jego sensem jest powrót do Torunia, jak najszybszy. Jego sensem jesteś Ty. I to miejsce, i ciepło. I smak truskawek... Ja wrócę tam na stałe. Wtedy będziemy już zawsze szczęśliwi... Już nie pozwolę Ci się bać, nie pozwolę Ci być smutną. Bo dla mnie jesteś najważniejsza...
I może jest tak jak w tym wierszu...
Ojcze nasz, który jesteś niemy,
który nie odpowiadasz na żadne wołanie,
a tylko rykiem syren co rano dajesz znać, że świat
ciągle jeszcze istnieje,
przemów:
ta dziewczyna jadąca tramwajem do pracy,
w tandetnym płaszczu, z trzema pierścionkami
na palcach, z resztką snu w zapuchniętych oczach,
musi usłyszeć Twój głos,
musi usłyszeć Twój głos, by się zbudzić
w ten jeszcze jeden świt.
Ojcze nasz, który nic nie wiesz,
który nie patrzysz nawet na tę ziemię,
a tylko codzienną gazetą obwieszczasz, że świat,
że nasz świat trwa uporządkowany, spójrz:
ten mężczyzna siedzący za stołem, schylony
nad kotletem mielonym, setką wódki, płachtą
popołudniówki tłustą od sosu i druku,
musi wiedzieć, że Ty także wiesz,
musi wiedzieć, że wiesz, aby przeżyć
ten jeszcze jeden dzień.
Ojcze nasz, którego nie ma,
którego imienia nikt nawet nie wzywa
prócz dydaktycznych broszur piszących Cię z małej
litery, bo świat
radzi sobie bez Ciebie,
bądź:
ten człowiek, który kładzie się spać i przelicza
wszystkie swe dzisiejsze kłamstwa, lęki, zdrady,
wszystkie hańby konieczne i usprawiedliwione
musi wierzyć, żeś jednak jest,
musi wierzyć, żeś jest, aby przespać
tę jeszcze jedną noc.
Ale On musi być, ktoś musi być! Bo to On zesłał mi Ciebie na swą drogę... Choć może jestem niegodzien... Ale jednak godzien... W Twych ramionach czułem się niebiańsko...
I jestem teraz szczęśliwy, ale i nieszczęśliwy. Ale pokrzepia mnie to uczucie, że dla kogoś jestem naprawdę ważny. Że ktoś myśli o mnie tak jak ja o tej osobie... Że ktoś odwzajemnia to co czuję. I powiedziałaś mi to jako pierwsza...
Ty wiesz co ja czuję, to się nie zmieni... Życie za Ciebie oddam, tylko powiedz kiedy. Zniszczę każdego, kto będzie chciał zrobić Ci krzywdę... Ochronię Cię przed złem tego świata... W zamian nic nie oczekuję... Bo wystarczy, że jesteś... Jesteś bowiem najważniejszą osobą w moim życiu... Dzięki Tobie odrzucam życiowe smutki. Myśl o Tobie mnie pokrzepia... I już do Ciebie tęsknię...
Pojechałem do Torunia. By spotkać się z Nighti... Poza tym byłem na imprezie urodzinowej brata mego. Impreza nieważna. Schlałem się. Takie życie. Takie prawa młodości.
9 listopada 2006. Godzina 16:00. Wychodzę z pośpiesznego do Wrocławia. Wysiadam w Toruniu Mieście. Biorę w garść zakupioną uprzednio różę i wspinam się po schodkach na górę. I widzę, wyłania się nagle postać. I już Ją widzę, Ona widzi mnie... Pierwsza chwila nieśmiałości. Wręczam różę. I idziemy . Początkowo, jak to zwykle przy pierwszym spotkaniu, było trochę nieśmiało. Rzekłbym drętwo. Ale za chwile to przełamujemy. Idziemy do restauracji i zjadamy naleśniki. Przepyszne naleśniki... A następnie cóż... Rozstaliśmy się... Jedenastka odjechała po raz pierwszy... A ja pomaszerowałem do Domu Studenckiego nr 5, gdzie mieszka brat mój. Tam poznaję jego dziewczynę i znajomych. Następnie idziemy na imprezę, z której wróciłem o 11. Znaczy wróciłem w sensie odzyskałem świadomość. No cóż... Przesadziłem z tym i owym i takie efekty. Ważne by wyciągać nauczki...
10 listopada 2006. Wstaję o 11. Czuję się jak wrak. Szybko idę pod prysznic, ale wiem już, że i tak się spóźniłem (umówieni byliśmy na 11:30). Ale Ewa mi przebacza i pozwala przełożyć spotkanie na 12:30. I znów spacer, znów pięknymi uliczkami Torunia... I znów za szybkie rozstanie... I jedenastka odjeżdża po raz drugi...
I przychodzi najważniejszy dzień tego wyjazdu, chyba najważniejszy w moim życiu. Tym, które nic nie znaczy. Ale tego dnia nabrało znaczenia. I znów godzina 16. Znów Plac Rapackiego. Znów wysiadasz z autobusu. A ja już czekam. Z różyczką. A Ty też coś dla mnie masz. Coś co zawsze już będzie mi przypominało ten dzień. Te koraliki, które mam na szyi. Zgodnie z planem idziemy grać w bilard. Godzina gry mija szybko. Wychodzimy więc z lokalu. I ten most... I Twoje słowa na moście. One są w moim sercu wyryte już. W jednym momencie odeszły troski. I idziemy tam... W miejsce nasze... To miejsce już nigdy nie będzie nikogo. Tylko nasze. I powiedz, to przyszło tak nagle. Nie wiem skąd. Wiem tylko, że było cudne. W tym momencie poczułem jak serce mi wypada, jak raduje się tym momentem... Jakim momentem? To była godzina...I ciepło dłoni, ciepło serc... Ciepło? To był żar... Niósł mnie on jak na skrzydłach. I nic się w tym momencie nie liczyło. I teraz też nic się nie liczy. Tylko TY. Ciepło dłoni, żar serc i truskawkowy smak... Nigdy tak przepysznych truskawek nie jadłem. Chwila ta minęła.. I poszliśmy na chwilę ogrzać się. Wypić barszcz. A w barze piosenka, która też będzie już tylko nasza... Ta piosenka już zawsze będzie przypominać mi te momenty. Najpiękniejsze...
