poniedziałek, 23 czerwca 2008

3:50

3:50? Cóż to może oznaczać. Nie jest to zapis dzielenia 3 przez 50, bo równie dobrze mogłem zapisać 0,06. Nie jest to też tajemny kod. To zapis godziny, o której wstałem w ostatnią sobotę. Wstałem, a nie położyłem, jak to często bywało.

Dlaczego tak wcześnie wstałem? For money, że tak użyję reklamowego zwrotu. Miały być zbiory, miał być swoisty trening przed tym, co mnie czeka już za około miesiąc. O 4:40 wsiadłem na swojego stalowego rumaka i ruszyłem ku celowi. Dotarłem, ale zrezygnowałem. Właściwie to nie zrezygnowałem, ale wyciągnąłem złe wnioski z dużej liczby ludzi zgromadzonych w miejscu docelowym. I pojechałem dalej. Nie stchórzyłem. Ot, uznałem, że trochę tych ludzi za dużo i dla mnie miejsca już zabraknie. I nie opłacało mi się o 4:50 wracać do domu, pewnie położyłbym się spać i jak zwykle spałbym do 11:00 czy jeszcze później.

Pojechałem więc dalej. Droga asfaltową, bez wielkiego celu. Ot tak, dla sportu. Przejeżdżałem przez kilka wsi, które różniły się od siebie. Jedna była bardziej rolnicza, w drugiej zaś już tego rolnictwa było jak na lekarstwo. I śpiący ludzie. A jeśli ludzie nie spali, to dziwnie patrzyli się na kudłatego rowerzystę. Może myśleli, że jadę do pracy... A ja z tej pracy "wracałem". Droga nie dłużyła się i jakoś po około czterdziestu minutach wyjechałem na drogę krajową nr 7. Po głowie chodziło mi, żeby tylko ją przeciąć i jechać w dalsze tereny, jednak zwyciężyła opcja powrotu do domu.
Dlaczego polscy kierowcy są debilami? Czy jeśli jadą samochodem i potrącą bądź przejadą jakieś zwierze, nie odczuwają tego? Tak trudno wziąć łopatkę jakąś, którą, wydaje mi się, każdy gdzieś w bagażniku ma i zgarnąć zwłoki niewinnej istoty do rowu? A tak to są rozjeżdżane, aż zostaje placek... Polskie drogi. My nie będziemy w Europie póki one nie będą bezpieczne. Bycie rowerzystą to ciężki los. Nie chcę tu generalizować (generalizowanie jest ogromnym złem tego świata), ale jest wielu kierowców, którzy myślą, że są panem i władcą drogi. I nie zbaczają na innych uczestników ruchu. Jednak mnie jakoś udało się dojechać w jednym kawałku do domu.
Była godzina 5:50. Słońce już stało dość wysoko na niebie zapowiadając kolejny ciepły dzień.
Wróciwszy do domu nie zastałem w nim ojca. Pierwsza myśl - "poszedł z psem na spacer". Nic bardziej błędnego, pies spał wygodnie na moim wyrze. Postanowiłem go wyprowadzić. Ledwo wyszedłem z klatki schodowej i zobaczyłem wynurzającego się zza winkla ojca. Wychodząc był jeszcze lekko zawiany po wcześniejszym dniu. Spotkaliśmy się w połowie drogi i on do mnie: "Daj mi psa". Wiedziałem co się święci... Już szukał pretekstu do napicia się... Odmówiłem. Wtedy zobaczyłem w jego oczach coś, czego może wcześniej nie dostrzegałem... Tę wszechogarniającą żądzę picia, alkoholu. Nawet teraz widzę przed oczami ten wzrok. Nałóg. Alkoholizm. Obym nigdy w niego nie popadł.

A po godzinie szóstej było już coraz więcej ludzi do mijania. Jakiś facet spacerował, a może wracał z jakiejś impreza. Kobieta w dresach spacerowała z psem. Czy mieli w tym jakiś cel? Pewnie nie. Wstali wcześnie i korzystali z dnia. Zupełnie jak ja.

