sobota, 30 grudnia 2006

Czterodniowe przemyślenia

Dzisiaj miałem piękny sen
Naprawdę piękny sen
Wolności moja, śniłem że
Wziąłem z Tobą ślub

Słońce nas błogosławiło
I księżyc też tam był
Wszystko gwiazdy nieba
Wszystkie gwiazdy

O Victorio, moja Victorio
Dlaczego mam Cię tylko w snach
Wolności moja Ty Victorio
Opanuj w końcu cały świat

Ot, gdyby tak wszyscy ludzie
Mogli przeżyć taki jeden dzień
Gdy wolność wszystkich, wszystkich zbudzi
I powie: "idźcie tańczyć, to nie sen"

O Victorio, moja Victorio
O Victorio ma


Święta... podzieliliśmy się opłatkiem... spożyliśmy wieczerzę i rozeszliśmy znów po swoich kątach... Padło wiele słów. Potem poszedłem na pasterkę. Ksiądz proboszcz śmiało mógłby zostać niańką... Te jego kazania są takie porywające... Ogólnie pasterka niestety trochę bezpłciowa... :|.

Wczoraj [25 grudnia], bo piszę już o 3 w nocy we wtorek, 26 grudnia, spędziłem w domu. Postanowiłem w końcu nadrobić "Dziady" i "Pana Tadeusza". Zacząłem od tej pierwszej pozycji. Została jeszcze tylko część trzecia. Dwie pierwsze, znaczy druga i czwarta przeszły szybko, zwłaszcza, że znałem je już ciut wcześniej. Chciałem ominąć część zatytułowaną Widowisko, ale i ją gwoli ścisłości postanowiłem przeczytać. I nie żałuję bo natrafiłem na piękny fragment.

W przyrodzeniu, powszechnej ciał i dusz ojczyźnie,
Wszystkie stworzenia mają swe istoty bliźnie:
Każdy promień, głos każdy, z podobnym spojony;
Harmoniją ogłasza przez farby i tony;
Pyłek [każdy] błądzący śród istot ogromu,
Padnie w końcu na serce bliźniego atomu;
A tylko serce czułe z dozgonną tęsknotą
W rodzinie tworów jedną ma zostać sierotą?
Twórca mi dał to serce, choć w codziennym tłumie
Nikt poznać go nie może, bo nikt nie rozumie,
Jest i musi być kędyś, choć na krańcach świata,
Ktoś, co do mnie myślami wzajemnymi lata!


Fragment jednocześnie pełen smutku rzekłbym, ale i nadziei. Tak jak ja... Smutku z powodów wiadomych... Nadziei może już coraz głupszej, coraz bardziej naiwnej, ale dalej buchającej w moim wnętrzu. Bo ja ją będę podsycał! Choćby cały świat mówił, że będzie źle to ja nie upadnę na zawsze. Bo to nie o to chodzi... Ja nie po to tu jestem. I dziękuje tu kilku osobom, które wytrzymują ze mną... To musi być mordęga... Zwłaszcza, że jestem dość ciężkim przypadkiem...

Co ja mogę powiedzieć... To wszystko pędzi... Na złamanie karku, nie wiem dokąd... Może ku mojej zgubie... Może ku totalnemu upadkowi. A może pędzi to w tym momencie tylko w dół, by odbić się i zajaśnieć jak gwiazda na widnokręgu... W tym momencie moje samopoczucie jest nieokreślone... I już nie powiem kiedy ono ostatnio było określone przez choć jeden dzień... Tak się zastanawiałem kiedy ostatnio miałem całkowicie dobry dzień... Ostatnio jednak dni dobre nie są... Siadła mi jakoś psychika. To wszystko tak się zmienia. Ale o pomoc wołać nie będę... Bo zaraz ktoś powie, że robię z siebie męczennika, że robię z siebie Matkę Teresę, albo jeszcze kogoś innego... Ale ja nikogo z siebie robić nie będę. Pozostanę sobą. Bo to jestem ja... I ten uśmiechnięty od ucha do ucha... I ten smutny. I ten co potrafi napisać wiersz i ten co rzuca wulgaryzmami. Ten co jest źródłem spokoju i ten co rzuca się jak ryba w sieci... Bo w życiu moim się wszystko praktycznie zmienia ostatnio... A zaczęło się... Hmmm... niech sięgnę pamięcią... Pamiętam... 10. listopada... 180 kilometrów stąd. A może nie? Może to jednak zaczęło się od noty "Przyjaciele i przyjaciele"? Sam nie wiem. Ale to wszystko rewolucja. To wszystko jak wybuch. Bomba, bomby, całe tuziny bomb. Wybuchających w moim sercu, duszy, robiących zamęt w moim życiu, w życiu bliskich mi osób... Ale w samym środku tego wszystkiego ja. Główny sprawca swoich własnych kłopotów, swoich własnych stanów psychicznych... Bo to najczęściej moje akcje rodzą wasze reakcje... Choć nie do końca... Czas odrzucić też postawę wiecznego męczennika. Bo takim nie jestem.

I Bartek przypomniał mi pewne słowa z Biblii.

Czemu widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku?

To wstęp do następnej części wywodu poświątecznego. Wkurza mnie, dobija mnie jedno. Gdy ludzie gadają głupoty... Głupoty typu:

I tak przegram. Zaraz mi strzelisz trzy bramki... blablabla... - brat mój podczas meczu, w którym prowadzi. Te słowa mi dały do myślenia. Bo jest chyba coś takiego w ludzkiej podświadomości, zakorzenione często jak wielki dąb... Nazwałbym to mentalnością przegranego. Na czym to polega? Już tłumaczę. Z wieloma osobami rozmawiam, ale są takie, które mają jakby już zakorzenione w sobie pewne stwierdzenia. "Ja już jestem za stary na miłość, mnie to już nie spotka, itp..." Mówi mi co najmniej dwóch rozmówców. Wielu mówi, że się nie nadaje, że jest do dupy.... A Ty mówisz, że już nie potrafisz, że już nie wiesz czy umiesz... że się wypaliłaś.... A to jest chyba w życiu tak, że gdy sobie coś wmawiamy i wmawiamy to w końcu uwierzymy, że taka prawda... I wtedy braknie zapału do walki... Braknie sił, bo już się PRZYZWYCZAJAMY... Przeklęte słowo. Wcześniej nie było takie. Stało się takim gdy usłyszałem je w parku... PRZYZWYCZAJENIE... Do wszystkiego można się przyzwyczaić... Ale nie przyzwyczajajmy się do własnych, często niedorzecznych twierdzeń! I kto to mówi? - zapewne powiecie. Wiem kto to mówi... Ten, który częstokroć sam sobie wmawia... Ale co jest najważniejsze w pracy nad sobą? Uświadomienie sobie własnych wad. I widzę swoją najbardziej chyba wkurzającą wadę. To wmawianie. Dlaczego najbardziej wkurzającą? Bo ona właśnie najbardziej wkurza mnie u innych. A sam przez długi czas nie widziałem jej u siebie... Ale w końcu widzę. W końcu widzę, że największe problemy stwarza sobie często sam człowiek. Bo sobie wmówiłem, że nie mam szans. Bo sobie wmówiłem, że jestem do niczego. Bo sobie wmówiłem, że jestem zerem. I w to uwierzyłem. Ale dość tego! Tak nie jest! Do jasnej cholery... Są zjawiska, są wydarzenia, które otwierają nam oczy... Nie wiem czy to kwestia tych rekolekcji, które przeżyłem dość mocno... Czy po prostu cała ta sytuacja. Wiem, że ostatnimi czasy dowiaduję się wiele o sobie, o ludziach, o tym wszystkim. Szkoła życia w najczystszej postaci. Tracę relacje z pewnymi ludźmi, te słabsze relacje, które nie wytrzymują takiej próby... Ale i są nowe relacje... Znaczy nowe-stare, wzmacniają się relacje z ludźmi, których znałem wcześniej. Ale dopiero teraz dowiaduję się, że są moimi przyjaciółmi. Pomagają mi siłować się z samym sobą... I już naprawdę mam dość nieraz samego siebie. Tego mojego wmawiania sobie. I dość już tego. Nie jestem nikim, mam szansę! I was też proszę. Przestańcie. Bo to nieraz jest aż głupie. Stoimy zaślepieni swoim własnym twierdzeniem... Twierdzeniem, które zasłania nam oczy na świat. I jesteśmy jako Ci fanatycy... Tylko jedna prawda objawiona i koniec... A to guzik prawda... Bo Ty nie będziesz sam. W końcu znajdzie się dla Ciebie Arturze ta jedna jedyna... Pamiętaj o tym. Bo człowiek z Ciebie wielki. A Wy drodzy rozmówcy, którzy mówicie, że się nie nadajecie... Nadajecie się częstokroć bardziej niż Ci wszyscy, którzy mówią wam, że się nie nadajecie... I kto to mówi?! zakrzykniecie zapewne. Ano mówi to gość, który ma taki sam problem... Który sam sobie też często wmawiał... Piszę wmawiał, bo zdał sobie sprawę, że wmawianie jest gówno warte... I chcę to zmieniać. Jak wiele rzeczy w moim życiu. Jak już pisałem, szkoła życia. To taka szkoła, której nigdy nie kończymy. Zaczynamy ją w momencie narodzin. Kończymy w momencie śmierci. Ale i tak oblewamy egzamin... Jak w przysłowiu... Człowiek się uczy całe życie, ale umiera i tak głupi... I to jest chyba prawda. I ktoś by powiedział... W takim razie po co się uczyć? Lepiej może płynąć z całym tym szambem ludzkości... Lepiej może wtopić się w szarobury tłum, trzymać łeb przy glebie i się nie wychylać. Gówno prawda! Po raz kolejny powiem gówno prawda! I jeszcze raz! Gówno prawda! Nie wiem jak wy, ale ja zawsze będę się wybijał ponad przeciętność... Tak chcę prowadzić swoje życie. Takie jest moje życie. I inne nie będzie. Niech świat rzuca kamieniami. Niech ludzie się śmieją. Ja będę zawsze żył po swojemu!

Pamiętasz... jak byłaś smutna, jak mówiłaś, że serce Ci pęka, gdy wmawiałem sobie te wszystkie głupoty? A dziś co!? Dziś sama sobie wmawiasz... I nie patrzysz na to, że pęka mi serce... Tylko gadasz swoje... Powiem szczerze, swoje głupoty. Tak bardzo chcesz w nie wierzyć, że wydają Ci się nieomal prawdziwe... Wmawiasz sobie... Wmawiasz... gorzej niż ja...

Piszę tę notę już przeszło 24 godziny, oczywiście z przerwami. I dalej wiem, że to jeszcze nie koniec. Ale w tym momencie (27. grudnia, godzina 2:48) wszystko mi jakoś ze łba wypadło. To o czym dzień cały rozmyślałem... Wypadło chociażby przez niedawno zakończoną rozmowę, która przypominała raczej walenie łbem w mur... Ruń murze! Ruń! Zawal się! Ale gdzie tam... Ten mur stoi, a tam z drugiej strony jeszcze dyskretnie jest dokładana cegiełka za cegiełką. Ale ja się nie poddam! Ten mur runie! Runie mur wmawiania sobie idiotyzmów, mur samotności. Albo runę ja... Ale jak widać dziś energii we mnie sporo. I poradzę sobie z każdym murem, z każdym pociskiem celowanym we mnie... Ten mur bowiem chyba musi runąć sam... Ale jak on ma runąć?! Jak on ma runąć gdy załoga twierdzy sama dokłada kolejnych cegieł... Już Wam tak dobrze tam!? Nie... nie... nie... gdzieś słyszę ściszone głosy... Ale jednak mur nie chce runąć. A ja będę walczył i czekał. Bo jest takie zjawisko, które nazwać można prosto... zależy mi na Tobie.

I tyle mówisz o altruizmie. Jesteśmy obydwoje altruistami. I jak zgodnie stwierdziliśmy tracimy często coś z siebie, bo zaniedbujemy własne potrzeby... A ja wiem jak temu zaradzić. Jak zostać altruistą, a jednocześnie zadbać o własne szczęście choć trochę... Po prostu. Wyjdź z siebie. Stań obok. Spójrz na samą siebie z boku, jak na kogoś drugiego... I powiedz wtedy szczerze... Jej też potrzeba mojej pomocy! I pomóż sama sobie. Tak jak ja pomagam sobie. Wyszedłem, popatrzyłem i zobaczyłem. Człowieka z problemami. Człowieka, któremu trzeba pomóc. I nie zawsze pomogą ludzie... Ludzie nie zawsze będą tak silni. Samemu sobie trzeba pomóc. Więc nie odmawiaj sobie samej pomocy!

Godzina 1:17, sobota, 30. grudnia 2006 roku. Dzień przed końcem tego jakże wielkiego, dziwnego, popieprzonego, radosnego, smutnego roku.

W głośnikach Turbo - Dorosłe dzieci. Naprawiłem ten sprzęt i mogę w końcu dokończyć tę notę. A może nie dokończę jeszcze teraz... Ostrzegłem część czytelników, że nota nudna, długa... i taka jak zwykle... W międzyczasie dochodzi do zmiany piosenki. Piękna ballada zespołu TSA - 51... Idąc cmentarną aleją szukam Ciebie mój przyjacielu... Nie mam żadnego przyjaciela na cmentarzu jeszcze. Na szczęście... Są gdzieś tutaj... Gdzieś obok, bliżej, dalej... I są... A ja ich właśnie często nie widzę... To jest to... Człowiek często wmawia sobie, że jest sam... Że nikt się o niego nie martwi. A mówiąc tak wiem, że sprawiam Wam ból... Ostatnie dwa, trzy dni były ciężkie, ale mogłem na Was liczyć... Dziękuje pannie B. i pannie A. Rozmowy z Wami dały mi wiele wytchnienia, otuchy i siły. Odpocząłem od labiryntu moich poskręcanych, połamanych myśli. Odpocząłem od zepsutego komputera, pijanego jak zwykle tatusia. Odpocząłem od samego siebie. Bo to jest prawda... Człowiekowi łatwiej jest sobie radzić z tym wszystkim, gdy ma jakieś wsparcie... Choćby duchowe... Bo wiem, że te moje problemy są zagmatwane i mało kto może pomóc w nich bezpośrednio. Ale nieraz ważniejsze jest wsparcie duchowe. Bo na tym polega to wszystko. Żeby żaden człowiek, zwłaszcza bliska nam osoba nie została z problemem sama! I to trzeba zrozumieć już chyba... Potrzeba serca mówi, że nie mogę Cię zostawić... Choć fakt... Znów zostałem uświadomiony... Ale ja po prostu nie chcę smutku na Twojej twarzy... Bo ja go w tym samym momencie czuję w swojej duszy... I zrobię wszystko, by znów na Twojej twarzy gościł uśmiech. I to nie jest zamykanie w klatce, nie dawanie oddechu... Choć każdy to i tak będzie widział inaczej. Dla jednego troska to troska, a dla drugiego już odbieranie wolności osobistej... Różni ludzie, różne punkty widzenia. I to jest wielka rzecz tego świata. A jednocześnie rzecz, która powoduje wszelakie konflikty... Wielka, bo można rozmawiać z ludźmi, którzy widzą pewne rzeczy inaczej i czerpać od nich coś dla siebie. A jednocześnie zła, bo często jest tak, że ludzie oceniają człowieka choć go nie znają. Bo ktoś przeczyta dziennik i już myśli, że wie o Skibim wszystko... I może oczywiście mnie oceniać, bo wie lepiej co czuję... A to gówno prawda drogi krytykancie/droga krytykantko. Oszczędź sobie tych daremnych słów... Choć one i tak zostaną gdzieś w mojej głowie zapisane...