Gdy nie bawi Cię już
Świat zabawek mechanicznych
Kiedy dręczy cię ból nie fizyczny
Zamiast słuchać bzdur głupich
Telefonicznych wróżek zza siedmiu mórz
Spytaj siebie czego pragniesz
Dlaczego kłamiesz, że miałaś wszystko
Gdy udając że śpisz
W głowie tropisz bajki z gazet
Kiedy nie chcesz już śnić
Cudzych marzeń
Bosa do mnie przyjdź
I od progu bezwstydnie powiedz mi
Czego chcesz
Słuchaj jak dwa serca biją
Co ludzie myślą - to nieistotne
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak zapalniczka płomień
Jak sucha studnia wodę
Kochaj mnie namiętnie tak
Jakby świat się skończyć miał
Swoje miejsce znajdź
I nie pytaj czy taki układ ma jakiś sens
Słuchaj co twe ciało mówi
W miłosnej studni już nie utoniesz
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak zapalniczka płomień
Jak sucha studnia wodę
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak księżyc w oknie śmiej się i płacz
Na linie nad przepaścią tańcz
Aż w jedną krótką chwilę
Pojmiesz po co żyjesz...
I to brzmiało w moich uszach. Szybko spożyliśmy barszcz i wróciliśmy znów tam. Chcieliśmy tego obydwoje. I znów smak truskawek... Truskawek... truskawek... truskawek... I ta bliskość. I ta świadomość, że ktoś w końcu czuje to co ja... Ktoś w końcu odwzajemnia moje uczucie... Nigdy w życiu tak szczęśliwy nie byłem. Dłonie, delikatny dotyk. Oczy i ten uśmiech. Ten uśmiech wzajemny, który nie pozwalał nam myśleć o czymkolwiek złym... Byliśmy w naszym miejscu, na naszej samotnej wyspie. Bezpieczni, schronieni przed tym całym światem... Ale czas... czas... płynie, nieubłaganie upływała minuta za minutą. A my coraz bardziej chcieliśmy tam zostać... Ale świat nas ściągnął... 20:57, a może to była 20:52... Jedenastka odjeżdża po raz ostatni... A ja zostałem na przystanku jako najszczęśliwszy człowiek i jako ten, którego smutek był nieogarniony...
I wiem jedno... Wiem co czuję. Ty też to wiesz. I wiem co Ty czujesz. I już nigdy w Ciebie nie zwątpię. Już nigdy nie będę człowiekiem małej wiary dla Ciebie... Jesteś dla mnie światem. Jesteś dla mnie życiem, wodą, która mnie poi. Pokarmem, który zaspokaja moje serce. Ale ja nie zasłużyłem! Bo ja niewiele Ci mogę dać.... Choć nie... Zasłużyłem. Zasłużyliśmy na siebie nawzajem...
I teraz wiem jedno. Jestem tego pewniejszy niż byłem wcześniej. Życie moje oddałbym za Ciebie. To nie jest pusty slogan. Moje życie jest teraz sensowniejsze niż kiedykolwiek. Jego sensem jest powrót do Torunia, jak najszybszy. Jego sensem jesteś Ty. I to miejsce, i ciepło. I smak truskawek... Ja wrócę tam na stałe. Wtedy będziemy już zawsze szczęśliwi... Już nie pozwolę Ci się bać, nie pozwolę Ci być smutną. Bo dla mnie jesteś najważniejsza...
I może jest tak jak w tym wierszu...
Ojcze nasz, który jesteś niemy,
który nie odpowiadasz na żadne wołanie,
a tylko rykiem syren co rano dajesz znać, że świat
ciągle jeszcze istnieje,
przemów:
ta dziewczyna jadąca tramwajem do pracy,
w tandetnym płaszczu, z trzema pierścionkami
na palcach, z resztką snu w zapuchniętych oczach,
musi usłyszeć Twój głos,
musi usłyszeć Twój głos, by się zbudzić
w ten jeszcze jeden świt.
Ojcze nasz, który nic nie wiesz,
który nie patrzysz nawet na tę ziemię,
a tylko codzienną gazetą obwieszczasz, że świat,
że nasz świat trwa uporządkowany, spójrz:
ten mężczyzna siedzący za stołem, schylony
nad kotletem mielonym, setką wódki, płachtą
popołudniówki tłustą od sosu i druku,
musi wiedzieć, że Ty także wiesz,
musi wiedzieć, że wiesz, aby przeżyć
ten jeszcze jeden dzień.
Ojcze nasz, którego nie ma,
którego imienia nikt nawet nie wzywa
prócz dydaktycznych broszur piszących Cię z małej
litery, bo świat
radzi sobie bez Ciebie,
bądź:
ten człowiek, który kładzie się spać i przelicza
wszystkie swe dzisiejsze kłamstwa, lęki, zdrady,
wszystkie hańby konieczne i usprawiedliwione
musi wierzyć, żeś jednak jest,
musi wierzyć, żeś jest, aby przespać
tę jeszcze jedną noc.
Ale On musi być, ktoś musi być! Bo to On zesłał mi Ciebie na swą drogę... Choć może jestem niegodzien... Ale jednak godzien... W Twych ramionach czułem się niebiańsko...