O mocy alkoholizmu przekonałem się po powrocie. Wprawdzie ojciec umył podłogę, którą wcześniejszej nocy zalał tłuszczem, ale z worka ze śmieciami wyziewała czarna puszka piwa marki [markę przemilczę, wszak za reklamę mi nie płacą]. Fizyczny pociąg do alkoholu, straszne. I ta wewnętrzna świadomość, że trzeba się napić, że musi coś wypić. Ja też, tak jak on, lubię piwo. Ale odróżnijmy "lubię" od "muszę", "chcę" od "potrzebuję". A granica jest niekiedy cienka. I muszę uważać. Nie wiem jak to jest w opinii psychologów/psychiatrów, ale uważam, że nie mam szczególnych predyspozycji do alkoholizmu. Za wiele się napatrzyłem na skutki tego wszystkiego, na rozpad wartości, na upadek człowieka, na rozpieprzenie rodziny...
Nie robię z siebie ofiary losu! Bo zaraz ktoś "mądry" powie mi, że są ludzie w gorszej sytuacji. Oczywiście, zdaję sobie z tego sprawę bez zastrzeżeń. A ja nigdy nie robiłem z siebie ofiary losu, wielce skrzywdzonego przez los. Po prostu, przyszło mi żyć w takiej rodzinie. I tego nie zmienię, nie wyrzeknę się przecież tego człowieka. Straciłem w niego wiarę, on się chyba już nie zmieni. Chyba, słowo-klucz. Potrzeba mu chyba wstrząsu. Taki wstrząs niedługo otrzyma.
Dość jednak o nim. Jak to zawsze powtarzam - on nie świadczy o mnie, ani ja nie świadczę o nim.

I tak oto powstaje kolejna wielce nudna nota. Nota o wszystkim i o niczym. A miałem tyle pomysłów... Tylko właśnie mam ich za dużo w jednym momencie i wszystkie chciałbym zmieścić w jednej, wielotematycznej nocie, rozwlekłej jak flaki z olejem. A może tak powinienem pisać częściej, ale krócej i na jeden temat. Zobaczymy co z tego wypali.

W 2006 roku - 37 not, w 2007 - 9, a tu przez pół roku 2008 - 4. Staczam się. Nie wszystko jednak stracone. Jeśli tylko wprowadzę potrzebne zmiany wszystko wróci do normy.

środa, 4 czerwca 2008

Kim jestem - jestem sobie

Tytuł niniejszej noty jest tytułem utworu Dżemu, a także tytułem rozdziału z książki o tymże zespole - "Ballady o dziwnym zespole". Tekstu piosenki przytaczał nie będę, któż jest zainteresowanym zapoznaniem z nim, ten się zapozna. Natomiast pokrótce objaśnię sens, treść rozdziału książki. Otóż są to swoiste ankiety personalne muzyków Dżemu - od Ryśka Riedla przez Pawła Bergera, Adama i Bena Otrębów, aż po Jerzego Styczyńskiego i Jacka Dewódzkiego. Wszyscy odpowiadali na te same pytania dotyczące różnych dziedzin życia. Zaczerpnąłem więc pomysł i także odpowiem na pytania z rozdziału "Kim jestem - jestem sobie".

Marcin Adam Albert S.

