niedziela, 23 grudnia 2007

Dzień przed

Dzień został do Wigilii. A tu już ta wszechobecna sraczka okołoświąteczna... To właśnie dzięki niej tak bardzo tych świąt nie cierpię... Sraczka okołoświąteczna to innymi słowy ta pieprzona komercjalizacja świąt. Co chwila z radia Las Krysmas i inne sztampowe kawałki świąteczne. No rzygać się chce, wymiotować, zwracać na to wszystko. W telewizji nie lepiej. Co chwila czerwone sanki Mikołaja Coca-Coli, wszędzie renifery, wszędzie o choinkach, karpiach i oczywiście prezentach! A jakżeby inaczej. "Polacy są coraz bogatsi i wydają coraz więcej na prezenty..." Po prostu godne współczucia... I nie to, żebym ja miał cokolwiek do świąt, ich tradycji, zwyczajów, etc. Jak już nadmieniłem - święta także kocham. Nie lubię tylko tej gorączki - wszystko musi być, wszystko trzeba kupić, a już na pewno prezenty. Zatracone zostają wartości, zatracony zostaje duch tych świąt - dawanie, wybaczanie win, godzenie się ze sobą. Zwłaszcza ja się ze wszystkimi pogodziłem... Coraz mniej ludzi wokół mnie, z którymi mam naprawdę dobry kontakt. Mamuśka rację ma: za bardzo szafujesz słowem "przyjaciel". Teraz wychodzi szydło z worka, kiedy Marcin jest przyjacielem, a kiedy nie. Szkoda, że dla wielu był tylko przelotem, chwilą. Chyba już nauczyłem sobie dawać z tym radę. Kurde - zmądrzałem... Taką przynajmniej mam nadzieję. Niemniej jednak widzę coraz więcej (mimo coraz większej dioptrii w okularach ;)) i dostrzegam coraz więcej wad. I coraz mniejszą grupę ludzi nazywam prawdziwymi przyjaciółmi. A wracając do tej komerchy... Całe szczęście, że to wszystko się skończy. 24 grudnia około godziny 17, 18 zasiądę z rodziną do wigilii. I zapomnę o tym całym przedświątecznym lastkrystmesowaniu. I telewizja też o tym zapomni. I ludzie zapomną, że byli dla siebie mili - znów będą mogli na siebie rzucać samymi "kurwami" i "chujami". Ale to dopiero później. Wcześniej podzielimy się opłatkiem, będziemy sobie składać najlepsze życzenia. I będzie miłość i będzie zgoda. Choć na chwilę. I dobrze, że jest. Może część tej pięknej chwili zostanie w nas na dłużej... Bo pragnienie życia w zgodzie z innymi żyje chyba w każdym z nas. Nie wierzę, że ktoś na siłę chce mieć wrogów. A jednak nie ze wszystkimi możemy żyć w zgodzie. Nieraz po prostu nie można wytłumaczyć, nie ma jak porozmawiać. I to męczy, gdy nie możesz załatwić swoich niepozałatwianych spraw. Bo ja naprawdę te święta lubię - ich atmosferę, bliskość ludzi, jakiś taki spokój mimo gwaru i zgiełku. Ale co za dużo to i świnia nie zeżre, jak mówi stare, dobre przysłowie. Właśnie tego ciągłego hałasu nt świąt nie zdzierżę. Jeszcze tylko 36 godzin - wytrzymam.

Czytam to co przed chwilą napisałem i wydaje mi się to pozbawione sensu... Nie uporządkowałem myśli. Za dużo ich naraz chcę przedstawić.

Dzisiaj jeszcze, tyle że później zamieszczę jakieś życzenia dla czytelników, jeśli oni są...

sobota, 8 grudnia 2007

Desiderata II

Przepraszam za pięć miesięcy milczenia. Głupi jestem, wiem, nie pisałem. A to czasu brakło, a to motywacji. Mam nadzieję, że teraz będzie lepiej. W gruncie rzeczy tę notę można by sobie darować, ale jednak obiecałem, że Desideratę dokończę. Z racji, że nota powstawała 5 miesięcy, to niektóre zdania mogą być niespójne, sprzeczne ze sobą. Gdyby ktoś chciał więcej wiedzieć o losach tej noty zapraszam do wszelkich form kontaktu ze mną. Może to być konieczne, bo życie się zmienia. Mam nadzieję, że to nie jest zbyt grafomańskie...


Ciesz się zarówno swoimi osiągnięciami jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakakolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu.

Plany, planowaliśmy. I nie mów, że nie razem. Ale z planów nic nie wyszło. Plany mają często to do siebie, że nie wychodzą. Ale też uczą, że nie należy planować ze zbyt wielkim wyprzedzeniem. A myśmy sobie zaplanowali. A potem z tego został tylko zawód, taki piekący ból. Jednakże pozostała też radość z osiągnięć. W każdej sytuacji, nawet przegranej, coś osiągam, czegoś się uczę. Czas od listopada do czerwca pokazał mi, że nie jestem żadnym tam gówno wartym śmieciem. Mogę być człowiekiem atrakcyjnym, mogę adorować, walczyć. I choć przegrałem dwie walki to wyciągnąłem z nich dobre blizny. I ktoś się może śmiać, ktoś kpić (są i tacy ludzie), ale ja wiem, że z tego wszystkiego wychodzę z głową podniesioną. Choć sam, to nie samotny. Wiem, że nie spotkamy się w niebie. Czy można to nazwać pechem? Można to nazwać pechem. Skończyło się zanim się to wszystko zaczęło. Może i ja doszedłbym do wniosku, że to nie ta jedna jedyna, ale to dopiero po wielu wspólnych dniach, a nie po 15 godzinach. Takie jest życie. Pogodziłem się z tym.
Praca. W końcu się zabrałem do roboty w gazecie. I jest prawdą co napisano. Jest ona stała, a tu się co chwila coś zmienia. I tu też potrzebowałem czasu na wyciągnięcie wniosków. Jest to i będzie bardzo przydatne w życiu doświadczenie. O... i tu nie muszę się obcinać z tekstem ;). Nie mam 1500 znaków. Mogę szaleć wśród swoich myśli, zatruwając umysły czytelników wypocinami.

Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach - świat bowiem pełen jest oszustwa.

Jest, nie mówimy sobie prawdy. I tu nie jestem żadnym lepszym. Choćbym chciał być całkowicie, absolutnie szczery to nie mogę. Otoczenie zmusza nieraz do ugryzienia się w język. A u mnie to może nawet lepiej, że nieraz się w język ugryzę i jeszcze raz przemyślę wszystko co miałem powiedzieć. Działam często jak TNT, wybuch i pusto. A po chwili wyciszenia wracam do siebie. Jestem po prostu nadpobudliwy szajbusem nieraz. Ale znam swoje granice. Choć czasem są momenty gdy chciałbym każdemu z ludzi mi znanych powiedzieć kilka najbardziej szczerych słów. Ale po co? To nic nie da. Świat nigdy idealny nie będzie, a powiedziawszy kilka słów za dużo mogę komuś sprawić niepotrzebny ból. A słowa mają często cholernie wielką wartość... Budują, ale i rujnują. I wszędzie nas oszukują. O politykach mówił nie będę, bo to najbardziej zakłamana grupa ludzi. Ale też sami siebie oszukujemy. I czasem się usprawiedliwiamy, że to kłamstwo w dobrej wierze. A takie coś nie istnieje. Kłamstwo, oszustwo ma krótkie nóżki. I mam nadzieję, że kiedyś wyjdzie wszelkie kłamstwo na jaw. Moje też...

Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.

Jest siódmy dzień października, godzina 2:17. I cisza. Ja miałem czas, miałem go często aż nadto, ale wolałem go poświęcić czemu innemu niż mojemu małemu azylowi, miejscu, które dało mi tyle wspomnień, przeżyć. Ale chcę wrócić. I jak to już kiedyś pisałem "wracam w kolejnym rozdziale życia, w innej roli". Inni bohaterowie wcześniejszych rozdziałów też są obecni. Tylko jakoś dziwnie wydaje mi się, że większość z nich zeszła ze sceny mojego życia. Albo to ja wylazłem w końcu z ich losów.

A wracając do tego heroizmu i wzniosłych ideałów. Są one w życiu potrzebne. Wierzymy w ideały, dążymy do nich. Do czasu aż się zawiedziemy. Ideał miłości zawiódł mnie. Ale czy przestałem w nią wierzyć? Nie. Zmienił się mój stosunek do całego tego "zagadnienia". Dziś wiem, że nic na siłę. Wiem też, że nie zawsze to ja muszę być myśliwym. I to też druga strona może nieraz zdobywać. Ale dalej siedzi we mnie ta stara wiara, że może jeszcze w życiu niektóre drogi się przetną. Lub lepiej, zejdą w jedną, nie tak burzliwie, już spokojniej i na stałe... Nadzieja, powiadają, jest matką... A może ja chcę być głupi?

Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa.

Nie zwalczałem, nigdy nie zwalczałem swoich uczuć. I co z tego wszystkiego mam? Garść wspomnień. Wspomnień dni pięknych, dobrych, ale także tych złych. I jak to powiedział pewnego dnia mój szef: "Weź Ty w końcu wypierdol te złe wspomnienia." I praktycznie je wywaliłem. Bo to prawda, lepiej pamiętać o dobrych momentach, złe zapomnijmy. Choć nieraz te dobre są ze złymi zespolone i wtedy zostaje zapomniane wszystko.

Czy jestem sobą? Jestem, nie gram swoich emocji. Choć wiem, że często moje zachowania, emocje wywołują różne reakcje: śmiech, nerwy, to jednak nie tłumię ich. To jest taki zakres mojej wolności. I te emocje wyróżniają mnie z tłumu...

Przyjmuj pogodnie to co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości.

Rozwijaj siłę ducha by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności. Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie.