I jestem teraz szczęśliwy, ale i nieszczęśliwy. Ale pokrzepia mnie to uczucie, że dla kogoś jestem naprawdę ważny. Że ktoś myśli o mnie tak jak ja o tej osobie... Że ktoś odwzajemnia to co czuję. I powiedziałaś mi to jako pierwsza...
Ty wiesz co ja czuję, to się nie zmieni... Życie za Ciebie oddam, tylko powiedz kiedy. Zniszczę każdego, kto będzie chciał zrobić Ci krzywdę... Ochronię Cię przed złem tego świata... W zamian nic nie oczekuję... Bo wystarczy, że jesteś... Jesteś bowiem najważniejszą osobą w moim życiu... Dzięki Tobie odrzucam życiowe smutki. Myśl o Tobie mnie pokrzepia... I już do Ciebie tęsknię...
wtorek, 7 listopada 2006
Przyjaźń, myśli, rezygnacja, oświadczenie, wieczór i przyszłość...Oraz coś co nie każdy będzie chciał przeczytać...
A więc... Nie zaczyna się zdania od: "A więc"! No tak. Racja. Zapomniałem się. Przepraszam.
No to tak. Od "no to tak" też chyba wypowiedzi zaczynać nie powinienem. Ale nie jestem na polskim, nie muszę tu pisać z wszelkimi och ach. Choć na polskim też tak nie piszę.
Przejdźmy do meritum. Źle mi. Źle mi cholernie. A po mnie to niestety/stety widać. A z jakiego to powodu? Powód jest jeden: kontakty międzyludzkie. Chrzani mi się ciągle z pewną osobą. Powie ktoś: Ale to przecież tylko jedna osoba. Kontakty z jedną osobą nie zmieniają chyba kontaktów z całą resztą. Ale nie u mnie. To oczywiście dało mi do myślenia, do przemyślenia. I cóż wywnioskowałem?
Otóż. Nie mam przyjaciół. Znaczy nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem jego/jej przyjacielem. Boli mnie to, choć raczej powinienem przywyknąć. W czasach totalnego braku zaufania nie ma miejsca dla takich jak ja. I to dobrze. Nie chcę bowiem być w modzie. Bo po co? Żebyście mnie rozchwytywali. Żeby dziewczęta krzyczały, mdlały na mój widok. Nie potrzeba mi takiego czegoś. Tylko szkoda, że jestem samotny. Że rzadko kiedy mogę komuś się wyżalić. Znaczy nie. Mogę się wyżalić i to często. I korzystam z tego. Tak samo niech ludzie, których uważam za przyjaciół korzystają ze mnie. Korzystają w sensie dobrym. Ktoś mi niedawno powiedział, że ja przyciągam do siebie ludzi, bo ponoć dobry ze mnie człowiek. Nie wiem czy to prawda. Ja się staram. Gdy traktuję człowieka jak przyjaciela to staram się dla niego często aż za bardzo. Ale nie usłyszałem od nikogo, że jestem jego przyjacielem... Ale to już wynika chyba z rozbieżności w postrzeganiu pojęcia przyjaźni, przyjaciela, itp.
Większośc ludzi pojmuję jako niewolników czasu. W życiu codziennym wszystko na tip top. Zegarek rządzi. I tak samo w przyjaźni. Wydaje mi się nieraz, że traktujecie przyjaźń jako coś co jest kreowane przez czas. Wyjaśnijcie mi, jeśli łaska. Czy to jest tak, że do dwóch lat znajomości człowiek jest kolegą, znajomym, kumplem... A po dwóch latach można sobie dopiero powiedzieć, że jest się przyjaciółmi? Dla mnie to tak nie wygląda. Dla mnie przyjacielem może być człowiek, którego będę znał tydzień. Bo nie czas jest najważniejszy w przyjaźni! To jest tylko jeden ze składników. I to niezbyt istotnych. Na cholerę bowiem znać osobę 10 lat, gdy jej nie ufamy? Taka osobę nazwiesz przyjacielem, bo ją znasz 10 lat, tak? Wspaniale...
Bo przyjaźń to zaufanie. Ja powiem człowiekowi, którego znam tydzień "Mój przyjacielu", gdy zobaczę, że jest to osoba, której na mnie zależy, która mi ufa i której ja ufam. A czas może to tylko umocnić. Więc drodzy moi. Nie oszukujmy się. Nie będę dla was przyjacielem, jeśli sami tego nie zechcecie. Jednak bądźmy szczerzy. Dla was nie wystarczy to, że człowiek jest zawsze dla was, że się stara, że obdarza zaufaniem, że można mu ufać. Bo człowiek musi do jasnej cholery KIMŚ być... Musi COŚ mieć... Nie. To nie tędy droga. Zresztą, co ja będę pouczał. Ja mogę tylko dalej się starać, ja mogę dalej żyć dla ludzi, mogę dalej cierpieć. I będę cierpiał. Pewnie jeszcze nie raz, nie dwa będę w takim nastroju jak dziś. A może ja się dałem trochę zniewolić określeniu "przyjaciel". Choć zawsze przyjaciel to więcej niż kumpel... Ale ja od nikogo niczego wymagać nie będę. Bo jak już napisałem. Każdy ma inną definicję słowa przyjaciel. Jeżeli miałbym pojmować przyjaźń po "waszemu" to mam tylko jednego przyjaciela. Ale ja będę ją pojmował po swojemu. Wy pojmujcie jak chcecie. Określajcie mnie jak chcecie. Możecie nic nie chcieć, to tez jest droga. Ale najlepiej powiedzcie mi wprost, kim ja jestem? Jak mnie widzicie? Szczerze... tak mi się marzy, by mi każdy powiedział wprost... Ale to nie teraz, nie w tych czasach...