Rodzice - Bożena i Ryszard. Cóż więcej o nich mogę napisać. Większość szanownych czytelników wie jak to jest z tym moim ojcem. O matce zaś złego słowa nie powiem.
Urodzony 8 grudnia 1989 roku w Nidzicy. Tego samego dnia, kilkadziesiąt lat wcześniej wydano "Mein Kampf" a kilka lat później rozpoczęło działalność Radio Maryja. Taki ładny komplecik.
Znak zodiaku - Strzelec. Różnorakie horoskopy i inne charakterystyki tego znaku zodiaku pasują i do mnie. W dużej części, nie w całości. Z jednym z napotkanych opisów się nie zgadzam absolutnie: nie jestem racjonalny i nie kieruję się w życiu rozumem.
Rodzeństwo - brat Michał (pięć lat starszy). Najlepszy z moich przyjaciół. Zawsze szczery w stosunku do mnie. Gasi moje niepotrzebne zapały, podbudowuje te godne zachodu.
Samotny od zawsze. Nigdy nie miałem kogoś... Wszystkie te moje miłości okazywały się epizodami. Nic nie znaczyły w życiu osoby drugiej, we mnie zostawiając natomiast nieodwracalne, nie do zapomnienia wspomnienia. Dla mnie to było coś zawsze wielkiego... Pozostaje tylko nadzieja, że od zawsze nie będzie tak na zawsze...
Wzrost - 182 cm. Wysoki nie, niski także nie. Ot taki, średniego wzrostu.
Najmilsze wspomnienia z dzieciństwa - ta beztroska. Człowiek się niczym nie martwił, bał się ciemności na klatce schodowej, ale gdy mamuśka zapalała światło to wszystko było dobrze. Choć najgorsze było, gdy to światło gasło w połowie drogi do domu. Dziś lubię nieraz po ciemku zejść... I gdy człowiek był młodszy to niczym się nie martwił. Wszystko było proste, łatwe. Nie było tyle zła na tym świecie. Było lepiej.
Najgorsze wspomnienia z dzieciństwa - śmierć dziadka, pierwszy pogrzeb w moim życiu. Fakt, miałem już ze 12, może 13 lat, ale nie byłem dorosły. Poza tym szopka, którą odwalono na pogrzebie. No i widok zalanego ojca. Do tego idzie się przyzwyczaić.
Bohaterowie lat dziecinnych - Strażnik Teksasu, zawsze sprawiedliwy, zawsze zwyciężał. Lucky Luck, patrz wyżej. Choć to prawdę powiedziawszy trochę naciągani bohaterowie. Nie było chyba ich jakoś w moim dzieciństwie. Zwykłe to było dzieciństwo. Wolałem ganiać za piłką niż myśleć o bohaterach. Choć jeszcze była też i u mnie moda na Power Rangers. Ale to szkoda gadać.
Będąc dzieckiem chciałem zostać strażak i policjantem chyba nie. Nie lubiłem strzelanin, pistoletów. Myślałem, że jak w filmie się zabijają to jest to tak naprawdę... To Stallone czy inny Schwarzenegger musieliby mieć 1000 żyć.
Ulubione przedmioty szkolne - historia, wos - pasja. Rozwijana dzięki dobrym pedagogom. Nie gardziłem geografią, podróże palcem po mapie to było coś.
Znienawidzone przedmioty szkolne - takich chyba nie było. Każdy dało się przeboleć, każdego nauczyciela przejść. Edukacja zmorą mą nie była. I chyba nagle na studiach nie zacznie nią być.
Ostatnia ukończona szkoła - Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Wyspiańskiego w Nidzicy.
Ideał muzyczny - wielu ich jest. Ale największym i niedościgłym jest Ryszard Riedel.
Zespół marzeń - nie określę składu krok po kroku, nie wymienię członków. Byłby to mix wielu czynników, wielu postaci, zespołów. Mieszanina Dżemu, Nirvany, Republiki, DAABu i wielu, wielu innych. Pewnie wybuchową byłaby ta mieszanka. Wybuchem świetnej muzyki.