Lata płyną mi jeszcze powoli, ale już czuję jakiś ich upływ. Jeszcze kilka lat temu liczyło się inne wartości, byłem innym człowiekiem. Ale rozwój, ewolucja ducha czyni swoje. Czy ta postać, która pisze jest ostateczna? Myślę, że w przeważającej większości tak. Jakieś małe zmiany będą, to jest naturalna kolej rzeczy, że wszystko się zmienia. Panta rhei...
Siła ducha jest potrzebna, zwłaszcza teraz. Nie potrzeba mi siły fizycznej, duchem, psychiką wygram więcej. A wyobraźnię swą pominę milczeniem... Jest nieraz zbyt aktywna. Kiedyś bałem się jej tworów, piwnica była siedliskiem potworów. Dziś w piwnicy jestem codziennie i potworów tam nie ma. Całe szczęście. I Rysiek Riedel śpiewał: Samotność to taka straszna trwoga... Czasem jest straszna, ale powoli staje się przyzwyczajeniem. Z drugiej strony - nie jestem samotny. Mam rodzinę, przyjaciół, ludzi, którzy mnie lubią, nie muszę gadać do ścian. Więc brak kobiety/dziewczyny nie jest wielkim mankamentem :). A co do dyscypliny. Wymagam od siebie, choć wiem, gdzie są granice i ich nie przekraczam. Nie wypruwam sobie flaków dla celu, który nie jest konieczny. Choć zawsze to lepiej, gdy jest jakiś cel. Bo cel może być taką motywacją do działania.
Ponoć stałem się bardziej pracowity, aktywniejszy. Tak przynajmniej mówią belfrowie. Podzielam po części to zdanie. Mniej czasu spędzam przed monitorem, częściej czytam. A może to "wina" klasy maturalnej. Dziwne jest to, że ta klasa wydaje mi się łatwiejszą niż wcześniejsze. Nie mam już żadnych fizyk czy chemii czy biologii, więc mniej jest nauki. Większość przedmiotów, to zajęcia, które mnie interesują. Ot takie PP (podstawy przedsiębiorczości). Pisanie CV, listu motywacyjnego czy symulacja rozmowy motywacyjnej są sprawami bardzo przydatnymi w życiu. I chyba nauczyciele już do nas przywykli, może nawet polubili... Wszak najstarszym rocznikiem w szkole jesteśmy.

Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa masz prawo być tutaj i czy to jest dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.

Tyle razy zastanawiam się, czy ten świat jest taki, jaki być powinien. I często dochodzę do wniosku, że jest w nim cholernie dużo rzeczy, które trzeba zmienić. I w tym tkwi właśnie sens zdania, że wszechświat jest taki jaki być powinien. Jeszcze wiele w nim czeka na zmianę. Nie jest idealny, jest taki powiedzmy "ciut-ciut", wystarczy nam do egzystencji, ale czy do życia?

Tak więc bądź w pokoju z Bogiem cokolwiek myślisz o jego istnieniu i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia: w zgiełku ulicznym, zamęcie życia zachowaj pokój ze swą duszą.

Co ja myślę o Bogu, to chyba większość z bliskich mi ludzi wie. Bóg jest jeden, wiele jest nazwa, religie mówią o tym samym Najwyższym. I trzeba żyć w zgodzie z sobą, żyć dobrze, by dostąpić zbawienia/przyszłego życia. A co to znaczy żyć dobrze? W każdej religii znaczy to samo: nie okłamywać drugiego człowieka, nie krzywdzić go, nie zabijać, nie kraść, itd... I z tym myślę zgodziłby się i muzułmanin i wyznawca judaizmu. I Bóg jest tym, który nad nami czuwa, ale daje nam wolność. Dusza zaś jest często ze mną w kłótni. Ja chciałbym jedno, w niej co innego. O grzeszeniu już nie powiem. Jak każdy grzeszę i miewam te wyrzuty sumienia. Ale to i lepiej, przynajmniej wiem, że coś czuję... A dusza rwie się do starych miejsc, przeżyć... Zachowam z nią pokój, gdy wszystko się ułoży...

Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny.

Jego piękno polega na tym, że nie jest idealny. Nie mamy piękna podanego na tacy. Musimy szukać, musimy przedzierać się przez gąszcz kłamstw do prawdy, przez ciernie do gwiazd (per aspera ad astra). I choć nieraz nie chce mi się wierzyć w ludzi, to jest to chwilowe. Ludzie wracają, ludzie bowiem są ze swej natury dobrzy, a w sam życiu mogą wybrać dobro lub zło. Jednak pierwiastek dobra jest w każdym z nas. I to też jest piękne. Pomoc bliźniemu, powrót po kilku miesiącach do rozmów, godzenie się... Nie pieniądze, nie sława, nie uroda. Wartości nieraz przyziemne są najpiękniejsze. Jakiś udany projekt, spełniony plan, spełnione marzenie. I warto marzyć. Będę marzył dopóki żyję... I będę wierzył, że to jeszcze nie wszystko i czeka nas piękne jeszcze życie. Być może razem...I wiara i nadzieja nie są głupie. Są moje.

I ostatnie zdanie Desideraty, którego komentował nie będę, nie trzeba po prostu go komentować. To jest przesłanie, tak jak cała zresztą Desiderata.

Bądź uważny, staraj się być szczęśliwym.

sobota, 26 maja 2007

Desiderata I

Nie będę nikogo witał po długiej przerwie. Przepraszał też nie będę. Chyba, że samego siebie za głupotę. No i fakt, osoby, które wyczekiwały moich liter też przepraszam za ich brak. Zapytacie: "Człowieku, co się z Tobą działo, że nic nie pisałeś? Pewnie byłeś ogromnie zajęty i nie miałeś nawet chwili by usiąść przy komputerze." Otóż zawiodę was. Czasu miałem mnóstwo, siedziałem przed tym piętnasto-?.. siedemnastocalowym? monitorem i nic. Gapiłem się i pisałem na forum, pogrywałem w najróżniejsze gry, odbywałem rozmowy na gg, ale dziennik stał i stał i stał... W końcu znaleźli się ludzie, którzy zauważyli to, że nie piszę - czytelnicy. Mogę być z siebie dumny, mam czytelników, prawie jak pisarz. Pozwolę sobie zamieścić cytat z Nie dzielnych rozmów panny Izy: Narzekałam na Skibiego, że ten się obija i nic nie pisze, ale ja nie jestem nic lepsza. Postanowiłam w końcu zabrać się do pisania i teraz czekam na odpowiedź od Skibiego właśnie.. Poczekała, poczekała, ale w końcu się doczekała. I fragment drugi: Będę starać się, aby pisać tu częściej coś bazgrać, między innymi po to, aby dać dobry przykład Skibiemu [;. Przykład w końcu spłynął... I wracając do Nidzicy, była jakaś rozmowa i ni z gruchy ni z pietruchy rozmówca pytał: napisałeś ty coś w końcu... Odpowiedź brzmiała wciąż: zabieram się do tego. I się zabierałem. I znowu się zabierałem. I po raz kolejny. Była nawet nowa nota w drodze, czyli w tzw. drafcie (projekcie). Została skasowana jednak - straciła aktualność, ale wrócę do tematu w niej poruszonego, bo jest ponadczasowy. Teraz jednak koniec części wstępnej. Czas na działanie.

Desiderata, a właściwie dezyderata, z łac. Desideratio - wyraz pochodzenia łacińskiego oznacza, życzenie, prośbę, pragnienie, potrzebę. Dezyderata to tytuł utworu autorstwa Maxa Ehrmanna. Zetknąłem się z nim niedawno, podczas prób do akademii z okazji rozdania świadectw absolwentom klas maturalnych. Akademię mam zaszczyt prowadzić z Natalią. A tekst zainteresował mnie całkiem przypadkiem rzekłbym. Otóż kolega Paweł wypowiadał słowa tego utworu w bardzo charakterystyczny sposób, słowa zapadły mi w pamięć. Potem brat google mi pomógł i oto mam tekst.

Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu,
pamiętaj jaki spokój może być w ciszy.


To prawda. Jaka to ulga wyrwać się z tego zgiełku. Wsiąść na rower i jechać. Przed siebie jechać, jak najdalej. Kierować się Słońcem. Zjechać z drogi asfaltowej do lasu i dalej drogą leśną. Do jakiegoś bliżej nieokreślonego celu. Choćby ostatnio... Zwiedziłem rezerwat Źródeł rzeki Łyny oraz okolice Nidzicy, miałem czas na myślenie, rozważenie przeszłości. Przeszłość kroczy i czuję jej oddech na ramieniu. Ale już coraz słabszy. Wyz-wo-li-łem się od dręczących, powodujących przygnębienie rozmyślań o tym co było. Było - minęło. Wczoraj minęło bezpowrotnie, jutro dopiero nadejdzie. DZISIAJ - TO JEDYNY DZIEŃ, TWÓJ DZIEŃ. UCZYŃ GO NAJLEPSZYM DNIEM TWEGO ŻYCIA!. Oto kolejna mądrość, ale prawdą jest, że wczoraj oddziałuje na dziś, a dziś na jutro, więc analizując związek przyczynowo-skutkowy mamy wniosek... Wczoraj wpływa na jutro. W małym stopniu, ale wpływa. Cisza pomaga w skupieniu się nad ważnymi rzeczami, pozwala odciąć się od tego zgiełku, gwaru przerw, tłumu na lekcji. Jestem ja, rower i las, a tam tylko wiewiórki, sarny i inny zwierz. Czasem też trafi się towarzysz. Podróż jest wtedy równie przyjemna.

Tak dalece jak to możliwe, nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi.

Problem. Jeden z ważniejszych z jakim przez dwa miesiące braku aktywności się zmagałem. Coś się zepsuło. I co? Czy jest to powód do smutku? A może raczej do radości? Kiedyś z pewnością byłby to dla mnie wielki smutek, ale w końcu jakoś doszedłem do wniosku, że przecież tak w życiu bywa. Nie jest to tragedia, gdy komuś się rozpada znajomość, komuś innemu umiera bliska osoba. Taki kontrast. Czy tęsknię do starych czasów? Do czasów, gdy było tych ludzi wielu... Nie wiem, zawiodłem się, pewnie i sam zawiodłem. Zresztą, skoro się rozpadło nie z mojej strony to teraz ciągnąć od mojej strony trochę głupio mi. Poza tym zajęci są znowuż starzy Przyjaciele. Naprawdę, Przyjaciele, nie "przyjaciele". Ale też przymiotnik "stary" określa, że to wszystko zostało pokryte zwałami codzienności. I cóż z tym fantem... Przecież nie pójdę: "Cześć koleżanko/kolego, dawnośmy nie gadali. Może pogadamy jak za dawnych czasów." Tu po części winna jest moja duma, która mi nie pozwoli na to. I ten strach, że ktoś mi powie: "A spadaj stary". A zresztą, zacznijmy od tego, że tak jak teraz jest, nie jest źle. I prawdę trza przyznać tym, którzy mówili pewne słowa... Mądrość przychodzi z wiekiem. Ponoć. W tej kwestii na pewno. I szkoda, że człowiek traci tak tę swoją ufność... Może nie całą, ale nie jest już ta przyłbica otwarta na oścież i do każdego... Ale jest i tęsknota do dawnych czasów, choć to pewnie nikogo z tych, o których myślę pisząc to, nie obchodzi... A jeśli to przeczytają i poznają, że w tym fragmencie jest o nich mowa to niech wiedzą, że mogą przyjść. W końcu życie się zmienia.

Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swoją opowieść.

Lubię mówić, to wiedzą Ci, którzy słuchają mnie i ze mną rozmawiają. Czasami gdy złapię swój słowotok to gadam i gadam. Ale to nie znaczy, że nie słucham. To jest tak samo przyjemne jak mówienie. Bo człowiek widzi, że drugi/druga mu ufa. I nie chodzi mi tu tylko o rozmowy filozoficzne, o życiu i sensie istnienia. Ważne są też te zwykłe rozmowy, jakieś żarty, wydurnianie. Przecież gdybyśmy ciągle byli poważni, to z pewnością sfiksowalibyśmy z prędkością światła. I tak samo lubię gdy z Natalią mogę porozmawiać o życiu, o problemach, jak i gdy możemy się powydurniać. Bo kto powiedział, że jak człowiek ma 17-18 lat to już musi być sztywnym, poważnym kijem? ;)
I fakt, czasem nawet trzeba słuchać bredni ludzi, którzy chcą nam tylko zaszkodzić, przynieść przykrość. I nie ma na to rady. Przecież ust im nie zamkniemy, chyba, że pięścią... Ale przemoc nic nigdy nie rozwiąże. I czasem nawet w tych bredniach jest ziarenko mądrości, przekaz do odczytania i wzięcia do serca. A co do mojej prawdy. Czasem ciężko jest ją przekazać. Jestem lekkim cholerykiem, mam duży temperament, czasem myślę dopiero po fakcie. Wybucham niczym bomba, ale po kilku minutach znów jest dobrze. Ot, taki granat. Wybucha, ale po zaraz wszystko wraca do normy.

I ostatni w tej części, chyba najważniejszy, fragment "Desideraty"

Jeśli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie.

Ten fragment, z rozwiniętych w tej części, jest dla mnie chyba najważniejszy. Jakoś tak po prostu miałem, że się porównywałem. Był we mnie lekki przerost ambicji jeśli chodzi o naukę. Na szczęście już zwalczony, teraz chyba jest nawet niekiedy w drugą stronę. Brak mi ambicji, chęci... Ale dobrze mi z tym. Priorytety znane, więc nie przejmuję się małymi niepowodzeniami. Jednakże szkoła była małym problemem do pokonania. Chodziło raczej o porównywanie się w sensie ogólnożyciowym. Tu jednak są mądre słowa. Po co mam się porównywać. Ja jestem sobą, mam swoje zasady, mam swoje życie. I każdy ma swoje. Każdy postępuje inaczej. I tego nie ma co porównywać, bo ciężko jest nawet znaleźć płaszczyznę, na której tego porównania można by dokonać. I widziałem to u siebie. Zwykle było tak, że przejmowałem się, że jestem gorszy, że ktoś jest ode mnie lepszy. I po co to było? Każdy inny, wszyscy równi - jak głosi jedna z naszywek na mojej torbie. Prawda. Nie przejmuję się. Każdy ma swoje życie, swoje zasady, swoje postępowanie. Nie ma lepszych i gorszych. Tu aż mi się przypomina ostatnia sytuacja dyskusji między dwoma moimi kumplami. Dyskusja o komputerach, jeden jest w tym troszkę mniej doświadczony od drugiego. W końcu ten bardziej doświadczony mówi: "Wiesz co, ty ze mną nie dyskutuj, bo się nie znasz na komputerach jak ja...". Jak to usłyszałem to myślałem, że wyjdę z siebie i stanę obok. Kolega dostał tzw. opeerkę. Bo zasłużył sobie na to jak nikt... Jestem fanem, miłośnikiem historii. Jestem laureatem wojewódzkiego etapu olimpiady z gimnazjum... Ale nigdy nie powiem, że ktoś nie może ze mną pogadać o historii, bo nie zna się na niej tak jak ja...

Chyba wszystko wraca do normy. Powracam z tymi swoimi wypocinami. Komu potrzebna ta lektura niech przez nią przejdzie. W następnej nocie ciąg dalszy "Desideraty".

Nie szukaj drogi, znajdziesz ją w sercu...

sobota, 17 marca 2007

"Krótka" przerwa

Miesiąc nic nie pisałem. Ot tak, przerwa, kryzys twórczy. Znaczy niezupełnie. Albo to była wena, lecz brakło czasu, albo na odwrót - czasu w bród, ale chęci totalnie brak. A czas płynął i płynął, miały miejsce różnorakie wydarzenia oraz mnóstwo przemyśleń. Czas upływał raz szybciej, raz wolniej. Przez miesiąc zmieniła się pora roku - gdy pisałem poprzednią notę padał śnieg, a teraz robi się coraz bardziej zielono. Znów jakieś przemiany przeżywają kontakty z ludźmi. Znów coś działo się w środku. Tak często rozważam jedną jedyną piosenkę - "Małą Aleję Róż" Dżemu. Bo coś w niej jest. Słucham i zawsze coś w niej słyszę. Zawsze jakiś fragment rzuca się w ucho. W ostatnim czasie jest to fragment:
A potem strach, że runie, no runie to wszystko. I znowu zostanę sam.... Bo znów zostałem sam. A tak mi to ludzie powtarzali często jaki to ja nie jestem fajny, jak to ludzi ponoć przyciągam do siebie. Komicznie to dziś wygląda... Nie ma do kogo pyska otworzyć częstokroć. Wszyscy zalatani, zajęci, zawsze jest coś ważniejszego. Ale nie mówię tu, że wymagam by ktoś dla mnie czas znajdował. Nie chcę wyjść na egoistę. Po prostu jeśli jest przyjaźń to kontakty też jakieś powinny być. I oto jak kolejny raz życie pokazuje mi, że moje przemyślenia, moje poglądy na pewne sprawy są mylne, są zbyt górnolotne, są zbyt marzycielskie. Bo nie ma kolorowo! Bo nie ma łatwo! Ja wiem - nauka, szkoła, egzaminy, sprawdziany, klasówki. Ale jest też gg, na którym też się mijamy... Nie rozmawiamy ni nic. Mówi się trudno. Tak można na to machnąć ręką? Widocznie tak. O popatrz... i to mówię ja. W końcu człowiek uczy się przez całe życie. Ale umiera i tak głupi. I się uczę i uczę. Ta samotność nie jest zła. Idzie przywyknąć. Człowiek uczy się na przyszłość, by być gotowym gdy zostanie tak naprawdę sam, bez rodziny. Teraz jeszcze jest szkoła, jest codzienne praktycznie granie w piłkę, więc nie ma aż tak wielkiej samotności. Choć fakt faktem, jakoś rozmyli się przyjaciele. Nie lubię gdy się potwierdzają słowa, których potwierdzenia tak się boję. Ale okazały się prawdą. Gdy przestałem być potrzebny, przestałem być w ogóle. A dla mnie ogólnie w życiu ważne jest poczucie bycia komuś potrzebnym. Nie chodzi tu tylko o np. podanie treści pracy domowej. Chodzi o najzwyklejszą rozmowę i także rozmowę niezwykłą. Ufam i chciałbym by i mnie ufano, bym mógł rozmawiać szczerze o wszystkim i byście nie bali się, nie unikali tematów drażliwych. Ale żeby nie było. Nie chcę być potrzebny jednokierunkowo, tzn. tylko w momentach trudnych dla kogoś lub dla mnie. Znaczy się tylko wtedy gdy ja mam problem lub ktoś ma problem. Gdy jest dobrze to nagle kontakt upada. Tak samo nie chcę być potrzebny tylko w radości, a w smutku już nie. Zresztą, po co mi to pisać? Jak to jest często w opisie kolegi na gg: "Nikt nie jest tak głuchy jak ten, który nie chce słuchać.". I jest to prawda. Więc nie mówię, bo nikt nie słucha. Staram się słyszeć, ale w chwili obecnej nawet moje słyszenie jest niepotrzebne, więc czym prędzej oddaliłem się z kilku relacji. Prawidłowo postąpiłem, bo przekonałem się o swej wartości. Ale to chyba dobrze, że w końcu zdałem sobie sprawę z tych kwestii. Let it be, jak to śpiewali Beatlesi. Nie to nie. Prosił nie będę. Zresztą ruch swój już poczyniłem. Odzewu brak. Dziękuję, sprawa jasna. I niech mi nikt teraz znowuż nie tłumaczy jaki to ja och! ach!, bo to gówno prawda. Tak jak to z tym przyciąganiem. Skoro tak przyciągam, to czemu teraz odpycham? Zmiana biegunów magnetycznych!? Takie zjawisko ma ponoć spowodować globalne kataklizmy i koniec życia na ziemi. A to będzie ciekawe. Taaa... koniec świata. Już przeżyłem w swoim życiu ze trzy końcu świata. Następny, tym razem już na pewno koniec, ma być w 2012 roku. A to ci ciekawe. Poczekamy. Choć świat tak naprawdę kończy się każdego dnia. Każdego dnia kończy się w naszych głowach, sercach. Patrzę codziennie na serwisy informacyjne. Jak nie politycy imbecyle to oszołomy w beretach i bez nich... Na świecie bieda, w Afryce w czasie kiedy piszę pewnie kilku ludzi z głodu zmarło. Ale cóż tu wybiegać do Afryki. Przecież tu w Polsce, gdzieś obok ludzie klepią niemiłosierną biedę, dzieciaki nie mają co jeść. I co można z tym zrobić? Przecież nie wyjdę na ulicę i nie zacznę krzyczeć na ludzi by sobie pomogli, bo i ja nie pomogę pewnie. Bo mógłbym teoretycznie sprzedać ten oto sprzęt, z którego nadaję. Zarobiłbym pewnie dziś z jakieś 800 polskich nowych złotych, 800.00 PLN = 273.378 USD, a to wszystko włożyłbym w piękną kopertę i wysłał do Afryki. Ale tak. Sama wysyłka listu do Afryki wyniosłaby kilka złotych i już biedne dzieci w Afryce dostałyby mniej jedzenia. Po co o tym piszę? Sam nie wiem. Tylko to mnie uderza. Tu księżulu jeździ drogim autem, a obok parafianie jego nie mają co jeść... Kontrast na świecie ogromny. Biedni i bogaci. Ale świat to nie bajka, to nie "Imagine" Lennona. Niestety nie. Jeden dureń chce i wywołuje wojny z terroryzmem... drugi podkłada bomby, trzeci pływa w pieniądzach. A gdzieś dalej dzieciak umiera z głodu. Ale bez jakiejś ogólnoludzkiej rewolucji nie będzie zmian na lepsze. I tak oto świat kończy się codziennie. Świat kończy się w naszych głowach - tak chyba ktoś kiedyś powiedział. Upadamy i wstajemy. Upadamy by wstać, wstajemy by znów kiedyś upaść.