I miało być pewne oświadczenie. Ale pewna niewiasta powiedziała, że oświadczenie to nie miałoby wielkiego sensu, bo do adresata/tki i tak by nie dotarło. A zresztą, nie będę tego pisał. Może odczujesz, co miałem na myśli, co chciałem napisać. Jednym słowem - zmieniam do Ciebie podejście... Będzie tak, jak Ty chcesz... Czyli nijak... Czyli skazuję/skazujemy to na powolne umieranie. Szkoda. Ale takie jest życie. Nie będę już powtarzał tych moich frazesów, że możesz liczyć i blablabla. Bo to nie ma sensu. Tak samo postaram się już nikomu tego nie powtarzać. Albo o tym pamiętacie, albo nie... Prosta filozofia. Skibi jest po to, by pomagać drugiemu. Nie po to, by mu na okrągło o tym przypominać. Pamiętacie albo nie... Ja nigdy pomocy nie odmówię...
Wiem, że świata nie zmienię. Ale chciałbym choć zmienić odrobinę moje otoczenie. Jakoś poruszyć, skruszyć ten mur. Ale samemu to ja nic nie zrobię...
A pewna czytelniczka, z którą odbyłem, znaczy odbywam cały czas długą rozmowę powiedziała mi, żebym napisał raczej o jakiejś radosnej rzeczy, niż ciągle się smucił. I ma rację. Za dwa dni jadę do Torunia. Zobaczę się z Nighti. Doczekać się już tego nie mogę. I wciąż o tym myślę. Ponadto czytelniczka ta zauważyła, że przecież to już niedługo wiosna. Prawda. Już niedługo zakwitną kwiatki, będą ćwierkały ptaszki, a alergicy będą mieli przerąbane. Doczekać się już wiosny nie mogę.
Rozpisałem się? Ano tak to jest jak człowiek sobie na spokojnie zacznie o 20 pisać, a nie o 22.
A i jeszcze jedno. Jeśli wam to nie odpowiada, to przestanę was nazywać przyjaciółmi. Znaczy tych, których takowym określeniem określam. Proszę tylko wyraźnie mi to powiedzieć. To się oddalę czym prędzej. Wiem, głupio piszę. Jednak do tego zachęcają mnie obserwacje moich relacji z tylko jedną osobą. Jeśli męczy was to, że Skibi uważa was za przyjaciół, choć nie powinien to powiedzcie mi to śmiało. Bo przecież ja mogę być tylko zwykłym kolegą... Choć i tak będę traktował jak przyjaciela.
I rezygnacji też nie będzie. Ona wiązała się z oświadczeniem. Miałem napisać, że rezygnuję, ale skoro nie napisałem oświadczenia, to i rezygnacja będzie doznawana tylko duchowo. Zresztą już teraz wdrażam ją w życie. Ja już się nastarałem, choć dalej mogę się starać. Ale czy mam się starać dla obojętności? Zresztą, wybór nie należy już do mnie. Nie każdy mnie lubi, nie każdy, na którym mi zależy odwdzięcza się mi tym samym. Bo nie wszystkich jestem godzien. Niektórych nie jestem wart. I pewnie nie będę. Trudno, takie życie.
Piosenka na dziś: Republika - Tak...tak...to ja
Naprawdę ta piosenka jest dla mnie. Bo to ja jestem sobie winny, że mi nic nie idzie. Że z Tobą, z Tobą i z Tobą się nie dogaduję, że nie jest tak, jakbym chciał. Ale to nieważne co ja bym chciał... Jak dwoje nie chce, to nic nigdy nie wyjdzie.
w końcu powiem ci co myślę,
tak prosto w twarz
kiedy cię widzę
to się wstydzę
że ciągle nosi ciebie świat
i wiedz że
że teraz znam
znam każdą odpowiedź
no powiedz cos
na wszystko
na wszystko
mam odpowiedź ostrą
i nie uciekniesz teraz mi
zakrywasz twarz przed ciosem
robisz milion głupich min
poczekaj poczeka no
już ja cię urządzę,
powtarzasz to
to wszystko co robię
już mam cię dość
tych oczu pustych
poczekaj zaraz zbiję lustro - tak tak
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
dopiero teraz
gdy nie słyszy nikt
(bądź spokojny - w domu jesteś sam)
do wanny wlałeś ciepłą wodę
i ogłaszasz w lustrze
że chcesz zmienić świat
ja wiem że trochę się starasz
lecz powiedz mi ile przed
lustrem spędziłeś dni
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
już nawet ja
ja ci nie wierzę
uspokój się
schowaj ten język
no dobrze - wiem
że się starałeś
uspokój się
wczoraj nie spałeś
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
tak tak tak tak tak tak
tak tak tak tak tak taaaaaak
Jak ktoś chce, to niech pomyśli nad przekazem tej noty, a jak nie to niech ją po prostu zostawi w spokoju...
Czemu ja dalej tak smęcę? Sam nie wiem... Takie mam wnętrze ostatnio. Tak marzę o świecie innym... Skończę jak Gustaw z Dziadów?
Ja już nigdy się nie zmienię...
I to jest pewne... Czy tego chcecie, czy nie...
I jeszcze jedno... Migotko... ja Cię proszę... ja nie gryzę... naprawdę... choć może masz rację będąc w ukryciu. Takiego kogoś jak ja znać niewarto.
A może jesteś tylko wytworem wyobraźni któregoś z moich kolegów? I mają ubaw po pachy ze mnie...
I proszę o określenie się, drodzy czytelnicy, których uważam za przyjaciół...
A, i jeszcze jedno. Jestem złym człowiekiem. Bo mi zależy... Tyle. Bo nie płynę z nurtem, nie lecę z wiatrem. I dlatego jestem zły i dlatego mi się nic nie udaje. A może właśnie udaje? Poznaję głębie cżłowieczeństwa. Z wszelkimi zaletami i wadami.