Ulubieni wykonawcy zagraniczni - Queen, Nirvana, Iron Maiden, Pink Floyd, Guns N'Roses, Rammstein, Led Zeppelin, Metallica. Na tylu poprzestanę. A jest ich znowuż wiele, wiele więcej. Każdy zespół z wymienionych cenię za coś innego. Najczęściej jednak są to zespoły charyzmatyczne, które mają te swoistą iskrę do gry, porywają tłumy (jedne w większym, drugie w mniejszym stopniu) lub, niestety, porywały...
Ulubieni wykonawcy polscy - i znów wymienić to wszystko ciężko, bo coś pominę. Odsyłam do strony http://www.last.fm/user/skibi/. Może i idę na łatwiznę, ale po cóż przepisywać, gdy oto jest skarbnica wiedzy o gustach muzycznych moich.
Ulubione utwory zagraniczne - wg last.fm jest to "Somebody to love" zespołu Queen. I chyba tak jest. To jest swoisty hymn mojego życia. Jednocześnie trochę smutny, ale też pełen nadziei. Bo i ja jestem człowiekiem pełnym nadziei. Kiedyś musi być dobrze.
Ulubione utwory polskie - napisać mogę, że wszystko Dżemu, ale jeśli coś spoza Dżemu to "Dorosłe dzieci" Turbo, Raz Dwa Trzy "Jutro możemy być szczęśliwi" i wiele innych. Ciężko wybrać cokolwiek.
Ulubione płyty zagraniczne - "MTV Unplugged" Nirvany, Pink Floyd "The Wall", Pearl Jam "Ten", "MTV Unplugged" Alice in Chains
Ulubione płyty polskie - znów mógłbym napisać, że cały Dżem z Ryśkiem Riedlem. Ponadto dodam do tego dyskografię DAABu.
Najwspanialszy koncert - Na niewielu miałem okazję w swoim życiu być. Nie wytypuję jednego. Te największe jeszcze przede mną.
Ulubiony wideoklip - Też nie mam jednoznacznego typu... Ciężko wybrać. Jest wiele dobrych wideoklipów. Z pewnością do tych wybitnych, a jednocześnie prostych zaliczę teledysk DAABu "W moim ogrodzie"
Muzyka jakiej nie cierpię - puste łupucupu... muzyka bez żadnego przekazu, bez większego sensu. Nie ma określonego gatunku muzycznego, który uważam za szczególnie "zły". W każdym gatunku muzycznym znajdzie się coś dobrego.
Ulubione filmy zagraniczne - "Forrest Gump", "Truman Show", "Requiem dla snu"
Ulubione filmy polskie - "Seksmisja", "Dzień świra"
Ulubione aktorki zagraniczne, Ulubione aktorki polskie - kolejne kategorie, w których nie mam jednoznacznych typów.
Ulubieni aktorzy zagraniczni - Tom Hanks, Jim Carrey - pierwszy za "Forresta Gumpa", drugi za "Truman Show"
Ulubieni aktorzy polscy - Bogusław Linda, Cezary Pazura, Marek Kondrat. Pazura z tego wcześniejszego okresu, teraz bowiem wala się gdzieś facet po teleturniejach...
Ulubiona książka - "Ballada o dziwnym zespole"
Ulubieni pisarze - Znów brak jednoznacznego typu.
Ulubiony bohater historyczny lub literacki - Raskolnikow i Lucky Luck.
Ulubiona epoka historyczna - Nowożytność.
Sport, jaki uprawia - piłka nożna, 'kolarstwo'.
Ulubiony sport - piłka nożna najbardziej ulubionym sportem jest dla mnie. Jakoś tak od zawsze miałem do niej zamiłowanie. I do grania i do oglądania w telewizji.
Ulubiony sportowiec - Jest kilka typów, ale pierwszym takim idolem sportowym był dla mnie Edgar Davids, a to chyba za sprawą okularów i niebanalnych umiejętności. Ale chyba okulary decydowały.