I tak pomyślałem, że za często przepraszam, za często przepraszałem. Teraz już tak nie jest. Bo czy wszystko jest moją winą? Czy za wszystko co złe w moim otoczeniu jestem odpowiedzialny? Nie. Więc jeśli moje stosunki z kimś się psują to ta druga osoba też może przyjść i powiedzieć: "Sorry Skibi, że tak dawno nie gadaliśmy" albo choćby "Cześć Skibi. Jak się masz? Jak leci? Dawno nie gadaliśmy". Nie chcę przeprosin, typu "No wiesz, przykro mi, ale zalatany/a byłem/am." Bo to gówno prawda. A może i nie. A może i prawda. Świat pędzi do przodu i jeśli nie będziemy wykształceni to nic nie osiągniemy. Ale co nam z wykształcenia, gdy obudzi się z dyplomami w samotnym świecie. Tak sobie coraz częściej marzę o tym domku w Bieszczadach. Samotny, wśród pól, lasów, hal. Marzenia. Może kiedyś się ziszczą. Tymczasem trzeba żyć tym co jest. Wiosna coraz bliżej, w lesie się zazieleni i spacery będą jeszcze przyjemniejsze. A czy będą samotne czy nie to nie zależy już ode mnie.

I nie zrzucam winy za pogorszenie, osłabnięcie kontaktu na drugą stronę. Nic z tych rzeczy! W sobie też widzę dużą, śmierdzącą kupę winy. Przecież do jasnej cholery ja też mógłbym się odezwać... Mógłbym zagadać. Ale ja obserwuję u siebie od dawna taką przypadłość. Jeśli nie mam z kimś kontaktu przez jakiś czas, jeśli mijamy się na gg, nie rozmawiamy osobiście, to u mnie buduje się strach. Taki swoisty mur, którego boję się przekroczyć. Bo jest tak: "Przecież nie rozmawiamy. Przecież będę się narzucał". Paranoja. Pewnie niesłuszna, pewnie nie będę przeszkadzał. A może będę? Nie przesądzam. Raz będę, raz nie. I co dalej. Mur się buduje i go nie przekroczę. I jest tak - nie jesteśmy przecież na siebie obrażeni, ale jednak nie rozmawiamy... I ja wtedy mam już blokadę i nie rozpocznę rozmowy pierwszy. A wiem, że jeśli druga osoba zacznie rozmowę to murek raczej na pewno zaraz padnie.... Dziwne? Hmm... cóż, kto powiedział, że ja nie jestem dziwny?

A może ja za dużo wymagam? A może ja za dużo oczekuję? Kto wie. W każdym razie uczę się by nie wymagać za dużo od innych. Bo nie spełnią oczekiwań. Albo się ich przestraszą albo ich przerosną albo nie zechcą spełnić i na myśl o spełnieniu wypną się na człowieka szanownymi czterema literami. Nie ma co płakać, nie ma co prosić. Drodzy moi. Chcecie to przyjdźcie. Jeśli nie to szerokiej drogi beze mnie.

Miej twarde zasady i miękkie serce. Takie hasło niedawno słyszałem i stało się takim, które jakoś mi przyświeca. I teraz muszę mieć te twarde zasady: nie będę się nikomu z niczym narzucał! Nie będę nikomu przeszkadzał!

Ale serce nadal to samo... Niezmiennie.

Cytat do przemyślenia:

Lis zamilkł i długo przypatrywał się Małemu Księciu.
- Proszę cię... oswój mnie - powiedział.
- Bardzo chętnie - odpowiedział Mały Książę - lecz nie mam dużo czasu. Muszę znaleźć przyjaciół i nauczyć się wielu rzeczy.
- Poznaje się tylko to, co sie oswoi - powiedział lis. - Ludzie mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać. Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi, więc ludzie nie mają przyjaciół. Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie!


Antoine de Saint Exupery - Mały Książę.

Kolejna piosenka do katalogu ulubionych - KSU - Za mgłą. Ja chcę domek w Bieszczadach... Ja chcę tam mieszkać...

Z twarzą mokrą od deszczu
Przeziębnięty, zmęczony
Od złych rzeczy na dole
Jesteś mgłą oddzielony

Tam na dole zostało
Wszystko to co cię męczy
Patrząc z góry wokoło
Świat wydaje się lepszy


Post Scriptum: Potrafię zachować się często jak totalny idiota, potrafię idiotycznie żartować, ale potrafię też przeprosić. Ale sam też chciałbym wyciągniętej nieraz ręki. Samemu nie ma co się starać. Sam, bez przyjaciół, też sobie poradzę. Nie potrzebuję niczego z łaski - ni miłości, ni przyjaźni, ni niczego z łaski. Albo coś jest, albo czegoś nie ma. Trzeba nieraz zagrać krótką piłkę. Będziecie - będzie dobrze, nie będzie was - też nie będzie wielkiego zmartwienia... Bo jeśli ma być tak jak jest, to ja dziękuje. I nie oczekuję od nikogo nagłego przebudzenia i samobiczowania się w rytmie: "Oj jak Cię zaniedbałem/am." Trzeba mi zwykłych kontaktów, a nie mijania się. I już tak nie przeżywam. Skoro jest tak, to są jakieś powody. Jakie? Nie wnikam.
I jeszcze jedno. Żeby się tylko ktoś za późno nie obudził, kiedy już wszystko będzie inaczej...

poniedziałek, 19 lutego 2007

Być maszynistą.

1:06 - pierwsza zero sześć. Czyli idealna pora bym usiadł ze szklanką herbaty i napisał kilka słów do dziennika. I już 1:49. A zdania dwa. Oto właśnie moje pisanie. Ale cóż. Teraz się sprężę.

Pierwszy temat. Hmmm... obserwuję to, że kilka osób z mojego otoczenia ma problem z jednym tematem - "ojciec" - znaczy się coś z ich (z moim też) ojcem jest źle. Ktoś pytał się mnie kiedyś czy ja nie odczuwam jakiegoś dyskomfortu gdy mówię o moim ojcu. Odpowiedź brzmi nie. Każdy, kto zna mnie trochę choć wie, że mój ojciec to alkoholik. No cóż. Sam to mówię - gdyby miał inny charakter to zapewne miałaby moja rodzina dziś przysłowiowe mleko z miodem lub choćby dobry chleb z dżemem. A tak - jest jak jest. On już pić nie przestanie - po dwudziestu latach picia to niemożliwe. Ale też nie jest takim typowym alkoholikiem. Coś tam jeszcze robi zawodowo. Pracuje - codziennie rano wychodzi do pracy. Tylko nie dochodzi każdego dnia do niej, albo po niej idzie się napić. Moje kontakty z nim są złe. Jakie to dziwne, że gdy jest pijany to jest taki rozmowny. A jak trzeźwy to nic nie gadamy. To już za późno na gadanie, wychowywanie. Jak to nieraz grozi po pijaku: "Ja cię jeszcze ustawię". Hahaha... pusty śmiech. Już mnie nie nastawi. Zrobiła to mama. I wykonała to zadanie dobrze. Nie trzeba poprawek. Całe szczęście w nieszczęściu, że alkohol go uspokaja, rzekłbym usypia. Choć ma swoje głośne chwile. Wtedy właśnie chciałby mnie ustawiać, włącza mu się agresja. Ale i ja nie pozostaję dłużny. Ile to już razy mu wykrzykiwałem, że nie jest moim ojcem. Bo nieraz wolałbym, żeby go nie było. Choć w tym samym momencie gryzę się w język. Nie wiem czy na jego pogrzebie będę płakał, ale wiem, że nie życzę mu by pogrzeb jego nastąpił szybko. Nikomu śmierci nie życzę. Nawet Husajn nie zasłużył na śmierć. Winien zginąć w więzieniu o chlebie i wodzie... A tak to "oszczędzono" mu męczarni... A następnym w kolejce na śmierć powinien być największy światowy terrorysta - Bush. Choć i to nic by nie dało... Oko za oko? Po co? Dlaczego? Zemsta? Nie...

Wracając do tematu ojca. Gdy już zaczniemy kłótnię to jest krzyk... I coraz bardziej i częściej świerzbią mnie ręce. Tak bym z miłą chęcią nieraz rozwalił mu nos, kopnął, uderzył jednym słowem. Ale coś mnie powstrzymuje. Chyba jakiś instynkt... Po co? Po co mam być agresywny? I tak wystarczy mi stres, który często mi wywołuje ten stary człowiek... Bić go nie będę... Chyba. Jeszcze nie wiadomo co się stanie. Za rok się z tego domu wyprowadzę... Będę tu "gościem". Pewnie nic się nie zmieni. On dalej będzie pił... Aż w końcu przyjdzie dzień rozstania z tym światem. A to jest dziwaczne... Tyle pije... zdrowie powinno mu się dawno rozsypać... Ale nie. Zdrów jest jak ryba :|. Do czasu... Czy zapłaczę na jego pogrzebie? Nie wiem. Czy będzie mi go brakło? Pewnie tak. Nieraz jest sensownym człowiekiem...