I jeszcze ostatni dopisek. Czytelnik Bartosz powiedział mi dość mądre słowa. Że trzeba działać, a nie tylko mówić. Staram się działać. I działam. Nie będę tu fałszywie skromny. Robię co w mojej mocy dla drugiego. A czy drugi zrobi coś dla mnie, okaże mi cokolwiek to już jest wasza indywidualna sprawa. Na nikim niczego nie wymuszam, niczego nie wymagam. Róbta, co chceta.
I jeszcze jedno. Jak komuś jestem niepotrzebny w życiu, a się narzucam, niech też mi to powie. To ja raz dwa z tego życia zniknę.
Koniec dopisków.
No to tak. Od "no to tak" też chyba wypowiedzi zaczynać nie powinienem. Ale nie jestem na polskim, nie muszę tu pisać z wszelkimi och ach. Choć na polskim też tak nie piszę.
Przejdźmy do meritum. Źle mi. Źle mi cholernie. A po mnie to niestety/stety widać. A z jakiego to powodu? Powód jest jeden: kontakty międzyludzkie. Chrzani mi się ciągle z pewną osobą. Powie ktoś: Ale to przecież tylko jedna osoba. Kontakty z jedną osobą nie zmieniają chyba kontaktów z całą resztą. Ale nie u mnie. To oczywiście dało mi do myślenia, do przemyślenia. I cóż wywnioskowałem?
Otóż. Nie mam przyjaciół. Znaczy nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem jego/jej przyjacielem. Boli mnie to, choć raczej powinienem przywyknąć. W czasach totalnego braku zaufania nie ma miejsca dla takich jak ja. I to dobrze. Nie chcę bowiem być w modzie. Bo po co? Żebyście mnie rozchwytywali. Żeby dziewczęta krzyczały, mdlały na mój widok. Nie potrzeba mi takiego czegoś. Tylko szkoda, że jestem samotny. Że rzadko kiedy mogę komuś się wyżalić. Znaczy nie. Mogę się wyżalić i to często. I korzystam z tego. Tak samo niech ludzie, których uważam za przyjaciół korzystają ze mnie. Korzystają w sensie dobrym. Ktoś mi niedawno powiedział, że ja przyciągam do siebie ludzi, bo ponoć dobry ze mnie człowiek. Nie wiem czy to prawda. Ja się staram. Gdy traktuję człowieka jak przyjaciela to staram się dla niego często aż za bardzo. Ale nie usłyszałem od nikogo, że jestem jego przyjacielem... Ale to już wynika chyba z rozbieżności w postrzeganiu pojęcia przyjaźni, przyjaciela, itp.
Większośc ludzi pojmuję jako niewolników czasu. W życiu codziennym wszystko na tip top. Zegarek rządzi. I tak samo w przyjaźni. Wydaje mi się nieraz, że traktujecie przyjaźń jako coś co jest kreowane przez czas. Wyjaśnijcie mi, jeśli łaska. Czy to jest tak, że do dwóch lat znajomości człowiek jest kolegą, znajomym, kumplem... A po dwóch latach można sobie dopiero powiedzieć, że jest się przyjaciółmi? Dla mnie to tak nie wygląda. Dla mnie przyjacielem może być człowiek, którego będę znał tydzień. Bo nie czas jest najważniejszy w przyjaźni! To jest tylko jeden ze składników. I to niezbyt istotnych. Na cholerę bowiem znać osobę 10 lat, gdy jej nie ufamy? Taka osobę nazwiesz przyjacielem, bo ją znasz 10 lat, tak? Wspaniale...
Bo przyjaźń to zaufanie. Ja powiem człowiekowi, którego znam tydzień "Mój przyjacielu", gdy zobaczę, że jest to osoba, której na mnie zależy, która mi ufa i której ja ufam. A czas może to tylko umocnić. Więc drodzy moi. Nie oszukujmy się. Nie będę dla was przyjacielem, jeśli sami tego nie zechcecie. Jednak bądźmy szczerzy. Dla was nie wystarczy to, że człowiek jest zawsze dla was, że się stara, że obdarza zaufaniem, że można mu ufać. Bo człowiek musi do jasnej cholery KIMŚ być... Musi COŚ mieć... Nie. To nie tędy droga. Zresztą, co ja będę pouczał. Ja mogę tylko dalej się starać, ja mogę dalej żyć dla ludzi, mogę dalej cierpieć. I będę cierpiał. Pewnie jeszcze nie raz, nie dwa będę w takim nastroju jak dziś. A może ja się dałem trochę zniewolić określeniu "przyjaciel". Choć zawsze przyjaciel to więcej niż kumpel... Ale ja od nikogo niczego wymagać nie będę. Bo jak już napisałem. Każdy ma inną definicję słowa przyjaciel. Jeżeli miałbym pojmować przyjaźń po "waszemu" to mam tylko jednego przyjaciela. Ale ja będę ją pojmował po swojemu. Wy pojmujcie jak chcecie. Określajcie mnie jak chcecie. Możecie nic nie chcieć, to tez jest droga. Ale najlepiej powiedzcie mi wprost, kim ja jestem? Jak mnie widzicie? Szczerze... tak mi się marzy, by mi każdy powiedział wprost... Ale to nie teraz, nie w tych czasach...
I miało być pewne oświadczenie. Ale pewna niewiasta powiedziała, że oświadczenie to nie miałoby wielkiego sensu, bo do adresata/tki i tak by nie dotarło. A zresztą, nie będę tego pisał. Może odczujesz, co miałem na myśli, co chciałem napisać. Jednym słowem - zmieniam do Ciebie podejście... Będzie tak, jak Ty chcesz... Czyli nijak... Czyli skazuję/skazujemy to na powolne umieranie. Szkoda. Ale takie jest życie. Nie będę już powtarzał tych moich frazesów, że możesz liczyć i blablabla. Bo to nie ma sensu. Tak samo postaram się już nikomu tego nie powtarzać. Albo o tym pamiętacie, albo nie... Prosta filozofia. Skibi jest po to, by pomagać drugiemu. Nie po to, by mu na okrągło o tym przypominać. Pamiętacie albo nie... Ja nigdy pomocy nie odmówię...