Ta rewolucja... Kiedyś życie takie spokojne... Teraz jest szalone... Kurna mać.. Nie ma dnia bez jakiegoś przemyślenia... Bez jakiś głupich, mądrych, pustych, pełnych myśli. Każdy dzień składa się ze smutków, radości... Kiedyś potrafiłem cały dzień radosny łazić. Dziś już niezbyt... Od 10. listopada nie piłem alkoholu. I nie chce mi się pić... Więc pewnie nic nie wypiję 31 grudnia/1 stycznia. Myślę nad bojkotem tego święta... Ciekawe czy dam radę usnąć o 22... A miało być tak pięknie. Trzeba przywyknąć, że plany się rozwalają...

Godzina 3:00. W głośnikach nidzicka Legenda - Skała.

na wysokiej skale odległej niewiadomej
zostawiłem swój żal ostatnią moją łzę
ostatnią moją chorą myśl ostatnią moją łzę
ostatnią moją chorą myśl innych już nie będzie

rozrywa mnie i puszcza
i słodkie ukojenie
przychodzi raz na tydzień
a może raz na dwa

na najwyższej skale płonie ogień
mojego pojednania
pojednania z chorym samym sobą
albo zgaśnie on albo umrę ja

mój zegar stoi w miejscu
nie świeci promień słońca
przypływa znajomy dźwięk ciszy
dźwięk ciszy rozwala mi łeb
i nie mogę zbliżyć się do lustra
i nie mogę zobaczyć swojej twarzy

z mych oczu nie popłynie łza
z mych oczu nie popłynie łza
z mych oczy nie popłynie żadna łza

na najwyższej skale płonie ogień
mojego pojednania
z chorym samym sobą
albo zgaśnie on albo umrę ja


I znów się doszukuję w piosence jakiegoś obrazu samego siebie, otoczenia... Taki już jestem... Jest ten ogień... Ale właśnie coś nie mogę się ze sobą pojednać... I pewnie łza popłynie... Niejedna... Nie dwie... W życiu jeszcze tysiące... I już nie chrzańcie, że chłopaki nie płaczą, bo to kłamstwo... Są ci, którzy mniej, są ci co więcej. Są ci co się tego wstydzą... Chore... Są ci, którzy traktują to jako normalną rzecz w życiu. Dla mnie nie ma różnicy czy jest to facet czy kobieta. Każdy ma prawo płakać. Ma prawo się wstydzić. Korzystam z tego prawa. Bo ze mnie taki facet jak z koziej, itd... Resztę napiszę w dzień. Koniec kolejnej części - 3:08.

8:26. Wstałem godzinę temu, po czterech godzinach snu. Chyba się organizm już przyzwyczaił do tak małej dawki snu. A może udaje i jak padnie to tak naprawdę poważnie. Nieważne. Co dziś w planach? O 14 czas na ważną rozmowę. A wcześniej będzie normalny dzień, normalna sobota. Ni stąd ni zowąd się zorientowałem, że plany sylwestrowe mi się spierdzieliły... Myślę, czyby się o 22 nie położyć. Ot tak. Rzekłbym manifestacyjnie. Ale rozwalenie się planów sylwestrowych uczy mnie kolejnej rzeczy... Nie planuj zbyt wiele, nie oczekuj za dużo... Choć fakt, jeszcze mam dzień do 31. grudnia. Jeszcze się wiele może zdarzyć... Tak sobie będę wmawiał... może mi się lepiej zrobi...

I kolejna rzecz ciekawa. Jak to jest, że nieraz drugiemu człowiekowi zależy bardziej na sprawach, na których mnie powinno zależeć, niż mnie samemu? Doświadczam tego... Ja, ciepła klucha, nie wiem czy dam radę pisać do gazety, ale redaktor naczelny upiera się. Pierwszy tekst ma być na 8. stycznia. Już obmyślam plan ucieczki do Kolumbii ;). Nie wiem czy dam radę. Choć fakt, sam tego chciałem. Ale co ze mnie za pisarz. Nadaję się do takich rozwlekających się dziennikowych wpisów, a nie do mających się zawrzeć w 1500 znakach myśli. Hmmm... a może ja sobie wmawiam? Nazwę to raczej stwierdzeniem faktu. Piszę i piszę i skończyć nie mogę... W tej nocie owe 1500 znaków kończy się gdzieś we fragmencie Widowiska... Więc nie wiem co zrobię z owym pisaniem do gazety. Wiem, że to czysta korzyść dla mnie... Ale cóż mi z tego, kiedy głupia głowa i tak robi swoje...

Bo ja chcę tylko szczerości. Szczerze. Jeśli robię źle, to niech nikt nie głaska Marcina po główce, że robi dobrze... Niech powie szczerze co go/ją boli we mnie. Każdą opinię przyjmę, rozważę. I ze swojej strony zawsze obiecuję to samo. Choć prawda taka, że często ta prawda wasza nie chce jakoś spłynąć po mnie. Przyjmuję zbyt dużo do siebie. Lepiej ciut więcej niż za mało... I cały czas łapię się na tym, że prawda sprawia mi nieraz przykrość, a nie powinna. Opinie ludzi nieznających mnie, którzy próbują powiedzieć, że znają mnie lepiej niż ja siebie samego są najbardziej denerwujące... Bo są wydawane na podstawie strzępków wiadomości na mój temat. Ale do tego trzeba przywyknąć. Kochamy się nawzajem oceniać, wydawać opinie. Jednak po części jest to potrzebne na tym świecie. Bo dzięki temu, że może wydawać opinie, nawet najbardziej zamknięta w sobie osoba jakoś na chwilę się otwiera.

Pragnę w chwili obecnej jakiegoś pojednania z chorym samym sobą. W końcu się pogodzę ze sobą samym. Może wtedy się ze światem pogodzę...

W głośnikach Pidżama Porno - Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości...

I ten tekst też mi pasuje. Mało który tekst ostatnio czegoś nie zawiera dla mnie...

Chory jestem wiem. Paranoje moje wewnętrzne są nie do wytrzymania często dla mnie samego... Bo schrzaniłem dużą część siebie, część kontaktów z ludźmi przez swoje decyzje... Bo rzadko myślę... Sercem się kieruje. I te moje paranoje. Ale kiedyś wszystkie odejdą...

I na koniec stara śpiewka.

Ja już nigdy się nie zmienię.

Będę tylko wyrzucał z siebie to co złe. Bo życie to praca nad sobą samym. Choć i tak do końca nikt nie osiągnie w tym sukcesu... Nikt nie będzie nigdy doskonały...

[9:28]

Jeszcze jedno ważne. Nie napisałem o wolności. Tak się wiele o niej mówi. Każdy sobie ceni swoją wolność... Swoje prawa. A często przez nasz strach, nasze obawy, lęki, brak wiary, wmówienie zakładamy sobie kajdany... Pewnie i mnie zwisa gdzieś łańcuch... Założyłem go sobie wespół z moim życiem. Ale tak samo się go pozbędę. Nie będę tłumaczył, że tak powinien każdy zrobić... Każdy zrobi tak jak uważa. Najważniejsze chyba w pracy nad sobą jest uświadomienie sobie własnych wad. W tym wypadku trzeba zauważyć nasze własne kajdany... zakładane najczęściej przez nas samych... Po tym można zacząć działanie... Choć ciężko jest sobie poradzić z łańcuchami samodzielnie... Bo one rosną i rosną, robią się coraz dłuższe i cięższe... Dlatego ważna jest obecność ludzi bliskich, którzy z tym łańcuchem pomogą... Samodzielnie rady nie damy...

I ktoś mógłby zapytać skąd w tak młodej głowie tyle przemyśleń, tyle sprzeczności, swoistej paranoi. Sam nie wiem. Jakoś tak wyszło... Tak już mnie ukształtowano, taki już sam siebie ukształtowałem.

W czwartek oglądałem Gorączkę sobotniej nocy z Johnem Travoltą. Genialny film, długo czekałem by znów go zobaczyć. Ten klimat lat 80.... tam chyba bym się nadał. Choć tam jeszcze więcej zwracali uwagę na powierzchowność... Ale i tak czasy wspaniałe. I ten taniec. Ta muzyka Bee Gees... I cała historia. I jeden tekst mi utkwił w pamięci.

Jesteś nikim w drodze donikąd...

Hmm... jestem... nie wiem... Niemniej jednak film genialny...

I nic nie poradzę na to, że ostatnimi dniami mówiłem sobie, że nie chcę się dziś z Tobą spotkać, że nie chcę dziś się z Tobą zetknąć... Moje serce i tak szukało... I miałem nadzieje, że i Ty zechcesz się o 22 wybrać na samotny spacer... Bo mimo, że nie chciałem Cię spotkać, to i tak serce wiedziało lepiej... Wyrywało się... I przypominam sobie te dwa dni... Pierwszego wietrzyłem pokój... Drugiego po powrocie wolałem zaraz iść się umyć... Tak bardzo czułem ten zapach... I często się łapię na tym, że gdzieś go znów czuję... Tak blisko...Tak samo jak łapię się na tym, że gdzieś Cię widzę... gdzieś słyszę... Ale to złudzenia.

niedziela, 24 grudnia 2006

Wesołych świąt.

Tytuł może banalny, ale innego nie sposób dziś dać.

Wigilijny poranek, śniegu brak. I śniegu nie będzie najpewniej (chyba że sami sobie go zrobimy). Atmosferę świąt wyznacza chyba tylko krzątanina w kuchni, porządki, choinka. Śniegu brak. Ale będzie dobrze i bez śniegu. On niby tworzy atmosferę, ale nie jest najważniejszy. Najważniejsza jest atmosfera w sercu. Myślę, że już ją czuję w jakiś sposób. Głowa rodziny zwana ojcem... dumnie to brzmi wczoraj trzykrotnie zaliczał stan nietrzeźwości. Pewnie i dziś tradycji stanie się zadość... Ale już w tym roku nie popuszczę... Wszystko mu powiem. Wszystko co mnie boli w tym wszystkim... Brat mój jeszcze śpi. Ja wstałem wcześniej, bo wczoraj jak to zwykle u mnie zasnąłem na niepościelonym łóżku nieprzebrany. Obudziłem się o 2:12, pościeliłem łóżko, przebrałem się i znów spałem. Wyspałem się. A teraz dokończę notę w dzienniku i pójdę działać. A to porządek jeszcze raz zrobię, a to pewnie z dziesięc razy pójdę do sklepu. Aż w końcu pewnie około 17 - 17:30 zasiądziemy do wieczerzy...

Życzę Wam, drodzy moi. Życzę Wam miłości. Miłości do tego wszystkiego co nas otacza. Miłości do siebie nawzajem. Nie tylko w sensie chłopak do dziewczyny, dziewczyna do chłopaka. Ogólnie. Kochajmy się, bo miłość tylko uratuje świat przed tym całym jego złem.

Zdrowia życzę Wam na równi z miłością. Bo gdy jest zdrowie można myśleć o wszystkim. Człowiek chory przecież może i jest zdolny do miłości, ale wiadomo, że miłość do chorego człowieka to miłość trudniejsza, ale i szlachetniejsza. Chory człowiek nie będzie mógł pracować by mieć pieniądze. Od zdrowia zawsze trzeba zacząć. Kochajmy nasze zdrowie. Tak jak kochamy innych, kochajmy i siebie. I dbajmy o siebie.

Po trzecie - tolerancji. Przede wszystkim chyba dla siebie. Bo jak można tolerować innych, akceptować, gdy nie akceptujemy siebie? Akceptacji samego siebie. Byśmy nie mówili sobie samym, że nic nie znaczymy. Każdy coś znaczy, bo każdy tworzy historię. Historię życia. Róbmy to jak najlepiej potrafimy. I każdy niech robi to po swojemu.

I życzę Wam tego, by zawsze była w tym życiu osoba, do której będziecie mogli otworzyć swoje serce, oddać tej osobie to co czujecie. By była to osoba, z którą podzielimy radości, ale i ważniejsze. Smutki. Życzę by taka przyjaźń była trwała, by nie niszczył jej żaden wicher życia. By nie zardzewiała w czasie deszczu kłopotów. Wręcz przeciwnie. By był to metal, który przez te kłopoty będzie wzmocniony.

Wiary i nadziei - to kolejne. Byśmy każdego dnia budzili się z nową wiarą i nową nadzieją. Na to, że będzie to lepszy dzień niż wczoraj. By każdego dnia obdarzać samych siebie i całą resztę świata uśmiechem. Pewnie 9/10 osób przejdzie obok naszego uśmiechu obojętnie. Ale warto się uśmiechać choćby dla tej jednej osoby, która dzięki naszemu uśmiechowi znajdzie chwile szczęścia w sobie. Sam staram się uśmiechać, ale wiadomo, że nie zawsze jest dobrze. Nie zawsze możemy się uśmiechać. Ale gdy już możemy - róbmy to! Nie chowajmy uśmiechu, nie chowajmy swoich uczuć w sobie. Nie budujmy wokół siebie murku.

Życzę nam by te kłopoty przepadły za mgłą... Może nieraz musimy sobie wmawiać, że będzie dobrze. Ale musimy w to wierzyć. Bo samo wmawianie nic nie da. Uwierzmy w siebie i w innych.

I żeby spełniły się wasze marzenia, by ziściły się pragnienia. By zawsze był ktoś kto pomoże w tym wszystkim.

Bo jeden dzień jest gorszy. Każdy takie dni miewa. Ale pamiętajmy. Dziś jest źle, ale jutro już może być lepiej. To jest najważniejsze. Nie traćmy wiary, gdy dziś nie jest dobre. Jutro będzie lepsze. Albo samo z siebie, albo dzięki nam samym, albo dzięki innym.

Wesołych świąt dla wszystkich bliskich, dalszych. Dla czytelników, waszych rodzin. Dla przyjaciół, znajomych, kolegów.

I już nie mogę doczekać się pasterki...I czekam, aby dziś jeszcze przed wieczerzą móc porozmawiać...

poniedziałek, 18 grudnia 2006

Nie ma tytułu.

Nie ma tytułu z prozaicznego powodu. Przeczytacie tytuł, domyślicie się o czym będzie nota i już nie przeczytacie noty. A tak mogę stworzyć pozory, że będę się zachwycał tym wszystkim... A guzik prawda...

Serce mnie boli już od kilkunastu dni... Ale tak wewnętrznie... To jest mój weltschmerz.

