środa, 3 grudnia 2008

Trzy, cztery, pięć

Znowu przerwa... Znowu trzy miesiące bez pisania. A obiecywałem sobie, obiecywałem czytelnikom (jeśli jeszcze są, w co wierzę), że będę pisał częściej, że wrócą stare czasy dziennikowe, kiedy to noty pojawiały się z dużą częstotliwością. Niejako jednak mam wytłumaczenie - otóż chciałem na nowe zagadnienie spojrzeć z potrzebnym dystansem. A dystans rodzi się z czasem. Teraz jednak jestem już gotów na zmierzenie się z kolejną notą.

Gdy tak czytam przed chwilą napisany wstęp, myślę:"Cholera, on zbyt straszny jest, a przecież pisał będę o rzeczach radosnych, o miłości. A wstęp zalatuje tajemniczością na kilometr..."

Jedenastego listopada minęło pięć miesięcy. Pięć miesięcy od kiedy ostatni raz powiedziałem sobie, że jestem samotny. Wtedy bowiem zaczęła się nowa epoka - MY, która zastąpiła długą i straszną, niemal epokę lodowcową MNIE SAMOTNEGO. I teraz siedząc tu, przed tym monitorem, nie wiem cóż napisać... Przecież taki ogrom trudno oddać słowem pisanym. Jak bowiem streścić serce? Jak przelać na łamy Dziennika pięć najlepszych miesięcy mojego życia? Otóż to jest chyba niewykonalne. Ale zawsze mogę próbować, wszak za próbę nikogo nie ukarano.

Ostatnio zrobiłem mały strumień świadomości, taką małą retrospekcję. Czytałem Dziennik od najstarszych, już może niekiedy zapomnianych not. Szukałem w nich jakiejś ciągłości wydarzeń z tym, co dzieje się dziś. I znalazłem. Wszak od miłości zacząłem, cały czas przebijała się ona w notach i komentarzach. One to już oddzielna historia, w gruncie rzeczy tę notę mógłbym oprzeć na komentarzach, wraz z moimi obecnymi przemyśleniami na ich temat. Z jednej strony jest to pracochłonne - wyszukiwanie, kopiowanie, wklejanie, a z drugiej trochę łażenie na łatwiznę. Dlatego będą być może tylko małe dygresje.

Przejdźmy do sedna. Dziennik istnieje już od ponad dwóch lat. Wspomniany wyżej strumień świadomości pozwolił mi dojrzeć, że cały czas przebijała się ta miłość. Niespełniona, nieszczęśliwa, kulawa, skrzywdzona. Ale warto było to wszystko przeżyć, przygody toruńskie, nidzickie, by dojść do dziś. Uważam, że nie byłbym tym kim jestem, gdyby nie ukształtowanie poprzez dawne dzieje. I za to winien jestem wiadomym osobom dzięki. Patrzę na kalendarz i ciężko mi uwierzyć, że to już pięć miesięcy od czasu pożegnania samotności. I jaki to człek jest podły, zapomniałem już o niej. A może samotność też chciałaby nieraz, bym ją na chwilę odwiedził? Ale czy nie chciałaby mnie wtedy zatrzymać znów przy sobie, na kolejne długie lata? Dlatego wolę jej unikać, wolę żyć z ludźmi, wśród ludzi. Z Tą Jedyną.