Wiem, że świata nie zmienię. Ale chciałbym choć zmienić odrobinę moje otoczenie. Jakoś poruszyć, skruszyć ten mur. Ale samemu to ja nic nie zrobię...
A pewna czytelniczka, z którą odbyłem, znaczy odbywam cały czas długą rozmowę powiedziała mi, żebym napisał raczej o jakiejś radosnej rzeczy, niż ciągle się smucił. I ma rację. Za dwa dni jadę do Torunia. Zobaczę się z Nighti. Doczekać się już tego nie mogę. I wciąż o tym myślę. Ponadto czytelniczka ta zauważyła, że przecież to już niedługo wiosna. Prawda. Już niedługo zakwitną kwiatki, będą ćwierkały ptaszki, a alergicy będą mieli przerąbane. Doczekać się już wiosny nie mogę.
Rozpisałem się? Ano tak to jest jak człowiek sobie na spokojnie zacznie o 20 pisać, a nie o 22.
A i jeszcze jedno. Jeśli wam to nie odpowiada, to przestanę was nazywać przyjaciółmi. Znaczy tych, których takowym określeniem określam. Proszę tylko wyraźnie mi to powiedzieć. To się oddalę czym prędzej. Wiem, głupio piszę. Jednak do tego zachęcają mnie obserwacje moich relacji z tylko jedną osobą. Jeśli męczy was to, że Skibi uważa was za przyjaciół, choć nie powinien to powiedzcie mi to śmiało. Bo przecież ja mogę być tylko zwykłym kolegą... Choć i tak będę traktował jak przyjaciela.
I rezygnacji też nie będzie. Ona wiązała się z oświadczeniem. Miałem napisać, że rezygnuję, ale skoro nie napisałem oświadczenia, to i rezygnacja będzie doznawana tylko duchowo. Zresztą już teraz wdrażam ją w życie. Ja już się nastarałem, choć dalej mogę się starać. Ale czy mam się starać dla obojętności? Zresztą, wybór nie należy już do mnie. Nie każdy mnie lubi, nie każdy, na którym mi zależy odwdzięcza się mi tym samym. Bo nie wszystkich jestem godzien. Niektórych nie jestem wart. I pewnie nie będę. Trudno, takie życie.
Piosenka na dziś: Republika - Tak...tak...to ja
Naprawdę ta piosenka jest dla mnie. Bo to ja jestem sobie winny, że mi nic nie idzie. Że z Tobą, z Tobą i z Tobą się nie dogaduję, że nie jest tak, jakbym chciał. Ale to nieważne co ja bym chciał... Jak dwoje nie chce, to nic nigdy nie wyjdzie.
w końcu powiem ci co myślę,
tak prosto w twarz
kiedy cię widzę
to się wstydzę
że ciągle nosi ciebie świat
i wiedz że
że teraz znam
znam każdą odpowiedź
no powiedz cos
na wszystko
na wszystko
mam odpowiedź ostrą
i nie uciekniesz teraz mi
zakrywasz twarz przed ciosem
robisz milion głupich min
poczekaj poczeka no
już ja cię urządzę,
powtarzasz to
to wszystko co robię
już mam cię dość
tych oczu pustych
poczekaj zaraz zbiję lustro - tak tak
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
dopiero teraz
gdy nie słyszy nikt
(bądź spokojny - w domu jesteś sam)
do wanny wlałeś ciepłą wodę
i ogłaszasz w lustrze
że chcesz zmienić świat
ja wiem że trochę się starasz
lecz powiedz mi ile przed
lustrem spędziłeś dni
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
już nawet ja
ja ci nie wierzę
uspokój się
schowaj ten język
no dobrze - wiem
że się starałeś
uspokój się
wczoraj nie spałeś
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
tak tak tak tak tak tak
tak tak tak tak tak taaaaaak
Jak ktoś chce, to niech pomyśli nad przekazem tej noty, a jak nie to niech ją po prostu zostawi w spokoju...
Czemu ja dalej tak smęcę? Sam nie wiem... Takie mam wnętrze ostatnio. Tak marzę o świecie innym... Skończę jak Gustaw z Dziadów?
Ja już nigdy się nie zmienię...
I to jest pewne... Czy tego chcecie, czy nie...
I jeszcze jedno... Migotko... ja Cię proszę... ja nie gryzę... naprawdę... choć może masz rację będąc w ukryciu. Takiego kogoś jak ja znać niewarto.
A może jesteś tylko wytworem wyobraźni któregoś z moich kolegów? I mają ubaw po pachy ze mnie...
I proszę o określenie się, drodzy czytelnicy, których uważam za przyjaciół...
A, i jeszcze jedno. Jestem złym człowiekiem. Bo mi zależy... Tyle. Bo nie płynę z nurtem, nie lecę z wiatrem. I dlatego jestem zły i dlatego mi się nic nie udaje. A może właśnie udaje? Poznaję głębie cżłowieczeństwa. Z wszelkimi zaletami i wadami.
I jeszcze ostatni dopisek. Czytelnik Bartosz powiedział mi dość mądre słowa. Że trzeba działać, a nie tylko mówić. Staram się działać. I działam. Nie będę tu fałszywie skromny. Robię co w mojej mocy dla drugiego. A czy drugi zrobi coś dla mnie, okaże mi cokolwiek to już jest wasza indywidualna sprawa. Na nikim niczego nie wymuszam, niczego nie wymagam. Róbta, co chceta.
I jeszcze jedno. Jak komuś jestem niepotrzebny w życiu, a się narzucam, niech też mi to powie. To ja raz dwa z tego życia zniknę.