Zmienia się to wszystko. Zmienia i zmienia. Nic nie jest stałe. Ciągle się wszystko zmienia. Ale czy ja się zmieniam? Od kilku osób usłyszałem, że ostatnimi czasy się zmieniłem. I to oczywiście na gorsze. I ponoć wszyscy tęsknią za starym Skibim. Tym wulkanem energii i uśmiechu. Tyle, że nie ma dwóch Marcinów. Nie ma starego i nowego. Jest jeden Marcin. Czy tak trudno zrozumieć, że i ja jestem człowiekiem? Że i ja wstaję i upadam, że i ja mam także momenty lepsze i gorze? Schowałem uśmiech gdzieś głęboko. Nie chcę być uśmiechniętym durniem. Nie chcę być pustą kukłą... Gdy jest mi źle w sercu to będzie to widać na twarzy... Bo ja się nie kryję przed ludźmi za murkiem. Ja do nich wychodzę z sercem. I zawsze będzie już tak, że gdy jest mi dobrze w sercu to widać to na twarzy. Gdy w sercu źle to analogicznie. Dlatego ostatnio się nie uśmiecham. Nie dlatego, że powstał drugi Marcin... Marcin się nie zmieni... Zawsze będzie miał w sercu te same reguły. Będzie zawsze żył tą samą głupią częstokroć nadzieją i wiarą. Przecież jutro musi być lepiej. Upadam. Bo nie musi. Nikt nie zmusi jutra by było lepsze. Bo to od nas tylko zależy nasze jutro... Jutro zależy od tego co dziś. Jeśli dziś jest dobrze to wielce prawdopodobne, że i jutro będzie dobrze. Jeśli dziś jest źle to i jutro będzie źle. I tak ciągnie się to za mną.

Świat się zmienia. Świat wokół mnie. Jedni odchodzą, drudzy nie przychodzą. Inni, którzy jeszcze nie odeszli zostają i pokazują kawał niezłej cierpliwości, przyjaźni dla idioty Marcina. Wiem, że pewnie ciężko wam ze mną wytrzymać. Z pewnością. I nieraz tak myślę. Niech wszyscy już sobie ode mnie pójdą. Zostawią mnie samego ze sobą... Choć bez tych kilku osób, z którymi teraz rozmawiam praktycznie codziennie nie dałbym rady. Ot taki ze mnie siłacz. Taki ze mnie mocarz. Do tyłka po prostu.

Przerywając na chwilę mój wywód. Święta idą. I znów ta gorączka. Kurza stopa... wszędzie już te miliony lampek, już te kolędy, już te last krysmas wszędzie. No ja nie mogę... Wszystko pięknie. W każdych wiadomościach, faktach, wydarzeniach coś o prezentach dla najbliższych. Bla bla bla. A gdzie coś o opłatku?! Właśnie to jest duch świąt. Bo nie jest ważne to, żeby się stół uginał od potraw, których i tak połowy nie zjemy. Ważny jest ten kawałek chleba, którym się dzielimy! Nieważne są mega ekstra wielkie super prezenty pod ekstra cool git wyczesaną w kosmos choinką. Ważna jest atmosfera... To, że jak zwyklę będę płakał jak bóbr przy opłatku... Ale właśnie współczesność traci znaczenie świąt... Tylko wszędzie ta pogoń. Za kasą, za kasą, za mamoną... Nawet w święta... Ja kocham te święta... Ale nie za to, że są prezenty, nie za to, że jest stół pełen potraw. Za to, że jest rodzina. Wiem, że następnego dnia ojciec znów pójdzie w swoją stronę, znów będziemy się kłócić. Ale tego dnia podam Mu rękę. Podam rękę Mamie i Bratu i się rozkleje. Bo na tym to polega.

A jeśli chodzi o prezenty to chyba wszyscy bliscy mi ludzie wiedzą o czym marzę...

I kontynuując tematy związane z tym wszystkim co mnie otacza. Jestem coraz bardziej inny. Moje rozwidlenie coraz bardziej oddala się od ścieżki całej grupy. Dobrze. Bardzo dobrze. Będę zawsze szedł swoją drogą. Jakby to określic... Galopująca alienacja. Ale jest ona na moje chyba życzenie. Sam siebie do tego doprowadziłem. Tym jak żyję, tym co wyznaję i jak postępuję. Nieraz się gubię, ostatnio nawet często. Zadaję sobie pytanie: o co Ci chodzi durniu!? Nie wiem sam... A tu jeszcze często ktoś chce mi wmówić, że wie o mnie wszystko. Hahaha! To, że daję wam się poznać, że sam się odsłaniam przed wami z tym wszystkim nie znaczy, że znacie mnie lepiej niż ja sam siebie. Bo ja się przed wami nie ukrywam. Liczę tylko, że ktoś i mnie się otworzy... Bo ja tu jestem po to, by żyć dla ludzi. A, i jeszcze jedno. Jeśli wy mnie możecie oceniać, nazywać, określać to i ja będę was określał. Tylko nie mówcie: "ale ty mnie w ogóle nie znasz...". Guzik prawda. Znam. Znam po swojemu, znam ze swoich obserwacji. O każdym mam swoje zdanie. Każdy może sobie uważać o mnie co chce.. i ja będę o każdym sobie też uważał...

Ostatnio słucham dużo muzyki. Ale optymistycznych tytułów tam nie zaznamy... Raczej kupę piosenek ludzi z problemami. Podobnych można powiedzieć do mnie. Bo ja mam problem. Z sobą samym. Ale najważniejsze to zdawać sobie sprawę, umieć samego siebie ocenić. I ja to umiem. Skromne to zdanie nie jest, ale prawdziwe. Lubię stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie coś prosto w twarz. Albo iść na włóczęgę i rozmyślać. Doceniam teraz wartość natury. Iść z przyjacielem na ambonę w lesie, spokojnym, cichym... I podziwiać sarny na polu... Wolność... Wolność... Wolność...

TSA - 51, TSA - Alien, masa Rammsteinu, Hunter - Kiedy umieram, Hunter - Requiem, Kaliber 44 - Moja obawa, Paktofonika - Chwile ulotne i wiele wiele innych piosenek. Doszukuję się w nich obrazu tego co mnie otacza... I wiecie, że dostrzegam. Chociażby w November Rain Gunsów. Widzę też w piosenkach siebie... SDM - Z nim będziesz szczęśliwsza...


Ponoć jestem szczery. Jestem. Zawsze mówię co mnie boli. To co mnie boli we mnie. To co mnie boli wokół. I taki będę zawsze...

I będę czekał. Bo mój statek ma załogę podzieloną na dwa obozy. Jedni chcą walczyć, drudzy płynąć na mieliznę i czekać na holownik... Ci pierwsi wygrywają.

Wierzę tylko w jedno. Jakoś to przetrwam. I się z pewnością nie zmienię! Zawsze będę taki jaki jestem. Czy to się spodoba światu czy nie... Ja się nie zmienię, świat mnie nie zmieni. Marzyciel i idealista, a nie męczennik. Prędzej zmienię świat niż siebie. Bo w końcu musi być lepiej! W końcu kiedyś się ułoży! Taka wiara mnie niesie. Choć każdego dnia upada, to następnego wstaje. Albo to dzięki mnie samemu, albo dzięki bliskim ludziom.

I dlatego właśnie to nie są moje czasy, ja się tu nie nadaję... Ale ja zmienię świat. Zmienię, zmienię, zmienię!

Idąc cmentarną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu
Odszedłeś bo byłeś słaby jak suchy liść
Dziś możemy dotknąć się naszymi pustymi duszami
Obnażyć swe oszustwa i nasze wypalone sumienia
Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia
Dziś jesteśmy nareszcie sami w ten listopadowy wieczór
Idąc jesienną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu
Chce być tylko z tobą przez kilka małych chwil
Pomóż mi przywołać tamte lata, ożywić śpiących ludzi
Pomóż mi pokonać smutek, który pozostał gdy nagle odszedłeś
Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia
Dziś jesteśmy nareszcie sami w ten listopadowy wieczór...
Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia
Dziś jesteśmy nareszcie sami w ten listopadowy wieczór...


TSA - 51

Post Scriptum

Wkurza mnie to wszystko. Najbardziej chyba siebie samego wkurzam ja.

I wiem też jedno. Wiem, że w czasie gdy ja piszę tę notę, w której wylewam swoje żale, to na świecie dzieje się milion problemów. Pewnie przez ten czas kilka tysięcy rodzin pożegnało swoich bliskich. Wielu umarło. W Iraku pewnie znów kogoś zabili. Pewnie w Polsce było kilkadziesiąt wypadków samochodowych. Pewnie w Afryce kilka dzieci z głodu zmarło... A ja tu chrzanię swoje idiotyzmy. Moje problemy w perspektywie świata są mniejsze niż ziarnko piachu... Ja to wiem. Nie oczekuję od świata akceptacji... Nie od całego świata. Od jakiejś małej cząstki choć...

Teraz już dobranoc. Wybije zaraz godzina 2:00. Kładę się spać. Na cztery godziny... Dobranoc. Znaczy pewnie nie, ale co mi tam. Krótkanoc.

Wstałem. 6:00. I już pierwsza myśl dnia. Ponoć jak to mi mówicie taki wspaniały jestem, taki super, taki inny niż wszyscy, tak super czas się ze mną spędza... Ale jestem super przyjaciel... Bo więcej nikt nie chce dać... A ja chyba nie chcę żyć wiecznie nadzieją! Chcę być w końcu kimś!

I znów TSA - 51... Idąc cmentarną aleją...

Bo ja zawsze podsycam swoją nadzieję... Zawsze ją wzniecam. I od nowa i od nowa... Bo mam wielką wiarę, że kiedyś musi być lepiej. Nie dopuszczam do siebie myśli o samotności... Nikt by po mnie nie zapłakał, gdyby mnie tak nagle zabrakło...

środa, 13 grudnia 2006

...Umieram - gdy widzę jak błądzimy we mgle...

23:57 - wtorek, 12. grudnia 2006. Pobudka tego dnia wczesna - 5:30. Powód prosty - wycieczka do pięknego Torunia. Odjazd w szaroburej pogodzie zielonym autokarem nastąpił około 7:40. Około 11 zameldowaliśmy się na miejscu. Najpierw teatr. Przedstawienie "Niebieski, niebieski, niebieski". Większość chyba bawiły najbardziej te kurwy padające ze sceny. Ale padały nieprzypadkowo. Przedstawienie bowiem opowiadało u ludziach z problemami. Problemami z samymi sobą... Tak jak ja. I przez te ich problemy nie mogli dojść do zgody z otoczeniem. To tak jak ja... Czuję takie rosnące wyalienowanie. Ta moja droga jest coraz bardziej różna... Ale jest moja. Kontakt z otoczeniem, kolegami, koleżankami zachowuję, ale nie jest on już taki jak jeszcze niedawno. Ulubiłem moją samotność...przerywaną tylko przez Nią.

Pies ma przerąbane [;)], bo wychodzi na spacery kilka razy dziennie i te spacery oczywiście trwają po około godzinę, a ich trasa jest zawsze pokręcona. Ale w końcu starego dziadka mogę lekko wytresować [troche się mnie słucha...]. I łączę przyjemne z "pożytecznym". Pies się wybiega, a ja mogę spokojnie umysł wywietrzyć i nie zasmucać rodzicielki widokiem mojej ostatnio rzadko kiedy wesołej facjaty. A ja w tym czasie włóczę się z wiernym czworonogiem i myślę o tym wszystkim co się dzieje.

Przepraszam, zbaczam z myśli przewodniej tejże noty. Po przedstawieniu przeszliśmy do domu Kopernika, na wystawę o piernikach. Średnio było to ciekawe. Zapamiętam z pewnością, że pierniki są pierne ;]. Swojego piernika nie wypiekłem. Takie życie. Czas wolny to włóczęga. Toruń, znaczy jego Rynek w miarę poznałem, więc zdecydowałem się na samotną wyprawę uliczkami. Wpadł mi też do głowy iście szatański pomysł by odwiedzić brata w akademiku. Tak też uczyniłem. Przechodziłem obok tych jakże bliskich mi miejsc. Miejsc wspomnień... 11. listopada... Niedawno... A o 17:30 czas na zbiórkę przy przystrojonym okolicznościowo Koperniku. A ja z okolicznościowo zakupioną różą stoję wraz z bliską mi osobą i rozmawiam. Gdy widzę uśmiech w Jej oczach - jestem szczęśliwy... Gdy uśmiech zastępuje smutek - serce mi się rozdziera. W drodzę do autobusu pada dużo słów, nieraz wolałbym nie mieć języka, by nic nie mówić... Wracamy, a Ona zamiast totalnie na mnie się obrazić siedzi obok mnie. A ja ściskam Jej dłoń, tak bliską i ważną dla mnie i czuwam nad Jej snem. I myślę, myślę, myślę...

a ja Cię pilnuję
towarzystwo gonię podejrzane
które tu nad ranem
ściąga patrzeć jak śpisz

wcale się nie dziwię
jest to nawet zrozumiałe lecz
lecz mogą Cię obudzić
a widzę jak nad Tobą

nad Tobą się unoszą
nad Tobą się unoszą
nad Tobą płyną wolno moje sny


I wracamy do naszej małej ojczyzny. I znów... Nieraz wolałbym być niemową...

Ja naprawdę nie chcę ranić... nie chcę Twojego smutku... za często przepraszam...

przyznaję się do winy:
naprawdę kocham Cię
aresztujcie mnie
kocham Cię
aresztujcie mnie


ps - o niczym innym już nie myślę... i o nikim innym chyba...

wtorek, 28 listopada 2006

Tu tytułu nie potrzeba, bo nie mogę tego nazwać...

I nie wiem co napisać... Dlaczego? Z jakiego powodu!? Co się stało? Wszystko mi się wali. A ja wiem, że to wszystko moja wina!

Od zawsze była jedna rzecz, która mi towarzyszyła. Samotność. Taka w sensie braku miłości... Zawsze chciałem żyć dla ludzi. I zawsze ludzie byli wokół mnie. Bliżsi, dalsi. Przyjaciele, znajomi. Zawsze była okazja by komuś pomóc, by z kimś porozmawiać. Nie było jednak nigdy odwzajemnionego uczucia. Męczyło mnie to, bolało, ale żyłem. Żyłem z tym. Z wiarą, nadzieją i ciągłą miłością. I ciągle do przodu, z miłością, do ludzi. I nieważny był kolejny kopniak od losu. Przyjmowałem je odważnie...

A dziś... Dziś jestem nieszczęśliwy, smutny, nie mam chęci do ciągnięcia tego wózka... A dlaczego?! Bo zostałem pokochany! Ale zostałem pokochany podwójnie... W jednej chwili się ucieszyłem. Powiedziałem, że to może jakiś znak... Świat się zmienia. Świat w końcu docenił takiego śmiecia jakim niewątpliwie jestem. Ale jednocześnie z tym drobnym szczęściem przyszedł wielki smutek. Przecież te dwie sytuacje są na straconej pozycji... Nie chcę być piątym kołem u wozu! Nie chcę rozbijać niczego! Nie chcę krzywdzić nikogo! Wychodzi jak zwykle... Lepiej niech skrzywdzę siebie. Przywykłem już do tego... Przywykłem do smutku, przywykłem do samotności. Oni nie. Oni was kochają... Oni są blisko, ja może też... Ale ja mogę być przyjacielem. Oni może nie... Nie traćcie tych bliskich dla mnie. Ja nie jestem tego wart. Bo ja jestem niewiele wart. Bo ja niewiele mogę dać. Nie mam sznuru pereł, nie mam fury szmalu... Mam tylko serce... Mam tylko rękę, która zawsze złapać można w kłopocie, mam ramię, na którym zawsze można się oprzeć. Mam ucho, które zawsze wysłucha i serce, które zawsze przyjmie to co usłyszy... Ale to za mało. Wiem o tym... I przepraszam za to, że brakuje mi jeszcze tyle...