I co to ma do rzeczy z innymi ludźmi. Jak już napisałem, kilka czytelniczek tego dziennika ma problemy z ojcami, podobne lub mniej do mojego. I do czego zmierzam? Słucham ludzi, którzy o tych problemach mówią. I tak się zastanawiam. Jakim ja będę ojcem? Takim jak mój nie będę... Szkoła życia to jest. Obserwuję i widzę. Alkohol - tak, ale tylko dla mądrych. Alkohol rozpierdziela wiązania w rodzinie. Taka jakby chemia. Mamy cząsteczkę rodziny. Gdy do cząsteczki tej dodamy alkohol w nadmiarze dochodzi do rozerwania/osłabienia wiązań. I tak jak słucham, gdy mówicie mi o tych problemach to jest mi jakoś wstyd... Bo to ja będę ojcem - dziewczyna z natury rzeczy ojcem nie będzie. Ale myślę, że nie będę takim ojcem jakiego mam, ani takim jakiego znam z waszych opowieści. Będę się starał jak mogę. Choć nie ma co planować życia na zaś. I tego nie robię. Bo może i on się stara, ale za mało. Nie wychodzi mu to. I nie wierzę by wyszło. Ostatnio odbyłem rozmowę z sąsiadką. Tu taka dygresyjka. Czasem wydaje mi się, że dorosłość zaczyna się, gdy ludzie dorośli rozmawiają z człowiekiem jak równy z równym. To oznacza, że już chyba jestem dorosły. Ogólnie jakoś zawsze uważałem, że dojrzałem jakoś szybciej. Choć wiadomo - jeszcze wiele przede mną. Ale już chyba dzieckiem nie jestem. Ale jeszcze mam w sobie dziecko. Każdy ma w sobie tego wewnętrznego dzieciaka. Bo to jest tęsknota za młodością, za beztroską... A wracając. Sąsiadka słyszała awanturkę ojciec - syn, a nawet fragment widziała. Ale jakoś nie czułem żadnego zażenowania rozmawiając z nią o tym... Czy to źle? Czy to świadczy jakoś niekorzystnie o mnie? Wiem jedno. Nigdy nie będę się wstydził mówić o tym. Bo to nie on świadczy o mnie, ani ja nie świadczę o nim. Każdy ma swoje własne świadectwo, a ocenianie kogoś przez pryzmat rodzica, albo rodzica przez pryzmat dziecka to mijanie się z celem. On to on, a ja to ja.

I patrzę, że trzeba walczyć ze słabościami. Każdego dnia walczę. Nieraz wygrywam, nieraz przegrywam. Ale nie rezygnuję z walki. Słabości trzeba pokonać, bo one odbierają mi wolność.

I minął pierwszy tydzień ferii. Nie narzekam na nudę, jakoś tak zauważyłem, że im starszy jestem tym rzadziej się nudzę... A może tak się tylko łudzę? Nie uważam swojego życia za nudne, mimo że nie jeżdżę w Tatry albo Alpy na każdy wypoczynek, mimo że nie mam domku nad jeziorem ani auta. Na to ostatnie zresztą jeszcze nie czas. Ja zawsze znajdę sobie jakieś zajęcie, a jak już jestem wśród ludzi to nie ma mowy o nudzie. Absolutnie. I jestem szczęśliwy z tego co mam i tego co nie mam też.

I koncert był w sobotę. Koncert zorganizowany przez księdza. Zaproszono trzy kapele. Udałem się naturalnie na ten koncert. I się nie zawiodłem. Kawał dobrej muzyki posłuchałem. Pierwsze dwie kapele śpiewały głównie o Bogu. Mnie to nie przeszkadza, wszak nie jestem ateistą ani wrogiem religii. Ale wkurzała mnie rzecz jedna. Ten ateizm... to jakieś takie wrogie nastawienie do Kościoła. Kurna, jakie to modne teraz... I ci och ach luzaki wymachujące dłonią złożoną w charakterystyczny znak diabła, czy jak to tam określić, zresztą każdy wie o co chodzi. Nikt nikogo nie zmusza by chodził po ulicy i śpiewał religijne pieśni, albo biegał i opowiadał ludziom jaki to on wierzący. Tak samo nikt chyba nie powinien pchać się na taki koncert z zamiarem pokazywania takich rzeczy. Zresztą wiara to rzecz indywidualna. Chyba człowiek musi zawsze w coś wierzyć. Jeden wierzy w Boga, drugi w diabła, trzeci zaś w mamonę. Ale zawsze w coś wierzy... Moje poglądy na wiarę są zbyt skomplikowane. Ale wolę takie niż wykreowany ateizm... Zajrzy im śmierć w oczy albo zaczną się w życiu kłopoty... uciekną do kościoła najprędzej. Tego nie lubię. Albo wierzę, albo nie. Choć nie mi oceniać. Sam do kościoła nie chodzę, ale nazywam siebie człowiekiem wierzącym. Bo wierzę. Tylko inaczej. Nie będę nigdy chodził w koszulce z Jezusem czy Maryją. Bo to nie powinno być na wierzchu i na pokaz. To ma się w sercu.

I jest tak - chyba każdy to ma. Jest człowiek. I ten człowiek wiemy, że jest do nas nastawiony źle, wrogo. I wiadomo, że rozmowa z nim nie będzie przyjemna. Ale jakoś tam "rozmawiamy". I ten ktoś mówi jakieś słowa. Wiadomo, że nie są one po to by dać nam radość, spokój. Najczęściej krzyczę na takie słowa gdy padają, że są bzdurne. I tak samo gdy "wróg" obraża przyjaciół moich. Ale to jest taka bomba z opóźnionym zapłonem. W pierwszym momencie krzyczę "Bzdura!"... Ale i tak w tym momencie te słowa trafiają do głowy. I się zastanawiam, zaczynam obserwować... I po pewnym czasie, pewnych faktach i obserwacjach dochodzę nieraz do wniosku, że może i ten ktoś ma nieraz rację... I jak z tego konkluzja? Żadnej nie ma. Życie pokaże co się ułoży, a co nie. Co się rozpierdzieli, a co przetrwa. I ludzie też to pokażą. Bez ludzi nic się nie stanie.

I na koniec dobry cytat z ostatniego koncertu.

Ox - Czwarty

jeszcze nie teraz, nie, nie, jeszcze nie czas
jeszcze nie teraz, tak, tak, zarobić coś
jeszcze nie teraz, tak, tak, wyszaleć się
jeszcze nie teraz, o tak, mam jeszcze czas
jeszcze nie teraz, nie, nie, nie
tyle rzeczy jeszcze do zrobienia - czasami
jeszcze nie teraz... tak wiem!
byłoby głupio przecież przed kumplami
na poznanie Boga jak mówią - zawsze jest czas
przecież dziś nie umierasz
w głowie pieniądz, zabawa i kariera, a więc może później
ale jeszcze nie teraz
to nic, że ludzie nagle umierają,
to nie, że śmierć nagle zaskakuje
ciebie to nie spotka - hehehahahaa
ktoś tu oszukuje
masz swoje plany, swoje cele
dom samochów i na lewo trochę kasy
każdy tak robi więc i ty nie czujesz się winny
ale pamiętaj nie znasz dnia ani godziny

a mogło być tak pięknie
mogłem poznać Boga i żyć z nim
ale ktoś mi powiedział... że mam jeszcze czas


Interesujące... I godne przemyślenia.

A przecież to ojciec nasz, który jest niemy... którego nie ma... Ma różne obrazy, ale i tak przecież wiersz "NN próbuje sobie przypomnieć słowa modlitwy" mówi o wierze w Niego. Mimo, że jest niemy...to mówi.

niedziela, 4 lutego 2007

Gdyby? Gdyby! Gdyby. Gdyby...

ona chyba ma trochę racji... a nawet sporo.
uważam Cię za sensownego człowieka, szczerego człowieka. jeżeli coś Cię boli, to mów o tym otwarcie, nie ukrywaj się po kątach w swojej Utopii, którą jak widać odwiedza dużo znajomych Ci osób...


Zapytacie czyje to słowa? I po co właściwie tu się znalazły. Otóż to komentarz Panny M. po nocie, która wywołała swoistą burzę w kontaktach moich z pewną osobą. No ale po co to wszystko? Po co jakiś stary komentarz?

Wczorajszy najazd na Samca wyszedł mi i eS. nadwyraz piorunująco ;> [momentami chyba za bardzo, ale eM. sam na to zasłużył !]
mam nadzieję, że do Niego dotarło ;]
jaśniej nie mogłam...
przykro mi, że zrobił się taki sajgon :|
wychodzę jednak z założenia, że nawet jak byśmy się poznali wieki temu, to nic by z tego nie wyszło...
za dużo podobieństw...
eM słusznie stwierdził, że czuje się jak zabawka...
unikałam tego jak mogłam, nie chciałam żadnej gry.
wyszło inaczej...
nie dałam Mu szans...
zabiłam nadzieją, którą się żywił...


To taka rozgrzewka. To może jeszcze mały psikus. Jednak to co przeczytałem w nocie w całości praktycznie poświęconej mojej osobie spowodowało u mnie nagły atak furii, łez, wściekłości, bezsilności... Bo uległaś! A mówiłaś, że sama sobie wypracowujesz opinię o ludziach... A guzik prawda. Jakiś znawca lub znawczyni naopowiadała Ci czegoś o mnie. No ale tak z pamięci spróbuję to odtworzyć co przeczytałem. "Jaki to udawany romantyk, co za męczennik... Taka kwintesencja krótkiej acz treściwej noty. I co to ma wszystko wspólnego ze sobą? Tekst pierwszy zacytowany przeze mnie na początku, kolejne dwa i ten ostatni są autorstwa jednej osoby... Ta, która mnie samego ganiła za to, że piszę coś o innych w swoim dzienniku zrobiła sobie ze swoimi znajomymi pośmiewisko na łamach swojego bloga. Nie wiedziałbym o tym, gdyby nie moje jakieś podejrzenie, że jednak bloga nie zawiesiłaś... Szukajcie, a znajdziecie! Znalazłem, poczytałem, zrozumiałem. I nic to, że to były emocje. U mnie też wtedy były emocje... I co? I można było ganić. A ja nie mogłem zareagować... Trudno. Na drugi dzień i tego bloga nie było... Bolała to wszystko co czytałem jak jasna cholera. Takie życie. Sama podjęłaś decyzję. Słusznie stwierdziłem. Byłem dobrym misiem przytulanką... To też może po części komplement. Ale już dziękuje za takie. Nigdy więcej. Nigdy więcej nie będę misiem przytulanką!