Koniec dopisków.
niedziela, 5 listopada 2006
Dość przepraszania.
Nie chciałem być takim jak ci ludzie
Co tylko biorą nie dając nic.
TSA - Alien
Trochę ciszy. Wszelaka muzyka wyłączona. Późno już. 1:44 jak zaczynam pisać. Może bym spać tak poszedł? Nie. Nawet mi się nie chce. W dzień trochę drzemałem. Dlatego teraz tu siedzę i myślę. Nighti od długiego okresu czasu próbuje utwardzić, znaczy zmienić. I jak widać będzie w tej nocie po częście Jej się to udaje. Mówi mi, żebym przestał przepraszać. Przestaję. Choć nietylko Ona mi to mówiła. Za ostatnią notę dostałem od większości czytelników niezłą burę. Dlatego dziś będzie może i ciut agresywnie. Uprzedzam od razu, można się zawczasu rozłączyć.
Nie jestem nikim! I nikt mi nie będzie tego już uświadamiał. Czas zdać sobie sprawę z własnej wartości, która chyba taka mała nie jest. Choć to niech już każdy ocenia sobie sam. Każdy mnie widzi inaczej. I ma do tego prawo. To, że nie jestem jak większość, tych matołów odciśniętych z jednej formy nie jest moją winą, nie czyni mi ujmy. Przeciwnie. Mam swoje własne poglądy, idę swoją własną drogą. I dobrze mi z tym. I mówcie mi częściej, że ta droga jest zła, że iść nią to błąd. Wtedy się jeszcze bardziej utwierdzę w przekonaniu, że ona jest dobra. Tak samo mówcie mi ciągle, że jestem za dobry, za miły. Będę jeszcze lepszy. Może kiedyś ktoś dołączy do tej mojej samotnej wędrówki przez ocean życia. Jestem na to gotów. Tak samo jak na samotną wędrówkę. Ta druga jest trochę trudniejsza, ale ze wszystkim dam radę.
Starań w życiu nie zaprzestanę. Ale wolałbym jedno. Mówcie mi czy to wam w ogóle jest potrzebne. Bo nie będę, powtarzam nie będę się z pomocą narzucał. Sami lepiej będziecie wiedzieć kiedy wam Skibi jest potrzebny... A jak nie jestem potrzebny to też mi to proszę powiedzieć, zasygnalizować. Spakuję manatki by zniknąć z życia danej osoby. I prawdą jest. Ja biorę praktycznie wszystko do siebie, rozpamiętuje, ale jakoś szybko ze mnie złe emocje uchodzą. I oby tak dalej.
Podziękowania dla w/w Torunianki za ciągłe kopanie mnie w tyłek, walenie po twarzy bym w końcu dostrzegł co trzeba.
Piosenka na dziś: TSA - Alien.
Przeprosin nie będzie.
Ja już nigdy się nie zmienię...
Tak, wiem. Nigdy nie mów nigdy. Bla bla bla...
Co tylko biorą nie dając nic.
TSA - Alien
Trochę ciszy. Wszelaka muzyka wyłączona. Późno już. 1:44 jak zaczynam pisać. Może bym spać tak poszedł? Nie. Nawet mi się nie chce. W dzień trochę drzemałem. Dlatego teraz tu siedzę i myślę. Nighti od długiego okresu czasu próbuje utwardzić, znaczy zmienić. I jak widać będzie w tej nocie po częście Jej się to udaje. Mówi mi, żebym przestał przepraszać. Przestaję. Choć nietylko Ona mi to mówiła. Za ostatnią notę dostałem od większości czytelników niezłą burę. Dlatego dziś będzie może i ciut agresywnie. Uprzedzam od razu, można się zawczasu rozłączyć.
Nie jestem nikim! I nikt mi nie będzie tego już uświadamiał. Czas zdać sobie sprawę z własnej wartości, która chyba taka mała nie jest. Choć to niech już każdy ocenia sobie sam. Każdy mnie widzi inaczej. I ma do tego prawo. To, że nie jestem jak większość, tych matołów odciśniętych z jednej formy nie jest moją winą, nie czyni mi ujmy. Przeciwnie. Mam swoje własne poglądy, idę swoją własną drogą. I dobrze mi z tym. I mówcie mi częściej, że ta droga jest zła, że iść nią to błąd. Wtedy się jeszcze bardziej utwierdzę w przekonaniu, że ona jest dobra. Tak samo mówcie mi ciągle, że jestem za dobry, za miły. Będę jeszcze lepszy. Może kiedyś ktoś dołączy do tej mojej samotnej wędrówki przez ocean życia. Jestem na to gotów. Tak samo jak na samotną wędrówkę. Ta druga jest trochę trudniejsza, ale ze wszystkim dam radę.
Starań w życiu nie zaprzestanę. Ale wolałbym jedno. Mówcie mi czy to wam w ogóle jest potrzebne. Bo nie będę, powtarzam nie będę się z pomocą narzucał. Sami lepiej będziecie wiedzieć kiedy wam Skibi jest potrzebny... A jak nie jestem potrzebny to też mi to proszę powiedzieć, zasygnalizować. Spakuję manatki by zniknąć z życia danej osoby. I prawdą jest. Ja biorę praktycznie wszystko do siebie, rozpamiętuje, ale jakoś szybko ze mnie złe emocje uchodzą. I oby tak dalej.
Podziękowania dla w/w Torunianki za ciągłe kopanie mnie w tyłek, walenie po twarzy bym w końcu dostrzegł co trzeba.
Piosenka na dziś: TSA - Alien.
Przeprosin nie będzie.
Ja już nigdy się nie zmienię...
Tak, wiem. Nigdy nie mów nigdy. Bla bla bla...
czwartek, 2 listopada 2006
Refleksje czwartkowe.