I w tym momencie myślę, że najlepiej byłoby gdyby w obecnym układzie, który niestety przewiduje cierpienie, cierpiała jedna jedyna osoba... Ja.... Bo ani Wy na to nie zasłużyłyście, ani Oni, Bogu ducha winni... Tylko ja. Więc to ja powinienem to wszystko rozwiązać. Najlepiej byłoby gdybyś i Ty ułożyła sobie z Nim życie i Ty z Nim... Ja sobie poradzę... Bo ja nie jestem wart żadnej z was... Nie mam prawa dotykać tych progów... Nie mam prawa wchodzić z butami w wasze życie. Przepraszam za to, że wlazłem..., jak cham, jak prostak w Twoje i Twoje życie. Nie chciałem nikogo skrzywdzić, wyszło jak zwykle. Chcę cierpieć. Oddajcie mi swoje cierpienie. Wam ono niepotrzebne. Ja je przetrawię na lepsze może coś...

I czyja to wina? Moja wina. To ja jestem taki jaki jestem. Mnie takiego stworzył Stwórca. Bym dał coś temu otoczeniu... Ale dziś daję tylko cierpienie. A tego nie chcę... Ja będę cierpiał... Ja... ja... ja... Nie mogłem dać rady gdy widziałem Twoje łzy... Serce mi pękło... Nie podaruję sobie smutku w Twoich oczach. Nie podaruję sobie tego, że mnie znienawidzicie. Ale na to jestem gotowy. Bo sam do tego doprowadziłem. Sam sobą, sam swoim stylem życia, sam swoim życiem... Wierzcie mi... ja nie jestem żadnym wielkim człowiekiem, nie jestem człowiekiem wartym zachodu. Jestem tylko zwykłym, jednym z tych prostych wyrobników na ziemi. Jestem tym romantykiem, który nie potrafi zejść na ziemię. I to mnie wyklucza... Gdy jechałem do Torunia nie myślałem, że tak się to skończy. Gdy wybrałem się na spacer do parku też o tym nie myślałem. Ale to może znak... Może kurde Bóg (jeśli istnieje, ale chyba musi ktoś nad nami czuwać...) powiedział, że musi coś ze mną zrobić... I sprowadził mi dwa anioły jednocześnie.... A ja nie jestem godzien. Opiekujcie się tymi, których obecnie macie pod swymi skrzydłami. Nie sprawiajcie im bólu, bo mogą odejść. Ja nie odejdę... Bo nie potrafię i nie umiem. I najważniejsze - nie chcę. Chcę być przyjacielem, chcę otrzeć łzy, chcę pocieszyć. Chcę pomagać w problemach. Nie chcę natomiast ich wywoływać.

Z nim będziesz szczęśliwsza - Edward Stachura

Zrozum to, co powiem
Spróbuj to zrozumieć dobrze
Jak życzenia najlepsze, te urodzinowe
Albo noworoczne, jeszcze lepsze może
O północy gdy składane
Drżącym głosem, niekłamane

Z nim będziesz szczęśliwsza
Dużo szczęśliwsza będziesz z nim.
Ja, cóż -
Włóczęga, niespokojny duch,
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko
Jaka epoka, jaki wiek,
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina
Kończy się,
A jaka zaczyna.

Nie myśl, że nie kocham,
Lub że tylko trochę kocham
Jak cię kocham, nie powiem, no bo nie wypowiem -
Tak ogromnie bardzo, jeszcze więcej może
I dlatego właśnie żegnaj,
Zrozum dobrze, żegnaj, żegnaj

Z nim będziesz szczęśliwsza
Dużo szczęśliwsza będziesz z nim.
Ja, cóż -
Włóczęga, niespokojny duch,
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko
Jaka epoka, jaki wiek,
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina
Kończy się,
A jaka zaczyna.

Ze mną można tylko
W dali znikać cicho


Stachura tu określa to co we mnie. Z Nim będziesz szczęśliwsza. Pamiętaj. Ja jestem tylko tym włóczęgą, który zawsze będzie czekał, by pójść na wrzosowisko. A potem odejść. A Ty znów wrócisz do Niego. Więc ułóżcie sobie z nimi. Wszystko będzie dobrze. Ja się od was nie odwrócę... Ja zawsze będę w pobliżu. Czekał będę aby zawsze pocieszyć, zawsze przyjąć problem. Takie moje podejście. I choć kocham to nie mogę. Nie chcę być piątym kołem. Nie chcę rozrywać waszych związków. To jest bowiem największe skurwysyństwo na świecie. Możecie mnie też znienawidzić już dziś... Bo ja chyba na nienawiść zasłużyłem. Nie na miłość. Za dużo zła robię. A chcę dobra. Ale jak to mówią: Dobrymi chęciami to jest piekło wybrukowane. Ale ja nadal będę się starał... I zawsze będę blisko. I to ja zasłużyłem najbardziej na cierpienie.

Włóczęga, niespokojny duch. Dnia 29 listopada, godzina 0:55.

Jeśli tylko uznacie mnie za człowieka niepotrzebnego - wyrzućcie mnie z życia. Kliknijcie na ikonę moją w waszym wewnętrznym komputerze. Potem opcja usuń i ok. I zniknę. Naprawdę. Może ta samotność jest mi przeznaczona. Choć ja nie jestem samotny. Mam przyjaciół... ludzi, którym pomogę i którzy mi pomogą...

I nic nie mogę powiedzieć już. Zgubiłem się we mgle chyba. Mgle w moim sercu. Mgle w życiu. I na zewnątrz też mgła. Już trzeci dzień. Nie widać nic. I bardzo dobrze. Nikt nie patrzy mi w oczy. I mogę spokojnie uronić łzę...

Jutro możemy być szczęśliwi
Jutro możemy tacy być
Jutro by mogło być w tej chwili
gdyby w ogóle mogło być...


Raz Dwa Trzy - Jutro możemy być szczęśliwi. Dobranoc.

środa, 22 listopada 2006

Odcisnęli nas z jednej foremki...:-)

Zaczynałem dziennik z myślą o tym, że ktoś go tam będzie czytał. Ktoś przeczyta, może się uśmiechnie, może wyciągnie jakiś wniosek z jednej czy drugiej noty dla siebie. Tak pisałem i pisałem, komentowaliście to najczęściej wy ;-). Aż do pewnej noty. Pamiętnej już Przyjaciele i "przyjaciele". Pamiętam, że odnośnik do niej znalazł się w moim opisie GG. Zamierzenie było, by i Przyjaciele i "przyjaciele" przeczytali to. Ale przeczytała to też pewna osoba, która ani do jednego, ani w żadnym razie do drugiego grona nie należała. I jeszcze notkę skomentowała... Ach to zuchwała ;-). Podpisała się jako Panna Migotka. I tak komentowała i komentowała wszelakie noty od tamtej pory, cały czas pozostając tajemniczą Panną M. Odsłaniała tylko rąbek tajemnicy... Ale dalej pozostawała tajemnicza... I tak to się toczyło. Ja skołowany gubiłem się w domysłach kimże może być tajemnicza komentująca. Przez pewien okres czasu sądziłem, że jest po prostu jakimś żartem któregoś kumpla... I tak apelowałem o odsłonięcie... o pokazanie się na oczy... Prosiłem nietylko ja ;-). I w końcu dało to efekt...

Dnia 15 listopada 2006

16:51:07 Migotka (GG# xxxxxxx)
hej...
16:51:21 Migotka (GG# xxxxxxx)
stwierdziłam, że wreszcie należałoby się odezwac...


Nawet nie wiesz jak się ucieszyłem tym. Jakie to życie jest dziwaczne... Przez taką skrzynkę, znaczy komputer ludzie się zaprzyjaźniają.

I wybiegając do dnia wczorajszego już, znaczy 22 listopada. O godzinie 19:20 spotkałem w końcu Pannę M. osobiście. Mogliśmy w końcu pogadać, wymienić coś więcej niż tylko uśmiech i "cześć" w szkole... Kwiatka nie miałem - kwiaciarnie o 19 zamknięte już. Ale i tak jakoś od początku czułem, że to musi być dobrze. I zaczęliśmy spacer. Obeszliśmy dobry kawałek naszego małego miasta. W tym czasie omówiliśmy tyle tematów... Nie wiem jak to opisać. To jest wielkie, że ludzie znajdują najczęściej wartościowych ludzi w najbardziej nieprawdopodobnych sytuacjach :).

Najważniejsze co ustaliliśmy na tym spacerze jest to, że jesteśmy chyba jakimś myślowym rodzeństwem, a może w ogóle jesteśmy rodzeństwem ;). Skąd taka idea? Bo nigdy nie spotkałem człowieka, który myślałby identycznie do mnie, który miałby podobne poglądy, tak podobne podejście do życia. I to jeszcze człowiek ten chodzi w spódnicy :o. Cóż nas łączy? Podejście do życia, podobny gust muzyczny. Obydwoje nosimy nasze książki w torbach na ramię. Obydwoje sądzimy, że chyba niebardzo trafiliśmy na swoje czasy... Chyba powinniśmy żyć ciut wcześniej. Ale żyjemy teraz i z tym jest dobrze.

Spotkałem szczerą dziewczynę, z którą jesteśmy złączeni jeszcze jednym wspólnym podejściem. Podejściem do przyjaźni. Ona reprezentuje podejście moje, albo ja reprezentuję jej podejście ;). Nie, reprezentujemy nasze wspólne podejście. Już wiem w tym momencie, że mam naprawdę dobrą przyjaciółkę. A ile wy się znacie?! - zakrzykną zatwardziali normalni realiści... Ile się znamy? Znamy się bezpośrednio, znaczy z rozmów choćby na gg od dni 8. Przez dziennik znamy się dłużej. A ja wiem, że Anna jest moją przyjaciółką. Dzielić tyle wspólnych poglądów, twierdzeń, zdań. To jest wielkie. Aż ciężko to ubrać w słowa. Spotkałem naprawdę dobrą osobę na swojej drodze. Kolejną.

I tak oto, dzięki spontanicznej propozycji, dwoje ludzi miało bardzo miły wieczór. To nic, że padał deszcz... Najważniejsze były te rozmowy. O wszystkim i o niczym. A najczęściej powtarzanym zdaniem było: "Skąd ja to znam" albo Ej... ja mam tak samo.... Bliźnięta, duchowe bliźnięta.

I tak już wiem, że Ania dołącza do grupy przyjaciół, tych szczególnych osób... bardzo ważnych dla mnie. A realiści niech zamilkną. Bo spotkało się dwoje ludzi z przerostem zaufania i wiary w drugiego człowieka. I właśnie dlatego zrozumiały się od pierwszej minuty...

Takich ludzi nie spotyka się codziennie na ulicy... To jest chyba oddziaływanie siły wyższej. Czasem zsyła nam ona takich ludzi, można ich nazwać Aniołami. A kto by pomyślał.... gdyby nie to, że któregoś dnia szukałaś ludzi z Nidzicy, którzy tak jak Ty siedzą nocą przed monitorem, to pewnie byśmy się nie poznali... A tak, to jest jak jest :).

Rozmowy świetne, zrozumienie, uśmiech, swoboda. To jest to co uwielbiam. Z takimi ludźmi jak P. M. warto kraść konie... I ta rozmowa, jakbyśmy się znali od wielu lat, jakbyśmy wiedzieli o sobie wszystko. To jest kolejna piękna strona życia. A my znamy się osobiście od kilku godzin... Ale nie czas gra rolę, tylko serca.

I jeszcze jedno. Odcisnęli nas z jednej foremki. To pewne. Takie bliźnięta z nas. Dobrze, że się spotkaliśmy na swoich drogach. I to zaufanie nasze, które kurcze już jest. A znamy się 8 dni... I ktoś kiedyś powiedział, że to czas warunkuje przyjaźń... Guzik prawda. To zależy od ludzi. Ich podejścia do tego wszystkiego. A takie podejście, które nas łączy, jest najlepsze :). I te rozmowy. O wszystkim. I o modzie, urodzie, o Kaczorach, Romku... Takie błahostki. Ale było też wiele tych ważnych rozmów, o rzeczach wielkich, tych nadziemnych. I ta moja łatwość mówienia o nich została jeszcze podniesiona przez postawę mojej rozmówczyni. Ach, te bliźniaki... z których siostra jest starsza tylko o sześć miesięcy. Co tam... ;). I wzruszyłem Cię? Ale to tylko ja... Taki tam dziwny człowiek, który mówi tylko to co ma w głębi serca. Ten, który nie kryje się z uczuciami. Taki jestem.

P.S. Jakby to powiedziała nasza wspólna pani od biologii: Macie takie same allele duszy... tylko, że jedno z was jest XX, a drugie XY ;).

niedziela, 19 listopada 2006

Tydzień minął...

Minął tydzień. Tydzień temu byłem świeżo po powrocie z Torunia. To co działo się tam opisałem. A teraz jestem tutaj, tydzień po tym. I dalej jestem taki jak byłem wtedy. Cholernie tęsknię. Ale znam już termin następnego wyjazdu. 8. grudnia, w dniu moich siedemnastych (jaki ja jestem stary...) urodzin, znów będę tam... To już niedługo. Na wyciągnięcie ręki. Wytrzymamy.

Minął tydzień. Tydzień pod znakiem ciągłego zamyślenia. Ciągłych myśli o Tobie. Wiesz jak mi myśli kradniesz? Wiesz. I to jest teraz piękne. Nie boję się teraz niczego, bo wiem, że moje serce jest wspomagane przez Twoje. Czuję Ciebie obok, choć nie widzę... Ale czuję, że też myślisz o mnie. To tylko 3 tygodnie jeszcze. I znów Toruń Miasto. I znów wejdę po schodach. I znów zobaczę Ciebie! I powitanie nie będzie już takie jak było tydzień temu... Pamiętasz? Ale byłem spięty... Teraz się z tego śmieję, bo musiałem naprawdę komicznie wyglądać z tą różyczką. I nie wiedziałem, że w tym momencie spotkałem największe szczęście...

Ze spraw bardziej przyziemnych, tak na małą przerwę w moich uniesieniach, muszę powiedzieć, że tydzień minął pod znakiem awarii internetu... Jutro już gość z serwisu musi zawitać. Płaci się, to się wymaga.

I kontynuując. Tydzień minął pod znakiem tęsknoty... Tęsknię... I minął też pod znakiem telefonów. Dzwoniłem i dzwoniłem, to mi dawało namiastkę Ciebie w pobliżu. Słyszeć głos ukochanej osoby to jednak wiele. I jest człowiekowi łatwiej, bo czuję, że osoba ta jest ciut bliżej. Wytrzymam. To tylko kilka dni już...