Ulubiona drużyna - FC Barcelona. Nic mnie z tej miłości nie wyleczy. Kiedyś sympatyzowałem z Manchesterem United, ale teraz jest mi ta drużyna już raczej obojętna. Choć i tak ucieszył mnie ich triumf w Lidze Mistrzów 2007/08.
Ulubiona gra karciana - nie ma takiej. W karty gram/grałem rzadko i to tylko okazjonalnie. A z gier umiem grać w makao, tysiąca i wojnę rzecz jasna.
Ulubione programy telewizyjne - sportowe, naukowe (ale przedstawiające naukę z bardziej normalnej strony, a nie od strony nadętych magisterków gadających nudne twierdzenia).
Prasa, którą czytam - Przed nadejściem ery internetu w domu czytałem nałogowo "Piłkę Nożną", "Piłkę Nożną Plus". Z czasem jednak oba tytułu zaczynały obniżać swe loty, a i mnie przestały być potrzebne. Źródłem wiedzy o piłce jest internet. I zostaje te kilka złotych w kieszeni, zaoszczędzone na gazetach.
Ulubiony polityk - Chyba takiego nie ma. To wszystko to jedno wielkie bagno, a oni wszyscy są w tym umoczeni po uszy. Ale nie, jeden polityk jest, do którego pałam sympatią i prawdziwie go podziwiam - Władysław Bartoszewski. To jest człowiek prawdziwego honoru i erudycji w tym półświatku.
Najbardziej nielubiani politycy - Nazwiskami jechał nie będę. Chyba ich wszystko za coś nie lubię... Zakłamane, zaplute darmozjady... Za publiczne pieniądze się wszyscy, wszyscy, bez wyjątku pławią w luksusach...
Ulubione napoje - Piwo. Najlepszy jest Specjal. Obowiązkowo z butelki. Puszka to ostateczność. Od soków rzecz jasna też nie stronię. I herbatą nie pogardzę.
Ulubione potrawy - Sosy z makaronem, najlepiej własnej roboty. Lubię kulinarne eksperymenty, kombinowanie ze smakami. Mam to chyba w genach po matce. I do kuchni mnie ciągnie nie tylko by jeść, ale także by gotować. Z rzeczy, których sam nie robię, ubóstwiam fasolkę po bretońsku.
Ulubione desery - słodkich rzeczy, niestety, raczej nie odmawiam. A sam wiem, że to jest nie zawsze zdrowe...
Ulubione owoce - banany i pomarańcze. Jabłka też nie są złe, choć nie są moimi ulubionymi. Mandarynki też mogę wsuwać kilogramami.
Ulubione kolory - czerń, czerwień, zieleń. Czerń - trochę mroku. I nie brudzi się tak szybko ;). Czerwień - wyrazistość, kolor niewątpliwie ciepły. Zielony - kolor nadziei.
Ulubiona pora roku - Każda ma w sobie coś dobrego, ale chyba lato najlepsze. Choć obecnie lato nie jest już takie jak jeszcze niedawno. Trąby powietrzne, upał +40 stopni... Oj zmienia się klimat nam...
Ulubione spędzanie wolnego czasu - kucharzenie, rozmowy, niestety komputer (pieprzony złodziej czasu). Aktywniej to rower, piłka nożna.
Hobby - Ktoś by powiedział: marudzenie. Ktoś: lenistwo. Inny jeszcze: szukanie dziury w całym. Nie mam jednego, określonego hobby. Uwielbiam muzykę. Długie godziny słuchania różnorakich utworów.
Gdzie najchętniej spędzam wakacje - na łonie natury wśród przyjaciół.
Dokąd chciałbym pojechać - do Barcelony, na Camp Nou. I zwiedzić świat ogólnie. Poznać różne kraje, różne kultury.
Na co wydałbym milion dolarów - Nie mam tyle pieniędzy i pewnie miał nie będę. Nie wiem więc jakbym na nie zareagowałem. Chciałbym podzielić się nimi z ludźmi, a jednocześnie spełnić swoje własne marzenia.
Samochód, jakim jeżdżę - Nie ma takiego. I jak na razie nie planuję by takowy miał się pojawić. Nie jest mi potrzebny.