Wakacje 2008 były najcudowniejszymi wakacjami mojego dotychczasowego życia. A wszystko właściwie zaczęło się przed wakacjami. To był luty, marzec 2008 roku. Wtedy dokonała się pierwsza ewolucja. Z kumpeli Kasia stała się przyjaciółką. Te długie rozmowy, te spacery. I tak coraz bliżej, coraz bardziej zagłębialiśmy się w swoje dusze. Przyszedł maj, wraz z nim matury, ale one z perspektywy wydają mi się błahe przy tym co działo się w sercach. Wtedy to Kasia po raz pierwszy zaproponowała wspólny Detox, uwolnienie się od wspomnień. I wszystko to miało odbyć się na, rozśmieszającej mnie dziś, zasadzie związku z terminem ważności. Wszak ciążyła nad nami wizja mojego wyjazdu do Anglii. Początkowo bałem się tego, wycofałem się. Jednak serce powiedziało: "Czemu nie? Lepiej uwolnić się od starych wspomnień, by na nowo zacząć coś w Toruniu." I zgodziłem się, termin miał upłynąć początkowo w połowie lipca, potem zaś został przesunięty na jego koniec. Ostatecznie jednak żaden termin do skutku nie doszedł. Dziś dziękuję za to Szefowi, dziękuję Mu za to, że cała ta Anglia nie wypaliła.
Trzynastego lipca dokonała się druga ewolucja. Dojrzałem, to Ona, przez tyle czasu niezauważana skruszyła lód mojego serca, przeskoczyła mur, którym powoli się otaczałem. Mur wspomnień, mur bólu. I zniszczyła mur. I nigdy już nie będę zbierał cegiełek na nowy mur, mury są straszne, odgradzają od ludzi.

Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy.

Nota powstaje już kilka dni i dopiero teraz, gdy czytałem powstały już fragment skojarzyłem kolejny fakt. 11 listopada to nie tylko rocznica pięciu miesięcy, ale także minęły dwa lata od najpierwszej ewolucji, ewolucji toruńskiej. Pierwszej wielkiej miłości. Potem przyszła znów miłość nidzicka, a potem posucha. Nie chodzi tu jednak o rozdrapywanie starych ran, ale o to by zdać sobie sprawę od czego to wszystko się zaczęło, przez co przeszło. By dojść do obecnej sytuacji. Ewolucja, progres, wszystko poszło do przodu. Rozwinąłem się w uczuciach.

Ale wróćmy do meritum tej sekcji noty. Do ważnych chwil, do momentów, które czynią życie piękniejszym. Czas na daty, czas na określenie miejsca i czasu poszczególnych wydarzeń. Któż by tam się pozornie tym przejmował? One jednak po raz kolejny uświadamiają, że już wspólny kawałek mamy za sobą.

Zaczęło się w 2006 roku chyba, w trakcie akcji Oświadczeń Woli. Wtedy jednak Kasia była kumpelą, koleżanką. I taki stopień zażyłości był między nami aż do tego roku. Gdy dziś to wszystko wspominam to śmieję się w głos. Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że będę najszczęśliwszym człowiekiem z Nią, to chyba wyśmiałbym go. A dziś, dziś jest najważniejsza, dziś jest moim szczęściem. Wracając do dat, 29. lutego 2008, data wyjątkowa nie tylko dlatego, że jest raz na cztery lata. Data wyjątkowa, bo wtedy na nowo zaczęliśmy z Kasią rozmawiać po dłuższej przerwie. Czym była ta przerwa spowodowana? Dziś nie pamiętam i chyba nie jest to istotne. A rozmowy były coraz dłuższe, spacery także. Szczególnie upodobaliśmy sobie łażenie do końca ulicy Olsztyńskiej i przesiadywanie na wysepce nad jeziorkiem. Jakoś też w tym czasie powiedziałaś mi o swoich uczuciach. Ja jednak nadal czułem się uwięziony w starych wspomnieniach, w starych miłościach. Rozumiałaś to, akceptowałaś i, co najważniejsze, nie przestałaś kochać. Potem był 17. maja, a zaraz po nim 18... Coś drgnęło, ale tylko na kilkanaście godzin. Tak, wycofałem się wtedy. Potrzebowałem czasu na przemyślenie. Wiem, że bolało Cię to... Po prostu wtedy jeszcze tkwiłem łbem w starych czasach, byłem dalej niepewny tego co czuję. Przekonywanie jednak nie trwało długo. Dziś sam nie pamiętam co mnie przekonało, albo raczej kto. Na pewno była to Kasia, ale czy jeszcze ktoś to nie pamiętam... Faktem jest jednak, że przejrzałem na oczy.