Od tamtej pory rozmawialiśmy tylko na rozmowie pożegnalnej w parku... Nie... czy to było wcześniej. Nevermind. Dokonałaś wyboru. A dziś co? Dziś nie mówię Ci cześć... Nie przechodzi mi to przez gardło. I widzę jego... Och jaki uśmiechnięty, och jaki wesoły. Ale spoko, mnie też smutnego wielce nie widzi. Zmądrzałem, zrozumiałem. Ale padł jakiś mit, ten taki blichtr... Tej naszej bliskości. Upadło to coś co było. A nagle w jeden dzień coś się rozwaliło. Z mojej winy? Nie. Z Twojej? Chyba tak. Ale podkreślam Twój wybór. Nic nie nalegałem, nic nie prosiłem. Tylko szkoda, że doszło do takich rzeczy, które teraz krzyżują znów powrót do starych kontaktów. Przynajmniej mi... Ale może jeszcze kiedyś coś się uda. Ale tego nie osiągniemy staraniami jednej strony.

Bo jak napisałem. Tamten rozdział skończony. Zakończony jakąś klauzulą. Ale ostatnio odbudowaliśmy kontakty z panną E.. Wspólnymi siłami. Czy jest jak dawniej? Ja uważam, że tak. Nie wiem jak Nighti. Ale tu też pokazało się coś. Potrzebowaliśmy dwóch miesięcy by ochłonąć po wszystkim, by spojrzeć na to wszystko z dystansem. I może w tej sytuacji też będzie trzeba tyle czasu. Choć sytuacje te są diametralnie różne. Ale wracając do rozdziałów. Tamten rozdział dobiegł końca, ale to nie znaczy, że przeminął bezpowrotnie. To jest tak jak w książce. Kończymy czytać jeden rozdział. Ale nie znaczy to, że do niego wrócić nie możemy. Choć nie... do takiego rozdziału wracać nie chcę. Ale nie znaczy to, że postaci występujące w tym rozdziale nie powrócą. Mogą powrócić w następnym rozdziale. Ale już w innym krajobrazie, okolicznościach, scenerii... Życie wszystko jeszcze pokaże. Ja przed nikim, przed niczym się nie zamykam. Co będzie, to będzie. Życie jest pełne niespodzianek.

Hmm... raczej kariery w prasie nie zrobię. Nie nadaję się. Sam to widzę. Piszę jak mam natchnienie. Jakoś tak z musu nie potrafię, że co tydzień musi być jakiś ciekawy temat, ciekawe coś tam... Po prostu zdałem sobie sprawę ze swoich możliwości.

A wracając do gdyby. Też to macie? Gdybanie... Kurna mać. Nie lubię tego, choć jednocześnie lubię. I często zdarza mi się ostatnio w takie nastroje popadać. Tu kilka zdań postawię. Może ktoś odpowie. Pytania będą raczej bez żadnej hierarchii występowania w mojej głowie ostatnio. Choć może...

Co by było gdyby(m):

* urodził się i mieszkał w Toruniu?

Z pewnością nie poznałbym P.M., a także wielu innych świetnych ludzi z Nidzicy. Pewnie nawet o takim mieście bym nie wiedział. Czy znałbym Ewę? Niepowiedziane, ale z pewnością gdyby to wszystko toczyło się jak toczyło, byłoby więcej możliwości. Może byłbym szczęśliwy dziś? A może nie...

* mieszkał przy Ulicy Konopnickiej?

Primo - chodziłbym do szkoły nr. 2. Secundo - pewnie poznałbym P.M. wcześniej. I może dziś wszystko wyglądałoby inaczej... A może nie... Może mijalibyśmy się jako zwykli sąsiedzi...

* złożył papiery do klasy matematyczno - geograficzno - historycznej?

A świtało mi to we łbie. Było to rozważane... A tak pewnie dziś mielibyśmy inne stosunki. Ogólnie byłoby inaczej. Ale też nie miałbym przyjaciółki w osobie Natalii, nie miałbym przyjaciela Tomka. Czyli też wszystko byłoby inaczej. Ale może byłoby lepiej... A może nie...

* któregoś razu pogadał z P.M. gdy do mnie na gg zagadała?

Tu sama pisałaś, że może byłoby inaczej. Ale nie zwalam wszystkiego teraz na karb jakiejś tam jednej rozmowy, której nie było. Bo to nie przez nią się nie udało...

* mój ojciec był człowiekiem normalnym?

Znaczy jakby nie pił. Facet ma fach w łapie. Ale ma chujowy (inaczej tego określić nie można) charakter. Alkohol to wielki wróg. W nadmiarze. Rozpieprzył relacje rodzinne. A tak może dziś miałby swój warsztat, a nam wiodłoby się inaczej w życiu... A może nie...

* nie był taki jaki jestem?

Kilka osób mi powiedziało, że ponoć ludzi przyciągam do siebie. Może i tak. Miło naprawdę to słyszeć. A gdybym taki nie był. Pewnie byłbym odludkiem. Pewnie miałbym wrogów, a nie przyjaciół. A może nie...


* nie miał Przyjaciół?


Nie poradziłbym sobie w życiu. Z całą pewnością. Zgubiłbym się gdzieś na pierwszym zakręcie. Albo walczyłbym sam z życiem. A może nie...

I jeszcze wiele zdań z gdyby.... Z pewnością wrócą na łamy dziennika. A jeśli ktoś chce się do tych odnieść to proszę bardzo. Otwarte jest każde pytanie. Piszę ostatnio rzadziej. Jakiś kryzys. Ale postaram się z niego wyjść. Choć nie będę też pisał na siłę. Mam wenę - piszę. Proste.

A gdyby mnie nie było... Takie też pytanie się nasuwa. Jakby to wszystko wyglądało?

O. I zapuściła mi się w słuchawkach Dziewczyna bez zęba na przedzie zespołu Kult...

Czy myślałaś o tym co się stać może między nami dwojgiem
Tu stać się może coś nowego
Czy myślałaś o tym co się stać może między nami dwojgiem
Tu stać się może coś strasznego
Czy myślałaś o tym co się stać może między nami dwojgiem
Tu stać się może coś nowego
Słuchaj, słuchaj, słuchaj mnie jeszcze
Tu stało się przecież coś dobrego


Te teksty jednak jakby pisane dla określonych okoliczności...

PS. A może łatwiej powiedzieć tak...

Między nami nic nie było!
Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych,
Nic nas z sobą nie łączyło
Prócz wiosennych marzeń zdradnych;

Prócz tych woni, barw i blasków
Unoszących się w przestrzeni,
Prócz szumiących śpiewem lasków
I tej świeżej łąk zieleni;

Prócz tych kaskad i potoków
Zraszających każdy parów,
Prócz girlandy tęcz, obłoków,
Prócz natury słodkich czarów;

Prócz tych wspólnych, jasnych zdrojów,
Z których serce zachwyt piło,
Prócz pierwiosnków i powojów
Między nami nic nie było!


Adam Asnyk
5 kwietnia 1870


A może nie...

niedziela, 28 stycznia 2007

Miało być długo, będzie krótko.

Moi przyjaciele mówią mi
Bracie, co ci jest?
Nie żałuj nic, wyobraź sobie
Że to był tylko sen
Obudź się i z nami chodź
Skończyła się już noc



Skończyła. Dowiedziałem się o tym w poprzednią sobotę. Cały tydzień był dla mnie koszmarem... Ot tak to wszystko się skończyło... Decyzja podjęta i koniec. Niby tak. Ale jednak nie. Nic się nie skończyło. W jednym momencie coś pękło we mnie. Bo się po prostu, po ludzku zawiodłem. Zawiodłem na słowach, na czynach. I nawet dziś, gdy już minął ten tydzień i powinienem przywyknąć do tego wszystkiego, to dalej mam okresy dnia, w których obrazy stają znów mi przed oczami. A wczoraj... Zdziwiłem się. Rozmawialiśmy. Lżej mi było po tej rozmowie... Choć mam nadzieję, że nie widziałaś słabego eM. gdy odchodziłem w swoją stronę od bramy parku.

Czasem płaczę, bo chce mi się płakać.
Wtedy czuję, że uchodzi ze mnie złość.

Dżem - Mała Aleja Róż

Uchodzi ze mnie złość, uchodzi ze mnie zło... Łzy to dobry czyściciel duszy. Tylko czemu tak kontrowersyjny u chłopaka? Czy tylko kobiety/dziewczyny mogą płakać? Nieraz wydaje mi się, że tak to zostało przyjęte. A to guzik prawda. Mam w głębokim poważaniu takie reguły. Chłopaki też płaczą. I tyle. A jak się komuś nie podoba, to nie musi się zadawać z tak zwanymi "mięczakami". Ale taki mięczak częstokroć jest silniejszy niż te wszystkie napakowane durnie z ilorazem inteligencji filodendrona... I takie jest moje spojrzenie na to wszystko. Bo liczy się siła psychiki, siła serca. Nie potrzeba mi dużej siły fizycznej. Jakoś nie widzę siebie na siłowni, przerzucającego tony, a potem wożącego się po mieście koksa. Ja to ja - innego nie ma.

I przez te dwa ostatnie miesiące taką siłę zyskałem. Siłę życiową. Dziś mogę powiedzieć, że jestem mądrzejszy i bogatszy o doświadczenia. Wykorzystam je w dalszej drodze. Bo ten kto nie stoi w miejscu ten się cofa. Jak to mówiłem: Jeśli teraz się nie uda zawinąć do portu to płynę na mieliznę.... Nie. Nie płynę. Bo na mieliźnie jest jeszcze niebezpieczniej niż na wodach wielkiego oceanu. To nic, że na oceanie są góry lodowe, miny. Ten właśnie ocean jest oceanem mojego statku i po nim będę żeglował zawsze.

I paradoksalnie rzecz biorąc te dwa ostatnie miesiące przyniosły mi skutki negatywne, ale i pozytywne. Negatywy są wiadome raczej, spustoszenie... Ale pozytywy. Po pierwsze - zmiany w kontaktach z ludźmi. Po drugie - nauka życia. Po trzecie - poznanie samego siebie. Bo to wszystko miało sens. Była wiara, była nadzieja. Obydwie zostały zawiedzione.