Samochód, jakim chciałbym jeździć - Patrz wyżej. Nie wiem co los przyniesie. Auta marzeń nie mam. Będę jeździł tym, co będę miał.
Cecha, którą u siebie cenię - Chyba to, że potrafię się przyznać do błędu. A popełniam ich w swoim życiu wiele. Jednak zawsze staram się naprawić jeśli coś zepsułem.
Cecha, której w sobie nie lubię - Nieraz ta agresja, która we mnie wstępuje. Poza tym jestem furiatem, mam gorącą głowę. I jeśli tego nie zmienię, to w życiu będzie. I to pieprzone rozpamiętywanie, analizowanie wszystkiego. Do jasnej cholery! Było minęło! A do mnie to nie dociera... I się sam wtedy truję. Oby wyjazd mi pomógł, bo jak on nie pomoże, to nic chyba nie da rady na tę debilną cechę. I brak wiary w siebie też jest moją przywarą, którą muszę zmienić. Pora uwierzyć w siebie.
Cecha, którą cenię u innych - szczerość do bólu, umiejętność i chęć wysłuchania.
Cecha, która drażni mnie u innych - brak wiary w miłość, zakłamanie. Jak można nie wierzyć w miłość? W jej istnienie... Ludzie tak sobie pieprzą, dopóki nie spotkają w końcu kogoś, kto będzie dla nich księciem/księżniczką z bajki. Wtedy znów "wierzą"...
Komu nie podałbym ręki - Nie ma takiej osoby. Dlaczego niby miałbym komuś nie podać ręki? Każdy jest godzien tego by okazać mu choć minimum szacunku, nawet jeśli ten ktoś nie szanuje nas...
Czego obawiam się najbardziej - śmierci najbliższych i samotności. Samotności nie tylko w sensie braku kobiety, ale także samotności jako braku bliskich ludzi, braku przyjaciół.
Najprzyjemniejsze zdarzenie w życiu - świadomość bycia kochanym ze wzajemnością. Przeżywana przeze mnie krótko, ale zawsze to było coś pięknego. Szkoda, że zawsze się kończyło.
Najmniej przyjemne zdarzenie w życiu - samotność, utrata bliskich, świadomość śmierci uczucia.
Najmilszy otrzymany prezent - wierzę, że takowy dopiero otrzymam.
Największy ubaw - Jakiegoś konkretnego nie wymienię. Na pewno przeżywany wspólnie z ludźmi.
Największe marzenie - Być szczęśliwym u boku dziewczyny/kobiety, możliwość realizacji swoich marzeń. Trochę to masło maślane, ale chyba ma sens... Chciałbym kiedyś móc swoje marzenia urzeczywistnić.
Ideał kobiety - Ideałów nie ma!
Z kim chciałbym zjeść kolację - z Ryśkiem Riedlem. Choć pewnie skończyłoby się na piwie albo winie. Ale gdybym tylko mógł z nim zamienić kilka słów...
Najpiękniejszy sen - koniec wszelkiej samotności.
Najbardziej koszmarny sen - wszechogarniająca samotność.
Najdziwniejszy sen - Unieruchomienie, odrętwienie, zero możliwości ruchu.
Co jest dla mnie w życiu najważniejsze - Żyć w zgodzie z własnym sumieniem, starać się zrobić coś dla innych, choćby nieraz. Nie muszę zaraz zdobywać szczytów. Małymi krokami wejdę tam szybciej.
Życiowe kredo - Żyj tak, byś zawsze mógł spojrzeć sobie w twarz w lustrze. I jeszcze wiele innych zasad, które staram się przekazać w tym grafomańskim dzienniku/blogu/whatever...

Nota wybitnie grafomańska (tak jakby inne nie były...), choć daje jakiś tam obraz mój. Życzę cierpliwości przy czytaniu. I czas na zmiany, czas na powrót mojej twórczości. Jeśli nie pisanej dla czytelników, to choćby dla samego siebie, dla potomności. Non omnis moriar.