A wczoraj naprawdę przekonałem się, że pewna osoba jest moim przyjacielem. Wyciągnął mnie kolega Mateusz na spacer. Przeszliśmy około 5 km. Wieczór, ciemność. Rozmowiać można było bez końca. Wielki człowiek z Niego jest. Mądry, godny zaufania. Pomoże mi zawsze gdy mam problem. I za to wielki dla Ciebie Mateuszu szacunek. Ty też zawsze liczyć możesz na starego Skibiego.

Tak samo wszyscy inni przyjaciele Skibiego. Ja wam to muszę powtarzać? W końcu was zanudzę...

Ale to jestem ja... Gdyby mi ktoś powiedział: Weź się zmień, to dostaniesz furę kasy... Tylko po prostu nie zwracaj na ludzi uwagi, bądź zupełnie inny niż byłeś.... Powiedziałbym takiemu człowiekowi staropolskie: Won!. Tak samo ja nie chcę zmieniać was, ludzi w moim otoczeniu. Dlatego nieraz mi nie wychodzi w kontaktach z ludźmi. Ostatnio postanowiłem się wycofać z pewnej znajomości. Znaczy nie wycofać, tylko sprawdzić drugą osobę. I stało się tak jak się stało. Ja tego nie żałuję, bo się uczę kolejnej prawdy o ludziach...

Kocham i tęsknię... Ale wytrzymam.

I jeszcze dwie kwestie. Pierwsza to apel. Do tych czytelniczek, które mają swoich ukochanych tutaj... Szanujcie siebie nawzajem. Macie siebie na wyciągnięcie ręki. A ja? Spójrzcie na tych, którzy tęsknią, bo nie mają kochanych blisko...

Druga. Mateusz powiedział wczoraj, że do uśmiechu potrzeba napięcia 16 mięśni, a do smutku 21... Nie sądzicie, że lepiej się uśmiechać i nie męczyć zbyt wielkiej liczby mięśni?

poniedziałek, 13 listopada 2006

My... Szczęście, szczęście...i tęsknota... i smak truskawek

I zbieram myśli... Choć nie. Te myśli nie muszą być zbierane, bo są cały czas świeże i nie odejdą przez długi czas...

Pojechałem do Torunia. By spotkać się z Nighti... Poza tym byłem na imprezie urodzinowej brata mego. Impreza nieważna. Schlałem się. Takie życie. Takie prawa młodości.

9 listopada 2006. Godzina 16:00. Wychodzę z pośpiesznego do Wrocławia. Wysiadam w Toruniu Mieście. Biorę w garść zakupioną uprzednio różę i wspinam się po schodkach na górę. I widzę, wyłania się nagle postać. I już widzę, Ona widzi mnie... Pierwsza chwila nieśmiałości. Wręczam różę. I idziemy . Początkowo, jak to zwykle przy pierwszym spotkaniu, było trochę nieśmiało. Rzekłbym drętwo. Ale za chwile to przełamujemy. Idziemy do restauracji i zjadamy naleśniki. Przepyszne naleśniki... A następnie cóż... Rozstaliśmy się... Jedenastka odjechała po raz pierwszy... A ja pomaszerowałem do Domu Studenckiego nr 5, gdzie mieszka brat mój. Tam poznaję jego dziewczynę i znajomych. Następnie idziemy na imprezę, z której wróciłem o 11. Znaczy wróciłem w sensie odzyskałem świadomość. No cóż... Przesadziłem z tym i owym i takie efekty. Ważne by wyciągać nauczki...

10 listopada 2006. Wstaję o 11. Czuję się jak wrak. Szybko idę pod prysznic, ale wiem już, że i tak się spóźniłem (umówieni byliśmy na 11:30). Ale Ewa mi przebacza i pozwala przełożyć spotkanie na 12:30. I znów spacer, znów pięknymi uliczkami Torunia... I znów za szybkie rozstanie... I jedenastka odjeżdża po raz drugi...

I przychodzi najważniejszy dzień tego wyjazdu, chyba najważniejszy w moim życiu. Tym, które nic nie znaczy. Ale tego dnia nabrało znaczenia. I znów godzina 16. Znów Plac Rapackiego. Znów wysiadasz z autobusu. A ja już czekam. Z różyczką. A Ty też coś dla mnie masz. Coś co zawsze już będzie mi przypominało ten dzień. Te koraliki, które mam na szyi. Zgodnie z planem idziemy grać w bilard. Godzina gry mija szybko. Wychodzimy więc z lokalu. I ten most... I Twoje słowa na moście. One są w moim sercu wyryte już. W jednym momencie odeszły troski. I idziemy tam... W miejsce nasze... To miejsce już nigdy nie będzie nikogo. Tylko nasze. I powiedz, to przyszło tak nagle. Nie wiem skąd. Wiem tylko, że było cudne. W tym momencie poczułem jak serce mi wypada, jak raduje się tym momentem... Jakim momentem? To była godzina...I ciepło dłoni, ciepło serc... Ciepło? To był żar... Niósł mnie on jak na skrzydłach. I nic się w tym momencie nie liczyło. I teraz też nic się nie liczy. Tylko TY. Ciepło dłoni, żar serc i truskawkowy smak... Nigdy tak przepysznych truskawek nie jadłem. Chwila ta minęła.. I poszliśmy na chwilę ogrzać się. Wypić barszcz. A w barze piosenka, która też będzie już tylko nasza... Ta piosenka już zawsze będzie przypominać mi te momenty. Najpiękniejsze...

Gdy nie bawi Cię już
Świat zabawek mechanicznych
Kiedy dręczy cię ból nie fizyczny
Zamiast słuchać bzdur głupich
Telefonicznych wróżek zza siedmiu mórz
Spytaj siebie czego pragniesz
Dlaczego kłamiesz, że miałaś wszystko
Gdy udając że śpisz
W głowie tropisz bajki z gazet
Kiedy nie chcesz już śnić
Cudzych marzeń
Bosa do mnie przyjdź
I od progu bezwstydnie powiedz mi
Czego chcesz
Słuchaj jak dwa serca biją
Co ludzie myślą - to nieistotne

Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak zapalniczka płomień
Jak sucha studnia wodę
Kochaj mnie namiętnie tak
Jakby świat się skończyć miał

Swoje miejsce znajdź
I nie pytaj czy taki układ ma jakiś sens
Słuchaj co twe ciało mówi
W miłosnej studni już nie utoniesz

Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak zapalniczka płomień
Jak sucha studnia wodę
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak księżyc w oknie śmiej się i płacz
Na linie nad przepaścią tańcz
Aż w jedną krótką chwilę
Pojmiesz po co żyjesz...


I to brzmiało w moich uszach. Szybko spożyliśmy barszcz i wróciliśmy znów tam. Chcieliśmy tego obydwoje. I znów smak truskawek... Truskawek... truskawek... truskawek... I ta bliskość. I ta świadomość, że ktoś w końcu czuje to co ja... Ktoś w końcu odwzajemnia moje uczucie... Nigdy w życiu tak szczęśliwy nie byłem. Dłonie, delikatny dotyk. Oczy i ten uśmiech. Ten uśmiech wzajemny, który nie pozwalał nam myśleć o czymkolwiek złym... Byliśmy w naszym miejscu, na naszej samotnej wyspie. Bezpieczni, schronieni przed tym całym światem... Ale czas... czas... płynie, nieubłaganie upływała minuta za minutą. A my coraz bardziej chcieliśmy tam zostać... Ale świat nas ściągnął... 20:57, a może to była 20:52... Jedenastka odjeżdża po raz ostatni... A ja zostałem na przystanku jako najszczęśliwszy człowiek i jako ten, którego smutek był nieogarniony...

I wiem jedno... Wiem co czuję. Ty też to wiesz. I wiem co Ty czujesz. I już nigdy w Ciebie nie zwątpię. Już nigdy nie będę człowiekiem małej wiary dla Ciebie... Jesteś dla mnie światem. Jesteś dla mnie życiem, wodą, która mnie poi. Pokarmem, który zaspokaja moje serce. Ale ja nie zasłużyłem! Bo ja niewiele Ci mogę dać.... Choć nie... Zasłużyłem. Zasłużyliśmy na siebie nawzajem...

I teraz wiem jedno. Jestem tego pewniejszy niż byłem wcześniej. Życie moje oddałbym za Ciebie. To nie jest pusty slogan. Moje życie jest teraz sensowniejsze niż kiedykolwiek. Jego sensem jest powrót do Torunia, jak najszybszy. Jego sensem jesteś Ty. I to miejsce, i ciepło. I smak truskawek... Ja wrócę tam na stałe. Wtedy będziemy już zawsze szczęśliwi... Już nie pozwolę Ci się bać, nie pozwolę Ci być smutną. Bo dla mnie jesteś najważniejsza...

I może jest tak jak w tym wierszu...

Ojcze nasz, który jesteś niemy,
który nie odpowiadasz na żadne wołanie,
a tylko rykiem syren co rano dajesz znać, że świat
ciągle jeszcze istnieje,
przemów:
ta dziewczyna jadąca tramwajem do pracy,
w tandetnym płaszczu, z trzema pierścionkami
na palcach, z resztką snu w zapuchniętych oczach,
musi usłyszeć Twój głos,
musi usłyszeć Twój głos, by się zbudzić
w ten jeszcze jeden świt.

Ojcze nasz, który nic nie wiesz,
który nie patrzysz nawet na tę ziemię,
a tylko codzienną gazetą obwieszczasz, że świat,
że nasz świat trwa uporządkowany, spójrz:
ten mężczyzna siedzący za stołem, schylony
nad kotletem mielonym, setką wódki, płachtą
popołudniówki tłustą od sosu i druku,
musi wiedzieć, że Ty także wiesz,
musi wiedzieć, że wiesz, aby przeżyć
ten jeszcze jeden dzień.

Ojcze nasz, którego nie ma,
którego imienia nikt nawet nie wzywa
prócz dydaktycznych broszur piszących Cię z małej
litery, bo świat
radzi sobie bez Ciebie,
bądź:

ten człowiek, który kładzie się spać i przelicza
wszystkie swe dzisiejsze kłamstwa, lęki, zdrady,
wszystkie hańby konieczne i usprawiedliwione
musi wierzyć, żeś jednak jest,
musi wierzyć, żeś jest, aby przespać
tę jeszcze jedną noc.


Ale On musi być, ktoś musi być! Bo to On zesłał mi Ciebie na swą drogę... Choć może jestem niegodzien... Ale jednak godzien... W Twych ramionach czułem się niebiańsko...

I jestem teraz szczęśliwy, ale i nieszczęśliwy. Ale pokrzepia mnie to uczucie, że dla kogoś jestem naprawdę ważny. Że ktoś myśli o mnie tak jak ja o tej osobie... Że ktoś odwzajemnia to co czuję. I powiedziałaś mi to jako pierwsza...

Ty wiesz co ja czuję, to się nie zmieni... Życie za Ciebie oddam, tylko powiedz kiedy. Zniszczę każdego, kto będzie chciał zrobić Ci krzywdę... Ochronię Cię przed złem tego świata... W zamian nic nie oczekuję... Bo wystarczy, że jesteś... Jesteś bowiem najważniejszą osobą w moim życiu... Dzięki Tobie odrzucam życiowe smutki. Myśl o Tobie mnie pokrzepia... I już do Ciebie tęsknię...

wtorek, 7 listopada 2006

Przyjaźń, myśli, rezygnacja, oświadczenie, wieczór i przyszłość...Oraz coś co nie każdy będzie chciał przeczytać...

A więc... Nie zaczyna się zdania od: "A więc"! No tak. Racja. Zapomniałem się. Przepraszam.

No to tak. Od "no to tak" też chyba wypowiedzi zaczynać nie powinienem. Ale nie jestem na polskim, nie muszę tu pisać z wszelkimi och ach. Choć na polskim też tak nie piszę.

Przejdźmy do meritum. Źle mi. Źle mi cholernie. A po mnie to niestety/stety widać. A z jakiego to powodu? Powód jest jeden: kontakty międzyludzkie. Chrzani mi się ciągle z pewną osobą. Powie ktoś: Ale to przecież tylko jedna osoba. Kontakty z jedną osobą nie zmieniają chyba kontaktów z całą resztą. Ale nie u mnie. To oczywiście dało mi do myślenia, do przemyślenia. I cóż wywnioskowałem?

Otóż. Nie mam przyjaciół. Znaczy nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem jego/jej przyjacielem. Boli mnie to, choć raczej powinienem przywyknąć. W czasach totalnego braku zaufania nie ma miejsca dla takich jak ja. I to dobrze. Nie chcę bowiem być w modzie. Bo po co? Żebyście mnie rozchwytywali. Żeby dziewczęta krzyczały, mdlały na mój widok. Nie potrzeba mi takiego czegoś. Tylko szkoda, że jestem samotny. Że rzadko kiedy mogę komuś się wyżalić. Znaczy nie. Mogę się wyżalić i to często. I korzystam z tego. Tak samo niech ludzie, których uważam za przyjaciół korzystają ze mnie. Korzystają w sensie dobrym. Ktoś mi niedawno powiedział, że ja przyciągam do siebie ludzi, bo ponoć dobry ze mnie człowiek. Nie wiem czy to prawda. Ja się staram. Gdy traktuję człowieka jak przyjaciela to staram się dla niego często aż za bardzo. Ale nie usłyszałem od nikogo, że jestem jego przyjacielem... Ale to już wynika chyba z rozbieżności w postrzeganiu pojęcia przyjaźni, przyjaciela, itp.

Większośc ludzi pojmuję jako niewolników czasu. W życiu codziennym wszystko na tip top. Zegarek rządzi. I tak samo w przyjaźni. Wydaje mi się nieraz, że traktujecie przyjaźń jako coś co jest kreowane przez czas. Wyjaśnijcie mi, jeśli łaska. Czy to jest tak, że do dwóch lat znajomości człowiek jest kolegą, znajomym, kumplem... A po dwóch latach można sobie dopiero powiedzieć, że jest się przyjaciółmi? Dla mnie to tak nie wygląda. Dla mnie przyjacielem może być człowiek, którego będę znał tydzień. Bo nie czas jest najważniejszy w przyjaźni! To jest tylko jeden ze składników. I to niezbyt istotnych. Na cholerę bowiem znać osobę 10 lat, gdy jej nie ufamy? Taka osobę nazwiesz przyjacielem, bo ją znasz 10 lat, tak? Wspaniale...