I nastał 11. czerwca. I kolejny przełom, kolejna ewolucja. Podjęliśmy decyzję o wspólnym Detoksie, detoksie od wspomnień. I zdecydowaliśmy się na to mając świadomość, że jest to tylko na miesiąc. To miał być związek z terminem ważności. I znów potwierdziła się sentencja "amor vincit omnia" oraz to, że "kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć." Miałem wyjechać, mieliśmy spędzić ze sobą około miesiąca. Dziś, gdy o tym wszystkim myślę, to trochę śmiać mi się chce. Założenie mieliśmy następujące - będziemy ze sobą przez miesiąc, a potem wrócimy do zwykłej przyjaźni... Jakie to szczęście, że Michał (mój brat) znalazł pracę i z wyjazdu zostały nici.

Szóstego lipca była przyspieszona Gwiazdka w tym roku. Do Nidzicy zawitał Dżem... I w dodatku mogłem z członkami zespołu rozmawiać, zdobyłem autografy. Moja miłość do Dżemu się wzmocniła. A z drugiej strony znów ewoluowały uczucia. Wtedy to po raz pierwszy okazałem Kasi uczucia przy kumplach (to nic wielkiego, ale jednak znaczenie miało). I jeszcze jedno stało się na koncercie. Spotkanie starej i nowej miłości. Wtedy to chyba ostatecznie zdałem sobie sprawę, że stara miłość (jak sama nazwa wskazuje) jest stara i jej czas minął. Nastał czas nowej! I tak, 13. lipca wyznałem Kasi to co czuję. Pamiętam, że chwilę stała zszokowana, nie mogła chyba w to uwierzyć... Potem poprosiła mnie, bym ją upewnił (wszak już raz się z deklaracji wycofałem). Ja jednak byłem pewien. I nie żałuję.

Rozwój

Wakacje roku 2008 spędziłem w połowie w domu, a w drugiej połowie u Kasi. 12 km dzień po dniu pokonywane rowerem. Potem długie spacery, po lasach, nad jeziora. Długie rozmowy, czułości. Coś bez czego nie zbudowalibyśmy tego związku. Wzajemne odkrywanie się... Dzięki Kasi po raz pierwszy mogłem przerzucać węgiel łopatą... To na pierwszy rzut oka śmieszne się wyda każdemu, ale to też było dla mnie ważne. Nigdy nie miałem okazji tak pracować. Okazało się, że umiem i to. Wspólna praca też zbliża, tak jak wspólna opieka nad dziećmi. Zawsze zazdrościłem koleżankom i kolegom, którzy opowiadali jak to nie opiekowali się dziećmi. Sam nigdy tego nie doświadczyłem, aż do tych wakacji. I okazuje się, że jakieś tam zdolności do opieki nad dziećmi mam. Polubiłem to. Mało jest lepszych rzeczy jak obserwowanie rozwoju takiego szkraba. Tu Kasia porównała rozwój dziecka do rozwoju tego uczucia. Początkowo baraszkowało, było takie małe, bezbronne, a teraz jest coraz większe, coraz mniej bezbronne. Rozwija się, jak tam miłość... I dziś śmiejemy się razem, kiedy mówimy: "Gdybyś ktoś powiedział, że my razem jeszcze rok temu..." Tak, wtedy bym chyba wybuchł śmiechem. Ale nie ma rzeczy niemożliwych! Uwierzcie w to i Wy, Drodzy czytelnicy. Dziś wspominamy z uśmiechami na twarzach czasy zwykłego koleżeństwa :).