Były refleksje niedzielne, to czas na czwartkowe...
Przepraszam...
*Za to jaki jestem...
*Za to, że jestem taki, a nie inny...
*Za to, że czuję tak, a nie inaczej...
*Za to, że postępuje tak, a nie inaczej...
*Za to, że ranię innych swoim postępowaniem...
*Za to, że za dużo wymagam...
*Za to, że za mało pomagam...
*Za to, że jestem nadwrażliwy...
*Za to, że jestem niecierpliwy...
*Za to, że za bardzo się otwieram...
*Za to, że męczę ludzi swoimi problemami...
*Za to, że nieraz się zamykam i nie mogę wysłuchać...
*Za to, że nie mogę nieraz pomóc...
*Za to, że nie mogę dać wszystkiego...
*Za to, że bardzo chcę, ale nieraz nie mogę...
*Za to, że męczę swoją osobą...
*Za to, że ciężko mnie zrozumieć...
*Za to, że się staram...
*Za to, że chcę dobrze...
*Za to, że jestem...
I za całą resztę mojego życia, mojej osoby przepraszam... Jeśli ktoś czuje się moim postępowaniem urażony niech mi to powie. Ja i tak się nie zmienie, ale będę miał jasność...
Migotko... odwagi... Ja nie gryzę...
Kazimierz Dąbrowski - Posłanie do Nadwrażliwych
Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi
za Waszą czułość w nieczułości świata
za niepewność – wśród jego pewności
za to że odczuwacie tak jak siebie
samych zarażając się każdym bólem
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością
która nie ma dna
za potrzebę oczyszczania rąk
z niewidzialnego nawet
brudu ziemi
bądźcie pozdrowieni
Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi
Za Wasz lęk przed absurdem istnienia
I delikatność niemówienia innym
tego co w nich widzicie
za niezaradnosć w rzeczach zwykłych
i umiejętność obcowania z niezwykłością
za realizm transcendentalny
i brak realizmu rzeczowego
za nieprzystosowanie do tego co jest
a przystosowanie do tego co być powinno
za to co nieskończone-nieznane-
niewypowiedziane, ukryte w nas
Bądżcie pozdrowieni Nadwrażliwi
Za Waszą twórczość i ekstazę
Za Wasze zachłanne przyjażnie,
Miłośc i lęk, że miłość mogłaby
Umrzeć jeszcze przed Wami
Bądżcie pozdrowieni Nadwrażliwi
Za Wasze uzdolnienia-nigdy niewykorzystane
(niedocenianie Waszej wielkości nie pozwoli
poznać wielkości tych, co przyjdą do Was)
za to, że chcą Was zmienić
zamiast naśladować
ze jesteście leczeni zamiast leczyć świat
za Waszą boską moc zniszczoną przez
zwierzęcą siłę
za niezwykłość i samotność
Waszych dróg
Bądżcie pozdrowieni Nadwrażliwi!
Wspólne bycie serc...
Przepraszam...
*Za to jaki jestem...
*Za to, że jestem taki, a nie inny...
*Za to, że czuję tak, a nie inaczej...
*Za to, że postępuje tak, a nie inaczej...
*Za to, że ranię innych swoim postępowaniem...
*Za to, że za dużo wymagam...
*Za to, że za mało pomagam...
*Za to, że jestem nadwrażliwy...
*Za to, że jestem niecierpliwy...
*Za to, że za bardzo się otwieram...
*Za to, że męczę ludzi swoimi problemami...
*Za to, że nieraz się zamykam i nie mogę wysłuchać...
*Za to, że nie mogę nieraz pomóc...
*Za to, że nie mogę dać wszystkiego...
*Za to, że bardzo chcę, ale nieraz nie mogę...
*Za to, że męczę swoją osobą...
*Za to, że ciężko mnie zrozumieć...
*Za to, że się staram...
*Za to, że chcę dobrze...
*Za to, że jestem...
I za całą resztę mojego życia, mojej osoby przepraszam... Jeśli ktoś czuje się moim postępowaniem urażony niech mi to powie. Ja i tak się nie zmienie, ale będę miał jasność...
Migotko... odwagi... Ja nie gryzę...
Kazimierz Dąbrowski - Posłanie do Nadwrażliwych
Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi
za Waszą czułość w nieczułości świata
za niepewność – wśród jego pewności
za to że odczuwacie tak jak siebie
samych zarażając się każdym bólem
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością
która nie ma dna
za potrzebę oczyszczania rąk
z niewidzialnego nawet
brudu ziemi
bądźcie pozdrowieni
Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi
Za Wasz lęk przed absurdem istnienia
I delikatność niemówienia innym
tego co w nich widzicie
za niezaradnosć w rzeczach zwykłych
i umiejętność obcowania z niezwykłością
za realizm transcendentalny
i brak realizmu rzeczowego
za nieprzystosowanie do tego co jest
a przystosowanie do tego co być powinno
za to co nieskończone-nieznane-
niewypowiedziane, ukryte w nas
Bądżcie pozdrowieni Nadwrażliwi
Za Waszą twórczość i ekstazę
Za Wasze zachłanne przyjażnie,
Miłośc i lęk, że miłość mogłaby
Umrzeć jeszcze przed Wami
Bądżcie pozdrowieni Nadwrażliwi
Za Wasze uzdolnienia-nigdy niewykorzystane
(niedocenianie Waszej wielkości nie pozwoli
poznać wielkości tych, co przyjdą do Was)
za to, że chcą Was zmienić
zamiast naśladować
ze jesteście leczeni zamiast leczyć świat
za Waszą boską moc zniszczoną przez
zwierzęcą siłę
za niezwykłość i samotność
Waszych dróg
Bądżcie pozdrowieni Nadwrażliwi!
Wspólne bycie serc...
Subskrybuj:
Posty (Atom)