Bo przyjaźń to zaufanie. Ja powiem człowiekowi, którego znam tydzień "Mój przyjacielu", gdy zobaczę, że jest to osoba, której na mnie zależy, która mi ufa i której ja ufam. A czas może to tylko umocnić. Więc drodzy moi. Nie oszukujmy się. Nie będę dla was przyjacielem, jeśli sami tego nie zechcecie. Jednak bądźmy szczerzy. Dla was nie wystarczy to, że człowiek jest zawsze dla was, że się stara, że obdarza zaufaniem, że można mu ufać. Bo człowiek musi do jasnej cholery KIMŚ być... Musi COŚ mieć... Nie. To nie tędy droga. Zresztą, co ja będę pouczał. Ja mogę tylko dalej się starać, ja mogę dalej żyć dla ludzi, mogę dalej cierpieć. I będę cierpiał. Pewnie jeszcze nie raz, nie dwa będę w takim nastroju jak dziś. A może ja się dałem trochę zniewolić określeniu "przyjaciel". Choć zawsze przyjaciel to więcej niż kumpel... Ale ja od nikogo niczego wymagać nie będę. Bo jak już napisałem. Każdy ma inną definicję słowa przyjaciel. Jeżeli miałbym pojmować przyjaźń po "waszemu" to mam tylko jednego przyjaciela. Ale ja będę ją pojmował po swojemu. Wy pojmujcie jak chcecie. Określajcie mnie jak chcecie. Możecie nic nie chcieć, to tez jest droga. Ale najlepiej powiedzcie mi wprost, kim ja jestem? Jak mnie widzicie? Szczerze... tak mi się marzy, by mi każdy powiedział wprost... Ale to nie teraz, nie w tych czasach...

I miało być pewne oświadczenie. Ale pewna niewiasta powiedziała, że oświadczenie to nie miałoby wielkiego sensu, bo do adresata/tki i tak by nie dotarło. A zresztą, nie będę tego pisał. Może odczujesz, co miałem na myśli, co chciałem napisać. Jednym słowem - zmieniam do Ciebie podejście... Będzie tak, jak Ty chcesz... Czyli nijak... Czyli skazuję/skazujemy to na powolne umieranie. Szkoda. Ale takie jest życie. Nie będę już powtarzał tych moich frazesów, że możesz liczyć i blablabla. Bo to nie ma sensu. Tak samo postaram się już nikomu tego nie powtarzać. Albo o tym pamiętacie, albo nie... Prosta filozofia. Skibi jest po to, by pomagać drugiemu. Nie po to, by mu na okrągło o tym przypominać. Pamiętacie albo nie... Ja nigdy pomocy nie odmówię...

Wiem, że świata nie zmienię. Ale chciałbym choć zmienić odrobinę moje otoczenie. Jakoś poruszyć, skruszyć ten mur. Ale samemu to ja nic nie zrobię...

A pewna czytelniczka, z którą odbyłem, znaczy odbywam cały czas długą rozmowę powiedziała mi, żebym napisał raczej o jakiejś radosnej rzeczy, niż ciągle się smucił. I ma rację. Za dwa dni jadę do Torunia. Zobaczę się z Nighti. Doczekać się już tego nie mogę. I wciąż o tym myślę. Ponadto czytelniczka ta zauważyła, że przecież to już niedługo wiosna. Prawda. Już niedługo zakwitną kwiatki, będą ćwierkały ptaszki, a alergicy będą mieli przerąbane. Doczekać się już wiosny nie mogę.

Rozpisałem się? Ano tak to jest jak człowiek sobie na spokojnie zacznie o 20 pisać, a nie o 22.

A i jeszcze jedno. Jeśli wam to nie odpowiada, to przestanę was nazywać przyjaciółmi. Znaczy tych, których takowym określeniem określam. Proszę tylko wyraźnie mi to powiedzieć. To się oddalę czym prędzej. Wiem, głupio piszę. Jednak do tego zachęcają mnie obserwacje moich relacji z tylko jedną osobą. Jeśli męczy was to, że Skibi uważa was za przyjaciół, choć nie powinien to powiedzcie mi to śmiało. Bo przecież ja mogę być tylko zwykłym kolegą... Choć i tak będę traktował jak przyjaciela.

I rezygnacji też nie będzie. Ona wiązała się z oświadczeniem. Miałem napisać, że rezygnuję, ale skoro nie napisałem oświadczenia, to i rezygnacja będzie doznawana tylko duchowo. Zresztą już teraz wdrażam ją w życie. Ja już się nastarałem, choć dalej mogę się starać. Ale czy mam się starać dla obojętności? Zresztą, wybór nie należy już do mnie. Nie każdy mnie lubi, nie każdy, na którym mi zależy odwdzięcza się mi tym samym. Bo nie wszystkich jestem godzien. Niektórych nie jestem wart. I pewnie nie będę. Trudno, takie życie.

Piosenka na dziś: Republika - Tak...tak...to ja

Naprawdę ta piosenka jest dla mnie. Bo to ja jestem sobie winny, że mi nic nie idzie. Że z Tobą, z Tobą i z Tobą się nie dogaduję, że nie jest tak, jakbym chciał. Ale to nieważne co ja bym chciał... Jak dwoje nie chce, to nic nigdy nie wyjdzie.

w końcu powiem ci co myślę,
tak prosto w twarz
kiedy cię widzę
to się wstydzę
że ciągle nosi ciebie świat

i wiedz że
że teraz znam
znam każdą odpowiedź
no powiedz cos

na wszystko
na wszystko
mam odpowiedź ostrą
i nie uciekniesz teraz mi

zakrywasz twarz przed ciosem
robisz milion głupich min
poczekaj poczeka no
już ja cię urządzę,
powtarzasz to
to wszystko co robię
już mam cię dość
tych oczu pustych
poczekaj zaraz zbiję lustro - tak tak

tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam

dopiero teraz
gdy nie słyszy nikt
(bądź spokojny - w domu jesteś sam)
do wanny wlałeś ciepłą wodę
i ogłaszasz w lustrze
że chcesz zmienić świat

ja wiem że trochę się starasz
lecz powiedz mi ile przed
lustrem spędziłeś dni

tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam

już nawet ja
ja ci nie wierzę
uspokój się
schowaj ten język
no dobrze - wiem
że się starałeś
uspokój się
wczoraj nie spałeś

tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten saaaaam

tak tak tak tak tak tak
tak tak tak tak tak taaaaaak


Jak ktoś chce, to niech pomyśli nad przekazem tej noty, a jak nie to niech ją po prostu zostawi w spokoju...

Czemu ja dalej tak smęcę? Sam nie wiem... Takie mam wnętrze ostatnio. Tak marzę o świecie innym... Skończę jak Gustaw z Dziadów?

Ja już nigdy się nie zmienię...

I to jest pewne... Czy tego chcecie, czy nie...

I jeszcze jedno... Migotko... ja Cię proszę... ja nie gryzę... naprawdę... choć może masz rację będąc w ukryciu. Takiego kogoś jak ja znać niewarto.

A może jesteś tylko wytworem wyobraźni któregoś z moich kolegów? I mają ubaw po pachy ze mnie...

I proszę o określenie się, drodzy czytelnicy, których uważam za przyjaciół...

A, i jeszcze jedno. Jestem złym człowiekiem. Bo mi zależy... Tyle. Bo nie płynę z nurtem, nie lecę z wiatrem. I dlatego jestem zły i dlatego mi się nic nie udaje. A może właśnie udaje? Poznaję głębie cżłowieczeństwa. Z wszelkimi zaletami i wadami.

I jeszcze ostatni dopisek. Czytelnik Bartosz powiedział mi dość mądre słowa. Że trzeba działać, a nie tylko mówić. Staram się działać. I działam. Nie będę tu fałszywie skromny. Robię co w mojej mocy dla drugiego. A czy drugi zrobi coś dla mnie, okaże mi cokolwiek to już jest wasza indywidualna sprawa. Na nikim niczego nie wymuszam, niczego nie wymagam. Róbta, co chceta.

I jeszcze jedno. Jak komuś jestem niepotrzebny w życiu, a się narzucam, niech też mi to powie. To ja raz dwa z tego życia zniknę.

Koniec dopisków.

niedziela, 5 listopada 2006

Dość przepraszania.

Nie chciałem być takim jak ci ludzie
Co tylko biorą nie dając nic.


TSA - Alien

Trochę ciszy. Wszelaka muzyka wyłączona. Późno już. 1:44 jak zaczynam pisać. Może bym spać tak poszedł? Nie. Nawet mi się nie chce. W dzień trochę drzemałem. Dlatego teraz tu siedzę i myślę. Nighti od długiego okresu czasu próbuje utwardzić, znaczy zmienić. I jak widać będzie w tej nocie po częście Jej się to udaje. Mówi mi, żebym przestał przepraszać. Przestaję. Choć nietylko Ona mi to mówiła. Za ostatnią notę dostałem od większości czytelników niezłą burę. Dlatego dziś będzie może i ciut agresywnie. Uprzedzam od razu, można się zawczasu rozłączyć.

Nie jestem nikim! I nikt mi nie będzie tego już uświadamiał. Czas zdać sobie sprawę z własnej wartości, która chyba taka mała nie jest. Choć to niech już każdy ocenia sobie sam. Każdy mnie widzi inaczej. I ma do tego prawo. To, że nie jestem jak większość, tych matołów odciśniętych z jednej formy nie jest moją winą, nie czyni mi ujmy. Przeciwnie. Mam swoje własne poglądy, idę swoją własną drogą. I dobrze mi z tym. I mówcie mi częściej, że ta droga jest zła, że iść nią to błąd. Wtedy się jeszcze bardziej utwierdzę w przekonaniu, że ona jest dobra. Tak samo mówcie mi ciągle, że jestem za dobry, za miły. Będę jeszcze lepszy. Może kiedyś ktoś dołączy do tej mojej samotnej wędrówki przez ocean życia. Jestem na to gotów. Tak samo jak na samotną wędrówkę. Ta druga jest trochę trudniejsza, ale ze wszystkim dam radę.

Starań w życiu nie zaprzestanę. Ale wolałbym jedno. Mówcie mi czy to wam w ogóle jest potrzebne. Bo nie będę, powtarzam nie będę się z pomocą narzucał. Sami lepiej będziecie wiedzieć kiedy wam Skibi jest potrzebny... A jak nie jestem potrzebny to też mi to proszę powiedzieć, zasygnalizować. Spakuję manatki by zniknąć z życia danej osoby. I prawdą jest. Ja biorę praktycznie wszystko do siebie, rozpamiętuje, ale jakoś szybko ze mnie złe emocje uchodzą. I oby tak dalej.

Podziękowania dla w/w Torunianki za ciągłe kopanie mnie w tyłek, walenie po twarzy bym w końcu dostrzegł co trzeba.
Piosenka na dziś: TSA - Alien.

Przeprosin nie będzie.

Ja już nigdy się nie zmienię...

Tak, wiem. Nigdy nie mów nigdy. Bla bla bla...

czwartek, 2 listopada 2006

Refleksje czwartkowe.

Były refleksje niedzielne, to czas na czwartkowe...

Przepraszam...

*Za to jaki jestem...
*Za to, że jestem taki, a nie inny...
*Za to, że czuję tak, a nie inaczej...
*Za to, że postępuje tak, a nie inaczej...
*Za to, że ranię innych swoim postępowaniem...
*Za to, że za dużo wymagam...
*Za to, że za mało pomagam...
*Za to, że jestem nadwrażliwy...
*Za to, że jestem niecierpliwy...
*Za to, że za bardzo się otwieram...
*Za to, że męczę ludzi swoimi problemami...
*Za to, że nieraz się zamykam i nie mogę wysłuchać...
*Za to, że nie mogę nieraz pomóc...
*Za to, że nie mogę dać wszystkiego...
*Za to, że bardzo chcę, ale nieraz nie mogę...
*Za to, że męczę swoją osobą...
*Za to, że ciężko mnie zrozumieć...
*Za to, że się staram...
*Za to, że chcę dobrze...
*Za to, że jestem...

I za całą resztę mojego życia, mojej osoby przepraszam... Jeśli ktoś czuje się moim postępowaniem urażony niech mi to powie. Ja i tak się nie zmienie, ale będę miał jasność...

Migotko... odwagi... Ja nie gryzę...

Kazimierz Dąbrowski - Posłanie do Nadwrażliwych

Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi
za Waszą czułość w nieczułości świata
za niepewność – wśród jego pewności
za to że odczuwacie tak jak siebie
samych zarażając się każdym bólem
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością
która nie ma dna
za potrzebę oczyszczania rąk
z niewidzialnego nawet
brudu ziemi
bądźcie pozdrowieni

Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi
Za Wasz lęk przed absurdem istnienia
I delikatność niemówienia innym
tego co w nich widzicie
za niezaradnosć w rzeczach zwykłych
i umiejętność obcowania z niezwykłością
za realizm transcendentalny
i brak realizmu rzeczowego
za nieprzystosowanie do tego co jest
a przystosowanie do tego co być powinno
za to co nieskończone-nieznane-
niewypowiedziane, ukryte w nas

Bądżcie pozdrowieni Nadwrażliwi
Za Waszą twórczość i ekstazę
Za Wasze zachłanne przyjażnie,
Miłośc i lęk, że miłość mogłaby
Umrzeć jeszcze przed Wami


Bądżcie pozdrowieni Nadwrażliwi
Za Wasze uzdolnienia-nigdy niewykorzystane
(niedocenianie Waszej wielkości nie pozwoli
poznać wielkości tych, co przyjdą do Was)
za to, że chcą Was zmienić
zamiast naśladować
ze jesteście leczeni zamiast leczyć świat
za Waszą boską moc zniszczoną przez
zwierzęcą siłę
za niezwykłość i samotność
Waszych dróg

Bądżcie pozdrowieni Nadwrażliwi!


Wspólne bycie serc...

niedziela, 29 października 2006

Niedzielne refleksje

Pomyślałem sobie ostatnio, że do twarzy jest mi z uśmiechem. Bo gdy jestem zdołowany to od razu to widać. Taka moja natura, że mój nastrój widać od razu po mnie. I wtedy co? Moi przyjaciele widzą to i pewnie wpływam nieraz na nich. A ja właśnie wolałbym wpływać pozytywnie. Bo kocham u drugiego człowieka widzieć na gębie uśmiech. A jeszcze bardziej lubię go wywoływać. Na mnie bowiem duży wpływ ma humor przyjaciół. Przyjacielowi/przyjaciółce jest źle, to i mnie w pewien sposób jest źle. No nic na to nie poradzę. Choć wiem, że niezawsze będę mógł być uśmiechnięty. Są dni gorsze, są dni lepsze.

A wszystkie moje problemy w kontaktach z ludźmi powodowane są moją wewnętrzną chorobą. Bo ja jestem chory. Bo często jest tak: Jest grupa osób do których chcę się odezwać, ale coś mnie blokuje. Jakiś wewnętrzny strach. Ta osoba przecież mnie albo zignoruje, albo mi coś nagada... I tak właśnie się nie odzywam i milczę. Potem ta osoba znika, a ja mam pretensje do siebie samego, że się nie odezwałem...

Druga choroba jest taka, że za dużo nieraz biorę do siebie. Ale nie jestem tak jak większość, że jak coś mnie dotknie, to się zamykam. Ja się dalej otwieram.

Trzecia choroba to moje zaufanie. Chyba za mocno ufam ludziom. O tyle. Ile to już mi osób mówiło, żebym przestał tak właśnie wierzyć, ufać... Cała masa. Ale ja się nie zmienię. Dalej będę ufał, dalej za mocno, dalej będę nazywał ludzi swoimi przyjaciółmi, choć oni może tego nie chcą. Ale ja się nie zmienię! Uparty jestem jak osioł?