Za kilka dni będzie pół roku od kiedy jesteśmy razem. Dużo to czy mało? Minęło naprawdę szybko. I są "teorie" mówiące, że pierwsze trzy miesiące związku są piękne, a potem zaczyna się życie, kłopoty, wchodzi marazm, znużenie... Kolejne twierdzenie, które można włożyć między bajki. Jeśli jest miłość, nie ma miejsca na znużenie, znudzenie, marazm. Bo jest rozwój, wspólny, dążenie do wspólnych celów. Naszym celem był i jest Toruń. I w końcu odwiedziliśmy go razem. 8. sierpnia 2008 roku (osiem to dla Chińczyków cyfra szczęśliwa, wtedy też igrzyska olimpijskie w Pekinie się zaczęły) zawitaliśmy w mieście Kopernika. Spacery ulicami tego miasta wzmogły marzenia, marzenia o wspólnej przyszłości. Na sam koniec zaś dopadła nas ulewa, zmokliśmy jak kury. Zmokliśmy razem i to było najważniejsze. I wiem, że i maturę razem pokonamy, a za rok wrócimy do Torunia już razem, do namiastki naszej małej mansardy... A potem dalej i dalej, razem. I niech realiści mówią, że jeszcze wiele przed nami. Fakt, ale "amor vincit omnia".

Idylla?

Ktoś powie: "To wszystko zbyt idealne. Nie mieliście jeszcze żadnych problemów... Pewnie pierwszy problem was pokona". I osoba ta będzie w błędzie, bo pokonaliśmy już przeszkody. Najpierw Kasia pokonała przeszkodę w postaci strachu przed okazaniem mi uczucia. Potem ja pokonałem przeszkodę dawnych wspomnień i strachu przed nowym uczuciem. Potem już wspólnie stanęliśmy przed poważniejszym zadaniem - chemią. I tak, były momenty zwątpienia, były momenty strachu, ale wszystko się udało. Przebrnęliśmy to razem, tak jak ostatni kryzys. I wszystko można rozwiązać, można wyjść z każdej opresji. Ale tylko razem i przez rozmowę.

I niech będą życzliwi, którzy insynuowali i insynuują różne głupoty o naszej dwójce. To już nie nasz problem, a ludzka zazdrość zawsze będzie istniała... Tylko my wiemy jak jest naprawdę. I ta nota też nie przekaże całego uczucia (gdyby przekazała to coś z uczuciem było nie tak...), a poza tym, nie ma sensu pisać wszystkiego. To dopiero byłaby desakralizacja. A są rzeczy, które o sobie nawzajem wiemy tylko my. I tak jest w każdym związku. "Sfera" publiczna i ta prywatna, tylko dla zaangażowanych w uczucie.

To, co zbliża

Co zbliża ludzi w miłości? Miłość można odpowiedzieć, ale to nie wszystko. Samo uczucie niewiele da, jeśli nie jest podbudowane. Podbudowane zaufaniem, podbudowane rozmowami. I co może często najważniejsze - wspólnymi pasjami. Dla nas tą pasją jest Dżem. Można rzec, że to Rysiek Riedel nas zjednoczył, to Rysiek pozwolił przetrwać trudne chwile. I cóż więcej mogę napisać?

Nota ta nie jest poradnikiem "Jak budować dobry związek". Ta nota to po prostu opowieść o tym jak w końcu "zbiegły się tory sieroce naszych dwu planet". Ma być to też podziękowanie dla Tej, która rozwiała mrok mojego życia. Mrok samotności. I po części jest to rozliczenie się z przeszłością. I jak już napisałem wyżej, nie streszczam tu wszystkiego, co się dzieje, bo o wszystkim pisać nie zamierzam. Bo pewne rzeczy są tylko nasze :). Jest to też kolejny powrót Dziennika, mam nadzieję, że już na stałe. Forma Dziennika zmieni się, głowa aż huczy od pomysłów...

"Niebo do wynajęcia, niebo z widokiem na raj..."