I rozdział się kończy. Wczoraj napisano jego ostatnią kartkę. Kończy się rozdział szalonych dwóch miesięcy. Zaczyna nowy. Koniec prawie zawsze jest początkiem. Ale to, że ten rozdział się kończy nie znaczy, że kończy się wszystko. Wszak czytając książkę możemy swobodnie wrócić do wcześniejszego rozdziału, albo postaci z poprzedniego mogą wrócić w kolejnym, albo w jeszcze dalszym w nowych rolach, okolicznościach. Drzwi mojego serca się nie zatrzasnęły. A to dziwi przyjaciół, którzy mówią, że powinny. Nie, nie powinny. Nie mam powodu by teraz się zamknąć.

Stanę się zgorzkniały i stracę zaufanie do ludzi, bo zawiódł mnie jeden człowiek. Będę ział nienawiścią do tych, co odnaleźli swoje skarby, bo ja sam nie dotarłem do mojego. I zawsze będę dbał tylko o tę odrobinę, którą posiadam, bo jestem za maluczki by mieć cały świat.

Paulo Coelho - Alchemik

Tak się nie stanie. Ja będę dążył do celu. Znajdę w końcu to wszystko. Dojdę na koniec świata, spojrzę prawdzie w twarz i będę szczęśliwy. Ludzie mówią, że jestem silny. Chyba jestem. Brak koledze odwagi by spróbować. Boi się, że dostanie kosza. Czyli przekreśla swoją szansę przed początkiem. Boi się zagadać, podejść. A powinien uwierzyć. Oby uwierzył. I nie bał się. Bo to nic strasznego. To nauka. Nauka życia.

Jest 3:40. A ja jeszcze mam trochę do napisania. Przedwczoraj znów mi ktoś powiedział, że mi ufa. Zaufano mi po raz kolejny. I to zaufała osoba, o której słyszałem, że jest nieufna i potrzebuje dużo czasu na zaufanie. A jednak co? Pierwszy spacer, wcześniej rozmowy na gg, poznawanie się przez wspólnych przyjaciół. Wielka rzecz to zaufanie. A jeśli sobie na nie zasłużyłem to jeszcze bardziej mnie cieszy. To taki wstęp do jednego z dobrych skutków tych dwóch miesięcy. Przyjaźń. Takie małe słowo. Małe, krótkie, a jednak olbrzymie. Genialne. Nie będę wymieniał z imienia komu chcę podziękować. Może wymienię pierwsze litery imion. Dziękuje Pani O., Pani. P., Pani J. Pani S., Pani N., Pani A., Pani E., Panu P., Panu A., Panu T., Panu M., Panu D. też. To chyba wszyscy. Z pewnością rozpoznacie swoje imiona po pierwszych literach. Nawet nie wiecie jaki macie wpływ na moje życie. Te pogaduchy u Oli... te spacery z Patrycją, przedwczorajszy pierwszy spacer z Jolą. To co lubię. Takie nieskrępowane niczym te rozmowy. I gadać i gadać i gadać można. I włosy prostować ;-). Ola powiedziała któregoś dnia mądre słowa. Cytatu teraz znaleźć nie mogę, ale szło o to, czy gdyby nie cała ta sytuacja, która była, czy znów zbliżylibyśmy się do siebie. Nie wiem. Pewnie znów spytałbym któregoś dnia o jakiś Twój smutny opis. Ale to dobrze, że znów się zbliżyliśmy. Zresztą, gdyby nie Ola nie byłoby Patrycji. Gdyby nie Ola i Patrycja nie byłoby Joli. Takie oazy spokoju ostatnim czasem. Takiego oddechu pomiędzy bezdechem dołowania. I mam nadzieję, że i ja polepszam jakoś wasze dni, pomagam jak mogę, staram się. I jest dobrze. Dziękuję raz jeszcze. Kiedy znów kudły prostujemy?

I ostatni temat. Bóg. Czy to źle, że szukam Boga? Pamiętam gdy ksiądz przy spowiedzi mnie zwyzywał za to, że szukam Boga wszędzie i nie chodzę do kościoła... Pfff... Nie potrafił, nie chciał zrozumieć. Trudno. Ale cóż, w ten poniedziałek byłem w końcu w kościele ewangelickim. Na mszy ekumenicznej. Podobało mi się. Mały kościół, sprzyjający myśleniu, skromny i przejrzysty. Wrócę tam dziś. Sama msza też bardzo przyjemna. Spodobał mi się sposób odprawiania jej przez księdza. A we wtorek byłem w kościele rzymskokatolickim. Pamiętam słowa Natalii gdy powiedziałem o tym: "Czy to nie jest zabronione?" Uśmiałem się wtedy. Może i jest. Dla moherowej babci, albo ortodoksyjnego księdza. Ale nie dla mnie. Ja jestem wolny, mam swoje zdanie, to czego pragnę to świat bez granic. Boga zawsze pojmuję po swojemu i to się nie zmieni. Mogę iść dziś do świątyni rzymskokatolickiej, jutro protestanckiej, a pojutrze do cerkwi, potem zaś do meczetu. Bo moim zdaniem wszyscy mówimy o jednym Bogu. I tyle. Tak to widzę. Pal licho jakieś mniejsze dogmaty. Nie jestem teologiem. Moja wiara jest prosta. I łatwiejsza tym samym. Mogę iść do lasu i też się pomodlić, porozmawiać z Bogiem. I może to być Pan Jezus, może to być Jahwe, Allah, Budda... Wszyscy są jednym. Bogiem.

Czwarta nad ranem już... Czwarta nad ranem... może sen przyjdzie, może mnie odwiedzisz.

I ważna rzecz jeszcze. Nie szukam teraz żadnej przytulanki, żadnego pocieszenia po tym wszystkim. Bo moja wiara w to wszystko jeszcze bardziej wzrosła. Bo jestem silniejszy i mądrzejszy, choć wydawało mi się, że jestem słabszy i głupszy... Paradoks? No cóż. Nazwijcie mnie w takim razie Paradoksem.

Dobranoc. 4:06.

[14:37] Zawiesiłaś blog... Ja swojego nie zawieszę. Coś dla mnie znaczy to wszystko. Wspomnienia. Radości i smutki. Teraz nie piszę zbyt często, ale piszę jednak. Dalej potrzeba mi tego miejsca.

I tak samo postanowienia, które podjąłem raczej wypełniam. Nie jem po 20, nie robię rzeczy, których postanowiłem nie robić. Jeszcze jest to chwilami nadwątlane, ale będzie dobrze. Jeszcze zwyciężę. Nad samym sobą. I nad tym wszystkim.

A dziś.

Opadły mgły i miasto ze snu się budzi,
Górą czmycha już noc,
Ktoś tam cicho czeka, by ktoś powrócił;
Do gwiazd jest bliżej niż krok!
Pies się włóczy popod murami - bezdomny;
Niesie się tęsknota czyjaś na świata cztery strony
A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy;
Toczy, toczy się los!

Ty co płaczesz, ażeby śmiać mógł się ktoś?
Już dość! Już dość! Już dość!
Odpędź czarne myśli!
Dość już twoich łez!
Niech to wszystko przepadnie we mgle!
Bo nowy dzień wstaje,
Bo nowy dzień wstaje,
Nowy dzień!


Z dusznego snu już miasto się wynurza,
Słońce wschodzi gdzieś tam,
Tramwaj na przystanku zakwitł jak róża;
Uchodzą cienie do bram!
Ciągną swoje wózki - dwukółki mleczarze;
Nad dachami snują się sny podlotków pełne marzeń!
A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy;
Toczy, toczy się los!

Ty co płaczesz, ażeby śmiać mógł się ktoś
- Już dość! Już dość! Już dość!
Odpędź czarne myśli!
Porzuć błędny wzrok!
Niech to wszystko zabierze już noc!
Bo nowy dzień wstaje,
Bo nowy dzień wstaje,
Nowy dzień!

czwartek, 18 stycznia 2007

Czas podsumowań.

Będę mówić - dawno wyrzygałem knebel...
Kaliber 44 - Moja Obawa


Dziś jestem gotów. Dziś już jestem gotów by napisać. By napisać podsumowanie. Poprawiłem okulary na nosie. Trzeba dbać o wzrok, bo jak się zepsuje na amen to już nic nie będę widział. Może to by było lepsze... Tak patrzę coraz częściej na to wszystko. Ostatnio chyba spojrzałem z większym ciut dystansem... Ciut... Tyle <--->. Czyli niewiele.

Wczoraj zdałem sobie sprawę, że minęły dwa miesiące od kiedy moje życie zaczęło zapieprzać w niemiłosiernym tempie do przodu... Gdy to wszystko się zmieniło. 10. listopada - sobota to była. Deszcz padał... A My nic sobie z tego nie robiliśmy... Maszerowaliśmy traktami Torunia, byliśmy na moście, na Bulwarach... i w tym jednym wielkim miejscu. Takim niby niepozornym... A tak wiele zmieniającym w moim życiu... I ten smak barszczu, a w uszach wtedy...

Gdy nie bawi Cię już
Świat zabawek mechanicznych
Kiedy dręczy Cię ból nie fizyczny
Zamiast słuchać bzdur głupich
Telefonicznych wróżek zza siedmiu mórz
Spytaj siebie czego pragniesz
Dlaczego kłamiesz, że miałaś wszystko
Gdy udając że śpisz
W głowie tropisz bajki z gazet
Kiedy nie chcesz już śnić
Cudzych marzeń
Bosa do mnie przyjdź
I od progu bezwstydnie powiedz mi
Czego chcesz
Słuchaj jak dwa serca biją
Co ludzie myślą - to nieistotne
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak zapalniczka płomień
Jak sucha studnia wodę
Kochaj mnie namiętnie tak
Jakby świat się skończyć miał
Swoje miejsce znajdź
I nie pytaj czy taki układ ma jakiś sens
Słuchaj co twe ciało mówi
W miłosnej studni już nie utoniesz
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak zapalniczka płomień
Jak sucha studnia wodę
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak księżyc w oknie śmiej się i płacz
Na linie nad przepaścią tańcz
Aż w jedną krótką chwilę
Pojmiesz po co żyjesz


I czułem wtedy tę błogość... lekkość... Kurwa, ja po raz pierwszy wtedy czułem coś jak pełnię szczęścia... Przeglądałem niedawno zdjęcia. Znów patrzyłem w te oczy. A na żywo nie potrafiłbym. Nie po tym wszystkim. Ale ja przecież wiedziałem, że nie jestem tym jedynym... Ale coś nas poniosło tam... Gdzieś. Plac Rapackiego. A Ty nie chciałaś o nim mówić... Ale to On był pierwszym. Jak to określiłaś ostatnio jestem, właściwie byłem tylko przyprawą do Twojego życia. Daniem głównym jest kto inny. A przyprawa nigdy nie będzie od dania głównego ważniejsza. A wcześniej było to jakieś niepewne przeświadczenie, że to jednak ja... Ale to głupie marzenia. Ale jakoś nadal czuję coś czego nie potrafię określić...