Inne osoby znowuż powiedziały mi ostatnio, że powinienem nieraz dać upust swojemu wewnętrznemu skurwie*owi. Nie być tak na każde zaufanie, odmówić nieraz pomocy. Wtedy ponoć i mnie ludzie docenią. Jak to pięknie określiła pewna czytelniczka: Ludzi trzeba nieraz sobie wytresować. Może i ma racje. Ale ja nie potrafię. I mam też tego efekty. Ale wiem, że w końcu się to opłaci. A wewnętrznego skurw*ela sprzedałem dawno chyba... To od człowieka zależy czy ceni sobie pomoc drugiego czy traktuje człowieka jako przedmiot. A już jestem taki i się nie zmienie. Nie odmówię pomocy, nie powiem nie. Postaram się być na każde zawołanie. Choć nawet jak teraz to piszę, to czuję, że coś w tym jest źle. Ale to chyba jest najlepsza droga do człowieka. Życie jednego dla drugiego. Na tym chyba polega człowieczeństwo.

A może ja jeszcze po prostu za mało kopów w dupę dostałem od życia przez moją postawę? I dlatego nadal wierzę w ideały, w które wierzę. Ale ja będę nadal wierzył. Niech mnie kopią, niech mnie poniewierają. Jeśli będzie choć jedna osoba, która za każdym razem pomoże mi wytrzepać pył, która pomoże wstać i iść moją drogą dalej. I nie martwcie się, jeśli się tam ktoś o mnie martwi... Dam radę. W końcu zmienię świat. Bo na świecie dawno już powinno rządzić serce wespół z miłością. Naiwniak ze mnie, co nie?

Ale dobrze mi z tym! Dobrze! Ktoś mi powiedział, że ludzi przyciągam w jakiś tam sposób do siebie. Może i tak. Jeśli tak, to pozostaje mi się cieszyć. Bo ja lubię być otoczony przez ludzi. Ludzie to mój żywioł. Rozmowy, wspólne przebywanie. O tak.

I tak nieraz jest jednak, że czuję ten mur. Coś jest takiego nieraz między ludźmi. Brak zaufania... brak jakiegoś uczucia, przyjaźni... Ale ten mur trzeba rozbić. Bo takie mury powstają nieraz przez jakieś głupstwo, a mogą trwać wiecznie. Tak nieraz ktoś buduje mur wokół mnie. I ja nieraz też do tego mojego murku przykładam cegiełkę. Zamykam się w sobie, chcę być sam i tak jakoś w tej samotności dokładam cegiełkę wespół z kimś innym. Ale ja się nie dam. Cegły trzeba odrzucić, a mury muszą runąć! Muszą! Muszą! Muszą! I runą... Oj, znowu jestem naiwny?

A może nie. Ja nie jestem naiwny. Jestem troche inny. Nie akceptuję tego co widzę. Nie akceptuję cywilizacji śmierci. Bo to nie brak zaufania, to nie brak miłości, to nie nienawiść powinny rządzić. Powinny rządzić miłość, zaufanie i wiara w drugiego człowieka.

Ja już nigdy się nie zmienię.

PS. Panna A. mnie niejako przymusiła do napisania tej notki. No, ale czego się nie robi dla przyjaciółki. Czekałaś, czekałaś i się doczekałaś ;].

PS2. Panno M., proszę o jakiś większy sygnał Pani obecności. Ślepy jestem. Najlepiej jakbyś się ujawniła :).

sobota, 28 października 2006

Hey You, see me...

Czego może chcieć od życia taki gość jak ja
Nikt już z tego co ktoś znił nie wymyśli szkła
Może w niebie zrobią błąd i w natłoku spraw
To co szło do innych stron
raz przypadnie nam

Wypijmy za błędy, za błędy na górze
Niech wyjdą na dobre zmęczonej naturze

Czego można chcieć i kto może nam coś dać

Czasem rzucą parę rad, a sklep pęka w szwach
Kupić chcesz, gotówka jest nie masz czasu stać
Złapie je emeryt choć swoich dosyć ma

Wypijmy za błędy, za błędy na górze
Niech wyjdą na dobre zmęczonej naturze

Czego może chcieć od życia taki gość jak ja
Ludzi których sam ciągle w sercu ma

Czasem w nocy kilka godzin kręci osiem cyfr
Głos przez setki mil, nie to już nie ty

Czasem myślę jak się skończy ten nasz ziemski start
Czy zbudziny kiedyś się a w koło będzie raj

Wypijmy za błędy, za błędy na górze
Niech wyjdą na dobre zmęczonej naturze


Ryszard Rynkowski - Wypijmy za błędy


No, to tyle ze wstępu, pogrubione fragmenty mówią same za siebie. W ogóle miłoby było się przywitać. Jestem Eva, vel Najti, vel Nighti, vel Torunianka, vel nocna chcica i jeszcze pare innych przydomków.

Do napisania tej notki skłoniła mnie ów rozmowa z Timim, który po prostu był lekko załamany, a także rozmowa wykonana w akcie desperacji przed chwilą z domowego telefonu, gdzie dałam jakiś głupi wykład, który zmęczył Timiego, który miał mnie dość ;)

To będzie notka trochę do Timiego troche do przyjaciół, bo wszakże to oni są winowajcami (napiszę to, a co!)

Part łan.

Przyajcielu... cóż mogę dodać do tego co Ci już powiedziałam... Trochę egoizmu Ci nie zaszkodzi, raczej na pewno nie Tobie! Przecież Ty uschniesz jak najpiękniejszy kwiat, przez całą zgniliznę tego świata, bierz z siebie coś dla siebie.

O właśnie przerwałeś kolejny mój wywód, pokazując mi notkę na moim blogu.

Nie chcesz się zmienić? To nie! To ja będe Cię chronić i wydzwaniać! Aż będziesz miał mnie dość :P

Kurde, ale te moja słowa idiotycznie brzmią! Newermajnd.

A w ogóle dziękuję za ładne słowa, chociaż wiesz, że ja się z nimi nie zgodze, bo ja wyznaję zasadę wszystko albo nic, a nie 1/10 udane a 9/10 nie. To wykańcza, i dziw aż bierze, że Ty to wytrymujesz.

Podumowując p1... z resztą cholera nie wiem co Ci napisać, uparty jesteś i tyle.

***


Part tu.

Do przyjaciół!

Cytując:

(...)a się zmienić nie chcę. Wiem, że będę cierpiał. Ale spokojnie. W końcu mendy, które tylko interesują się tym, bym był dla nich misiem przytulanką odejdą.(...)

Odejdźcie, już. A najpierw sobie uświadomcie, czy przypadkiem Timi nie mówi o Was. Po co wykorzystywać, krzywdzić, przysparzać bólu niewinnemu człowiekowi, który jako jeden z nielicznych nie dał się znieczulicy, i ogólnodostępnemu egoizmowi tego świata, no po co? Bo jest inny? Bo jest łatwiejszy do zmiany? Normlaność to tylko średnia statystyczna.

To tyle.

Nighti.


Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność - wśród jego pewności
[...]
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
[...]
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk
[...]
za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować
[...]
za niezwykłość i samotność waszych dróg
[...]
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.
bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi

piątek, 27 października 2006

Sam sobie winien...

No to tak. Jestem w tym moim życiu nierozumiany. Nierozumiany przez ogół. No i co? - ktoś mógłby zapytać. To, że każdy potrzebuje kogoś, kto by go zrozumiał. Kto potrafiłby wskazać mu drogowskaz...

A ja jestem romantyk. I za mocno ufam ludziom... Tak mi wszyscy mówią. A ja się tym nie przejmuję, tylko ufam jeszcze bardziej. I znów idę z sercem na dłoni do ludzi. A tu kop, bach, bęc. Serce spada, podnoszę je i dalej idę. Troche skowyczę, ale idę, idę, idę... Ale po co? Ufam ludziom, a jak jest vice versa? Nie wiem, każdy z moich znajomych sam niech to określi. Ja wiem, zaraz będzie, że to trzeba czasu, czasu, czasu, czasu, czasu... Hmmm... a co to czas? Komu bardziej byś zaufał/a: komuś znanemu pobieżnie 10 lat czy komuś kogo znasz dobrze rok? U mnie odpowiedź jest jedna. Tej drugiej osobie. Bo to nie czas jest ważny. Bo przyjaciół nie poznaje się w czasie, tylko w biedzie. Nie. Najważniejsze jest podejście do drugiego człowieka. A jak należy podchodzić? Tłumaczyć nikomu nie będę, to jest chyba jasne... Moje podejście jak już napisałem jest zawsze takie samo. Z sercem na dłoni, z otwartą przyłbicą, z wiarą i ufnością. Ale po co? Żeby dostać kopa? Choćby i dlatego. Bo to jestem ja. Ja już nigdy się nie zmienię. Zawsze będę żył już tak.... Widocznie moim drugim imieniem winno być Zaufanie, a trzecim Miłość... Dlaczego? A bo ufam, ufam i to nieraz aż za mocno, zbyt naiwnie rzekłbym... Ale dobrze mi z tym. Choć mnie ktoś nie ufa... A dlaczego miłość? Bo kocham. Kocham ludzi, wspieram, etc. I nikt nie musi mnie wspierać. To zależy już od serca każdego człowieka. Mnie mówi ono bym kochał i pomagał. I nim się kieruję. A jak robią inni? W to nie wnikam. Takie mi przyszło kiedyś motto do głowy: "Żyj tak byś każdego ranka mógł spojrzeć sobie w twarz w lustrze. Byś mógł spojrzeć sobie w oczy".

A wczoraj pewna niewiasta powiedziała mi, że nie wychodzi mi w życiu bo jestem... za dobry... Ciekawie to zabrzmiało, toteż od razu zapytałem cóż to znaczy. Dowiedziałem się, że jestem po prostu zbyt dobry, by mi się coś udało. Bo po prostu jestem dla przyjaciół niemal na skinienie ręki, nie odmawiam pomocy, etc. Ale do jasnej ciasnej!? Na czym polega przyjaźń jak nie na takim czymś? Przyjaciel, wg mojej definicji, to osoba, która zawsze pomoże, zawsze znajdzie chwile czasu by porozmawiać, by wesprzeć w kłopocie. I która nie odmówi... Ale to tylko moja definicja. Pewnie jest zła, albo co najmniej zbyt miękka. Ale jest moja. I zostanie w moim wnętrzu na zawsze. Trzebaby chyba wielkiej katastrofy by to się zmieniło. Zaufanie u mnie zawsze będzie ważne. Tak samo przyjaźń. Może być tak, że znam kogoś miesiąć i nazwę go przyjacielem, bo widzę, że mogę na taką osobę liczyć, że ta osoba nie zostawi mnie w kłopocie. I tak będzie zawsze... Do końca już.

I jeszcze jedna ciekawa dygresyjka z rozmowy z pewną niewiastą. To prawda, że tacy twardzi, puści w środku, ale napompowani na zewnątrz, bezmózgowcy, bez własnego zdania są teraz w modzie? Powinni mieć tylko prześwietne poczucie humoru i być duszą towarzystwa... Hm... to może dobrze, że jest taka moda. Ja za tą modą nie podążę. Zostanę tu gdzie stoję. Jedyny w swoim rodzaju (skromne...), a nie odciśnięty z jednej formy co tysiące... Myślę, że moją formę Stwórca kazał wyrzucić jako bezużyteczną.

Ale i tak prawda jest jedna. Sam jestem sobie za wszystko winny. Za brak zrozumienia, za moją samotność. A dlaczego? Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem. Wiem, że problem leży we mnie, a nie w otoczeniu. Ale nie wyleczę się z moich problemów. Poczekam, aż ktoś zobaczy, że może problem to tak naprawdę zaleta...

Zaopiekuj się mną, nawet gdy nie będę chciał,
Zaopiekuj się mną... mocno tak...


PS. Nighti mi kazała by nie było smutno, bym napisał coś optymistycznego. Jak widać, wyżej jest mało optymistycznie. Ale zobowiązanie wypełniam. Za 15 dni jadę do Torunia! I zobaczę Evę. Nareszcie! Czerwona róża będzie w mej dłoni, albo jakiegokolwiek innego koloru, prócz czarnego ;-)

PS 2. PS. Ja tak tylko piszę. Wiem, że to głupie. Wiem, że to bez sensu. Wiem, że przeżywam. Wiem, że wyolbrzymiam. Ale to jestem ja. Ja nie wyolbrzymiam. Przelewam tu to, co w sercu mam...

PS 3. Dowiedziałem się przed chwilą, że jednak pomoc innym może nieraz przeszkadzać. Więc jeśli komuś moja pomoc przeszkadza, to niech mi po prostu powie... Bo najgorsze dla mnie jest narzucanie się drugiej osobie swoją osobą...

sobota, 21 października 2006

Taka tam sobota...

Taka tam sobota zaczęła się dla mnie o 10:30. Wstałem. I siadłem do tego złoma. Włączyłem to i owo. Następnie umyłem się, zjadłem śniadanie. No i dzień się zaczął na dobre. Zaczął się źle. Ile dni z rzędu człowiek może przyłazić do domu uchlany?

I zaczął się źle. I myślałem, że się tak potoczy. Siąpił za oknem deszcz. Jesień. No, to jesień. I tak zimnawo. Ale tak pomyślałem, spojrzawszy na moją listę kontaktów, że zagadam do dwóch niewiast: panny B. i panny O.. I tak też postąpiłem. No i tak zaczęła się odmiana dnia złego w dzień dobry. O godzinie 13 poszedłem pod dom panny B.. Po chwili panna B. wyszła zza winkla i poszliśmy na spacer. Doszliśmy aż na kres chodnika na ulicy Olsztyńskiej, czyli całkiem daleko. Gdy się umawialiśmy na to wyjście obydwoje byliśmy tacy smutnozdołowanowkurzeni. A wracaliśmy już w o wiele lepszych nastrojach. I jeszcze jedno: gdy wychodziliśmy - padał deszcz, gdy wracaliśmy - świeciło słońce. Nasze nastroje sterowały pogodą! I bardzo dobrze, że sterowały ku lepszemu. A kto by pomyślał tak 2 miesiące temu, że my będziemy się tak ze sobą kumplować/przyjaźnić. Wszak pierwsza nasza rozmowa odbyła się 25 sierpnia. I tak jakoś się rozwija i rozwija. Ku lepszemu. Co mnie cieszy. Za to kocham życie. Jest takie pełne niespodzianek. Świetnych ludzi nieraz się nie zauważa długo, ale można błąd naprawić. Tyle czasu się nie znaliśmy, albo znaliśmy tylko z opowieści naszej wspólnej przyjaciółki O., a teraz i my się przyjaźnimy...

Po odprowadzeniu do domu pogodosterującej B. poszedłem do domu. Ale na bardzo krótko. Zadzwoniła panna A. z prośbą o pomoc z chemią. Wskoczyłem na rower, raz dwa i byłem już na miejscu. Sam nie rozumiałem aż za bardzo chemii, ale pomagać przyjaciołom trzeba ;). Od tego się ich ma. Bo żadna chemia nam niestraszna! Potem panna A. chciała mi wyprostować włosy, ale ja się nie dam! :P Moje loki, fale są pięknie ;].

Ledwo wpadłem do domu, zjadłem 4 kanapki z Dżemem i już zadzwoniłem do panny O. I z panną O. poszedłem na spacer. Panna O. to jest też bardzo fajna niewiasta. Tyle mamy tematów do rozmowy, możemy gadać i gadać. O wszystkim! Nawet jakie buty są modne w tym sezonie: w szpic czy okrągłe ;]. Wg mnie okrągłe, bo takie mam. A panna O. ma małe stópki i w ogóle jest mała, co obserwowałem sobie na naszych cieniach na asfalcie, ale to nie gra roli. Bo jest wielka sercem. I jeszcze ma siłę, by słuchać starego S.. Wyrazy podziwu. Dla wszystkich trzech wymienionych zresztą.

A na koniec nie może oczywiście zabraknąć mojej E., z która niestety wyjść na spacer na razie nie mogę :(. Ale rozmowy mi wiele rekompensują. I wierzę, że niejeden jeszcze spacer przed nami. I mimo, że nieraz rozmowa się nie klei, że nieraz jest jakiś mały zgrzyt to ja wiem, że będzie dobrze. Bo Ty też to wiesz i pamiętasz i to jest najważniejsze. Dalej jesteś wiatrem...

I dlatego kocham to moje życie z kobietami...

I tak na koniec piosenka z dedykacją dla wyżej wymienionej czwóreczki. Zespół Queen z nieodżałowanym Freddym Mercurym - You're my best friends. O tak. I wyrazy podziwu, że macie siły słuchać mnie... macie tę cierpliwość.. anielską. Dziękuje wam anioły. I taki tu jeszcze piękny cytat, który mi kiedyś panna E. przesłała

""Last night I asked my angel to watch over You... But he came back soon.... I asked why...? She smiled and said: An Angel doesn't watch another Angel"

Genialny... Przepiękny...

I PS. bo nie dopisałem jeszcze dwóch panien. Panna A. inna niż wymieniona wcześniej to też bardzo ważna osoba w moim życiu. I jakby nie było między nami to pamiętaj, że zawsze na Ciebie czekam. A druga to panna M., której mimo że nie znam osobiście to winien jestem podziękowania za czytanie tych moich wypocin :P.

Zawsze możecie na mnie liczyć.

piątek, 20 października 2006

Jakie to wnioski wyciąga człek w jeden piątek...

Dziś jest taki kolejny, zwykły piątek. Ale tak sobie pomyślałem trochę. Tak popatrzyłem na moją klasę, na którą dwie noty temu napsioczyłem. I kilka wniosków wyciągnąłem. No to je spiszę, jak to zwykle ja.

I tak sobie jak zwykle popatrzyłem na ludzi. I co zauważyłem? Że jednak będę dalej encyklopedią, terminarzem i negocjatorem. Znaczy chodzi o to, że ja tego tak nie widzę. Przeciwnie, pomoc drugiemu to nasz obowiązek względem bliźniego. Więc ja go spełniam, tak mi dyktuje moje głupie serce. A czy ktoś po prostu chce mnie wykorzystać, albo traktuje właśnie tylko w tych kategoriach, nie jako człeka, to już jego/jej sprawa. Nie moja. Wiem też, że są ludzie, którym ta pomoc jest potrzebna i tej im nie odmówię. Nikomu nie odmówię. Tylko proszę mnie nie nazywać żadnym dobrym człowiekiem... Ja jestem względem siebie, względem drugiego człowieka w porządku. Tak każe postępować mi serce i tak postępuje. Choć mam nadzieję, że jednak ludzie mi ufają i dlatego się do mnie zwracają o pomoc... A może ja się tylko łudzę? Wolę takie złudzenia. Pal licho to wszystko. Ważne by być względem drugiego w porządku. To jest w moim sercu i to tak jest. Każdy ma własne serce i sam w nim rozstrzyga wszystko... W to nie wnikam. A co do grup. To chyba ich nie ma. A może są? Może są. Ale ja w nich nie uczestniczę. Tu też każdy niech sam decyduje. Prawda jest taka: jedziemy wszyscy na jednym wózku. Pomoc jest konieczna. I ta pomoc ode mnie zawsze będzie. I nic w zamian nie chcę. Byleby tylko mnie nie wykorzystywano przez to.

Tak mi się włączyło Rape Me Nirvany... Hmmm...

czwartek, 19 października 2006

Przeprosiny

Winien jestem przeprosiny pani A.. Rozumiem, poczułaś się urażona. Wiem, że nie powinienem tego robić tutaj, tylko powiedzieć w twarz. Zapewne nie będę miał już możliwości... To było "wkalkulowane" w poprzednią notę. Takie życie.

Przepraszam i już milczę.

A czy poza tym coś mam dziś do przekazania? Chyba nic. Jakoś mnie tak dziś smutek lekki złapał przez chwil kilka. Ale to takie normalne. Ja taki już jestem. Nierozumiany, sam. No ale nie każdy musi być szczęśliwy. Ale ja jestem szczęśliwy. Bo jestem. Zdrowy jestem, mam dach nad głową i te kilka osób, które są ważne... najważniejsze... Tylko gdzie oni są? Ci wszyscy moi przyjaciele... Zabrakło ich... Choć zawsze było ich niewielu...

Kogo ja chcę oszukać?

Dobra, dość na dziś. Pytania postawione. A ja wracam walić głową w mur.

A piosenka SDM - Z nim będziesz szczęśliwsza, która jest po prostu śpiewanym wierszem Stachury jest absolutnie genialna. Słucham i słyszę, że mówi o mnie.

środa, 18 października 2006

Mam zwyczajowy problem z tytułem...

...a dwie czytelniczki, które deklarowały chęć wymyślania tytułów już śpią. Więc jak zwykle jest bez tytułu, znaczy jest tytuł, tylko taki quasitytuł, rzekłbym taki przenośny tytuł.

Klasa. To takie zbiorowisko ludzkie. W klasie żyjemy w zgodzie, ale nie da się ukryć podziału na grupy, grupki. Ta nie gada z tamtą, bo ta jest biedniejsza/brzydsza/głupsza (niepotrzebne skreślić), ten z tamtym, bo ten jest szpanerem/dresem/metalem (także skreślić). A gdzie w tym wszystkim ja? Nigdzie. Dochodzę do wniosku, że w mojej klasie pełnię trzy zasadnicze funkcje: encyklopedii, terminarza i negocjatora. Encyklopedia - to ten co niby wszystko wie. Innymi słowy zawsze musi wiedzieć, by podpowiedzieć. Spoko. Mogę podpowiadać, to jest normalna pomoc. Ale niech to nie będzie pomoc typu jeleniowatego, że wszystko za kogoś mam robić... Terminarz, to ten co wie, kiedy jest każda klasówka, każdy sprawdzian, etc. Negocjator to ten, który wszystko załatwia z belframi, przekłada klasówki, etc. Ja nie mówię, że przestanę negocjować, przestanę pomagać. Bo w gruncie rzeczy to lubię, ale nie lubię gdy jestem traktowany właśnie przez pryzmat tych trzech zjawisk. Chyba nie jestem aż tak mało wartościowym człekiem by traktować mnie w ten sposób...

Jednak to już zostawiam pod rozwagę kolegów i koleżanek. Ja sobie poradzę bez nich, mnie potrzeba jedynie kilku bliskich, naprawdę bliskich osób. Tych, którym ufam. Tych, które ufają mnie. Tych, które słuchają co do nich mówię. To wystarczy. Dla tych ludzi wielkie dzięki. O kolegach, koleżankach prędzej czy później zapomnę... Niestety... Pamięć ludzka... Ale chyba tego nie będę żałował.

A tu pewne przesłanie do pewnej pani. Jak to przeczytasz to się domyślisz, że to chodzi o Ciebie. Przepraszam, że nie powiem tego "na żywo", ale nie chcę się narzucać moją osobą. Szkoda, że jest tak jak jest... Miałem nadzieję na coś większego... Chciałem przyjaźni. Niestety przyjaźń przeradza się teraz w związek konsumpcyjny, czyli taki, że jedyny raz gdy otwierasz do mnie swe usta jest wtedy gdy chcesz ode mnie zeszyt z historii (w ostatnio poniedziałek bodajże). Nie odpowiada mi takie coś. Ale rozumiem i Ciebie. Nie jestem tym, kim powinienem dla Ciebie być. Za bardzo się staram no nie... Wiem, ja też się nie odzywam. Nie odzywam się, bo widzę, że jestem dla Ciebie powietrzem. A pardon! Jak potrzeba jakiejś pomocy, to się nagle pojawiam. I dobrze! Jestem po to by pomagać... Ale nietylko pomagać w szkole, z pracami domowymi, etc. Wiem, że pewnie się za te słowa obrazisz i będziesz mi je wypominać, ale jestem na to gotowy. Chcę żyć dla Ciebie jak dla innych, ale Ty tego nie widzisz, panno... Ale też od razu przepraszam za te słowa. Wiem, że nie mnie oceniać innych, nie mnie osądzać wydawać opinie. Ja tak tylko piszę co tkwi w moim sercu. Przepraszam. Nie chcę Cię urazić... Ja może za dużo wymagam. Za bardzo się staram... Ale cóż - przyjaźń winna być z obu stron... A ode mnie to jest ciągłe spalanie się, a od Ciebie coś innego. Nie będę tego określał, sama to określisz najlepiej.

Ale taki już mój los. Słucham na polskim o bohaterach bajronicznych, werterycznych i jakoś w sobie dostrzegam ogromne pokłady tych dwóch typów...

Życie...

"Możesz splunąć w moją twarz bez zastanowienia..."

Ale ja to wszystko przejdę. Serce mam silne...

PS. Do pełni szczęścia brakuje tylko jednej, jedynej rzeczy... Ale to daleko jest... i chyba nie dla mnie... A może i dla mnie, a ja tu po prostu patrzę przez ciemne okulary? Chyba tak.

wtorek, 17 października 2006

Weekend, czyli jak to wędrowaliśmy...

Miniony weekend był dłuższy, znaczy objął jeszcze swoim zasięgiem piątek. Bardzo mnie to oczywiście ucieszyło. Poza tym cieszył mnie niesamowicie jeden fakt. W sobotę mieliśmy pojechać z Bartoszem na koncert Pidżamy Porno do Olsztyna. I słowo stało się ciałem. O godzinie 11:07 ruszyliśmy ze stacji Nidzica pociągiem osobowym. Po około godzinie zameldowaliśmy się w Olsztynie. I zaczęło się poszukiwanie szkoły pewnych niewiast, które to niewiasty miały nam towarzyszyć w czasie koncertu. Ta szkoła miała być fioletowa... A mówią, że daltonizm to choroba tylko męska. Jeśli ta szkoła była fioletowa to ja jestem ślepy ;). Niemniej jednak dzięki mojej spostrzegawczości trafiliśmy do właściwej placówki. Powitania, uściski, etc. Potem trochę wędrówki po Olsztynie i koncert. Godzina 17:30, klub Heaven w Olsztynie. Pod klubem tłum. Po chwili oczekiwania jesteśmy w środku. Bartosz płaci 5 PLN za szatnię i możemy iść na miejsce koncertu. Chwila oczekiwania i zaczęli. Całej imprezie patronowało hasło Nie pozwól im iść dalej. Taki transparent wisiał nad sceną, a pod tym napisem zdjęcia dwóch dobrze znanych PiSiorów i dwóch LPRuchów. Jednak w to się nie będę zagłębiał. Mogę napisać tylko, że cholernie to popieram.

Pierwsza piosenka - spokój. Ale już przy drugiej nogi same zaniosły mnie w tłum. Po raz pierwszy byłem wewnątrz młyna. I zakochałem się w tym zbiorowisku ludzkim. Taką wolność czułem, swobodę. Muzyka płynęła przez całego mnie. A były tam wielkie hity Pidżamy: Styropian, Marchef w Butonierce, Chcąc pokonać Babilon. Szkoda tylko, że to trwało tak krótko. Dwie godziny i już wracaliśmy. To, oraz brak tzw. supportu, zaliczę do minusów tego koncertu. Jednak plusy są przytłaczające. Wyszedłem z koncertu mokry i wielce szczęśliwy. Noc spędziliśmy w Olsztynie. A rankiem wracaliśmy... Z powrotem też wiąże się świetna historia. Pociąg o godzinie 8:52, autobus MPK z nami na pokładzie odjechał w kierunku dworca o 8:19. Niby wiele czasu, ale gdy autobus zaczął krążyć po osiedlach zrobiło się nieciekawie. Ale w końcu! O 8:40 zobaczyliśmy ulicę Dworcową (kto to był Dworcow? ;)) i nadzieja odżyła. A wcześniej było nieciekawie. Kierowca miał w lusterku widok prosto na mnie i jakoś dziwnie spoglądał na mnie po każdej "kurwie", którą rzucałem, gdy zbyt długo staliśmy na przystankach... 8:44, 200m do dworca. Plan jest taki: wypadamy z autobusu i pędem na dworzec, do kasy, to może jeszcze zdążymy... Ale nie! Skręcamy w Towarową. Z Bartka uszło w tym momencie powietrze, a ja zdołałem tylko wykrztusić soczystą "kurwę mać". Było pewne, nie zdążymy... Wpadliśmy na stację i zobaczyliśmy nasz piękny pociąg, który odjeżdżał. Następny pociąg... 14:49...Musieliśmy się zrujnować na PKS... I jakoś dojechaliśmy.

Ale już wtedy w głowach szaleńców zwanych Karlik i Skibi narodził się nowy pomysł. Spacer do lasu miejskiego. Z sentymentu do kolei poszliśmy do lasu po torach. Chwilę pospacerowaliśmy po lesie. Bardzo ładnym lesie. Tyle liści na podłożu, te wysokie drzewa. I ekologiczne powietrze. Jednak szybko wyszliśmy na skraj lasu... I tym skrajem doszliśmy nad rzekę, zwaną Wkrą, Nidą, czy jakoś tam. I tu kolejny szarlatański pomysł wpadł nam do głowy. Może warto by pójść w górę tej rzeki, przynajmniej kawałek. Przytaknęliśmy i poszliśmy. Początkowo było łatwo. Jednak później zaczęły się schody. Dopływy rzeczki odcinały nam proste przejście i trzeba je było obchodzić. Efektem tego były zmoczone buty, skarpety i spodnie. Ale warto było. Przebywanie na łonie natury uszlachetnia. I jeszcze te sarny! 100m od nas rzeczkę przekraczały sarny. Piękne, powabne, zrobiły to bezszelestnie i pognały przez pole do lasu... Ponadto nad rzeką widzieliśmy nory szczurze (chyba). Potem znaleźliśmy mostek i wróciliśmy do domu, w drodze zaś podziwialiśmy piękne formacje chmur.

Weekend oceniam na 6+. Najpierw genialny koncert, potem genialna niedziela. I wyczekuję teraz z niecierpliwością następnego wyjazdu na koncert. Takie rzeczy trzeba powtarzać. A do źródeł rzeki jeszcze dotrzemy. Na pewno! :)

Piosenki na dziś: wszystko Pidżamy Porno ;).

PS: Prósba do panny Migotki. Jam jest mało spostrzegawczy. Mogę nieopacznie popełnić błąd. Proszę o ujawnienie się, albo jakiś bardziej widoczny znak ;).