I wróciłem do swojej nory. I pewnego dnia (15. listopada dokładnie) - niecały tydzień po Toruniu rozpoczęła się kolejna epoka mojego życia. Nasunęły się na siebie dwa przeżycia. I wiesz... wczoraj dokopałem się do naszej rozmowy... Rozmowy po pojawieniu się drugiej epoki.

17:02:12 Nightwish
:)
17:06:13 Nightwish
ale ja jej nie dam Cie ukraść :P
17:08:42 skibi-peacelover
wiem :)
17:11:13 skibi-peacelover
i ja nie pozwole :)
17:11:23 Nightwish
no bez przesady
17:12:33 skibi-peacelover
ale mnie chodzilo, ze sam sie nie pozwole ukrasc
17:13:07 Nightwish
no tlyko, ze wiesz
17:13:13 Nightwish
czasem lepiej miec kogoś na miejscu
17:13:36 skibi-peacelover
sa przyjaciele
17:14:36 Nightwish
ale żaden przyjaciel nie zastapi dziewczyny
17:14:55 skibi-peacelover
przyjaciolki tez sa
17:15:02 skibi-peacelover
ja bede czekal na Torun


Kłamstwo? Moje kłamstwo? Nie. Jeszcze wtedy nie. Jeszcze wtedy nie było drugiej epoki. Było to czyste i piękne. Pamiętam pierwsze spotkanie. Nic nie zapowiadało katastrofy!

Przecięły się orbity planet nam
nikt katastrofy nie przewidział tej

podobno tylko raz na milion lat
tak dzieje się że ciała dwa
spadają nagle w siebie chcą czy nie
i płoną tak kochając się

podobno tylko raz na milion lat
tak dzieje się że pierwszy raz
wnikając w siebie nagle wiemy że
świat zmienił się i nie ma odwrotu

czy zdajesz sobie sprawę z tego że
deszcz meteorów moich w tobie gna

podobno tylko raz na milion lat
tak dzieje się że ciała dwa
spadają nagle w siebie chcą czy nie
i płoną tak kochając się

podobno tylko raz na milion lat
tak dzieje się że pierwszy raz
wnikając w siebie nagle wiemy że
świat zmienił się

podobno
raz na milion
raz na milion świetlnych lat
zdarza się to co spotkało
i co trzyma tutaj nas
tylko raz na milion
raz na milion świetlnych lat
najpiękniejsza katastrofa - eksploduje supernova...


Katastrofa następowała stopniowo... Ale i tu wlazłem między młotek a kowadło! Jak to piąte koło u wozu... Tylko że nikt nie zgłaszał sprzeciwu... Nie było słowa: "Nie. Nie chcę". Początkowo bałem się... Pamiętam jak się bałem powiedzieć N., że coś się stało... Że coś się pojawiło. Czemu zachowałem się jak skończony sukinkot? Pamiętam. W pierwszym momencie powiedziałaś, że się cieszysz, że coś się tam udaje... Ale jakoś przeczuwałem, że coś pękło... Ale co pękło? Co? Przecież Ty miałaś, masz nadal swoją najbliższą osobę. Ja byłem chwilą. Momentem. Tym włóczęgą, który przyszedł i poszedł. Ożywiony nadzieją... Który 180 km stąd zostawił kawałek siebie. Kawałek serca, duszy. I nie był już taki sam chyba... Wrócił tu... Znów jako ten drugi. Znów jako koło u wozu... Ale tu było to tak blisko. I były te słowa... Gdybym mógł zrobić formatowanie mózgu! Wyrzucić zapamiętane tam słowa... Gesty... Czyny. Bo spotkały się dwie identyczne osoby... To wspomnienie, tego pierwszego spaceru... Wtedy jeszcze o tym chyba tak nie myślałem... Wtedy jeszcze było pięknie. Ale coś pękło któregoś dnia na huśtawkach w parku... I znów były słowa. Potem zaczęły się gesty, znów słowa, czyny... I się zgubiliśmy. Ale słowa z tych przychylnych mnie znów zmieniły się w inne. A ja mówiłem nadal to samo... A tamto? A wcześniejsze? Wytłumaczyć sobie to chyba potrafiłem odległością... Wszak co to za uczucie na odległość? Sama pisałaś, że lepiej jest mieć kogoś na miejscu. Ale to nie było absolutnie nic w zastępstwie, nic aby zapomnieć, zaradzić tamtemu... To wszystko zaczęło pędzić własną drogą, nieskoordynowaną... Bo tu znów nic nie było. Nie było powiedziane słowo ważne... Były mówione słowa nawet przeciwne... A czyny były... Czyny, które teraz mnie blokują. Blokują w powrocie do jakiegoś normalnego stanu...

Kiedyś znajdę dla nas dom... Tych słów też już nie potrafię słuchać bez emocji...

Bo co? Bo ja się za bardzo patrzę na słowa? Tak. Patrzę na słowa, słucham słów. I często o nich rozmyślam aż za wiele. Gdy dziś myślę o tym wszystkim... Co widzę... Widzę rewolucję! Widzę płonące serce, widzę zgliszcza marzeń. Marzeń trojga ludzi. Trojga. I już nie chcę chyba pamiętać, że i tu i tu byłem tym [b]drugim[/b]. Że nie powiedziane zostało nic od was o miłości do mnie. A kłótnia w ostatnich komentarzach była taka, jakbym do kogoś należał... I te słowa, które dalej krążą gdzieś w pustej czaszce. Pozbawionej jakiegokolwiek rozumu. Fakty stwierdzam. Nie zaprzeczać proszę. Ale wiem i kolejną rzecz. Wina nie była tylko po mojej stronie! I nie mam zamiaru [wybaczcie] brać całej winy na siebie. Była moja wina i to znaczna. Ale i wy ponosicie za to winę. Za całą chorą sytuację. Bo nagle powstało coś chorego. A przecież tam nic nie było. Powstał potrójny trójkąt :|. Były czyny, ale nie było na nie uzasadnienia. Takich rzeczy nie robi się ze zwykłym przyjacielem, kolegą. To robi się z ukochanym... A ja nim nie byłem. Ani tu, ani tu. A może jestem ślepy. To już teraz jest nauczka. Że mnie też potrzeba nieraz pewnych słów... bym był pewny tego co wydaje mi się, że widzę... A że mam wadę wzroku to widzę często niewyraźnie. I już dziś nie widzę tego wszystkiego. Bo się wszystko zmieniło. W sprawę zostały wplątane głupio osoby trzecie. Niepotrzebnie.

Choć tu należy zacząć kolejny wniosek z tej rewolucji. Tym razem pozytywny [szok!]. Ale jest tu też wniosek pozytywny. Doceniłem przyjaźń. Dziękuje ludziom, którzy pomogli mi to wszystko przetrwać. Słuchali i pozwalali słuchać. Nie będę Was wymieniał z imion, przezwisk. Nie potrzeba tego. Wy wiecie, że to o Was mówię.

Bo ja nie jestem sam i sam nie będę już.

A dziś kończy się chyba jakaś epoka. Urodziła się 10. listopada 2006 roku. Zmarła śmiercią naturalną, spokojną, dogorywając na łożu spokojnym 18. stycznia 2007. Trwała 68 dni... Długo. Może kiedyś wróci.

Ale wiem też jeszcze jedno. Dojrzałem. Wiem dziś, że potrzeba mi kogoś [dziewczyny], kto po pierwsze i najważniejsze [a może drugie] będzie mnie kochać i pozwoli kochać siebie. Po drugie [a może pierwsze] nie będzie uwikłana w żaden związek. Po trzecie - nie będzie chciała wziąć tylko moich problemów na siebie. Niech będzie to osoba, która razem ze mną do wielkiego wora wrzuci wszelkie swoje problemy, strachy, przeżycia, doświadczenia, łzy... I ten wór razem, na wspólnych plecach poniesiemy... Gdzieś w dal. Bo ze mną można tylko w dali znikać cicho...

Nie wiedziałaś co robić gdy płaczę? Emancypantki walczyły o to, by kobiety mogły robić to co mężczyźni... A co to jest!? Płakać mogą tylko kobiety? Mówić o swoich odczuciach mogą tylko kobiety? Guzik prawda. Ja jestem taki jaki jestem. Płaczę, śmieję się... Nie jestem głazem, skałą. I co, może wydaję się słaby? Nie. Nie jestem słaby. Jeszcze to pokażę. Samemu sobie i światu. Tym, którzy we mnie nie wierzą.

No one knows what its like
To be the bad man
To be the sad man
Behind blue eyes

No one knows what its like
To be hated
To be fated
To telling only lies

But my dreams
They arent as empty
As my conscience seems to be

I have hours, only lonely
My love is vengeance
Thats never free

No one knows what its like
To feel these feelings
Like I do
And I blame you

No one bites back as hard
On their anger
None of my pain and woe
Can show through

But my dreams
They arent as empty
As my conscience seems to be

I have hours, only lonely
My love is vengeance
Thats never free

When my fist clenches, crack it open
Before I use it and lose my cool
When I smile, tell me some bad news
Before I laugh and act like a fool

If I swallow anything evil
Put your finger down my throat
If I shiver, please give me a blanket
Keep me warm, let me wear your coat

No one knows what its like
To be the bad man
To be the sad man
Behind blue eyes


I to tak. Zbliżam się niby ku końcowi, a tu kolejna myśl. Kto będzie chciał przeczyta. Kto nie - wyłączy wcześniej. Mam puste kieszenie i torbę pełną snów. Nie czekam na zmiłowanie od Boga. Nie chcę litości. Nie chcę miłości z łaski. Tak jak nie chciałem piątki z łaski.

Bo w tym wszystkim nie było jednego/jednej winnego/winnej. Każde z nas nosi pewną winę. Ja za swoje postępki przepraszam. Odpokutuję je kiedyś pewnie. Choć czy Ojciec Nasz jest? Ponoć jest niemy i go nie ma...

Epoka skończona. Ta epoka. Ale może wrócić. Bo na nic nie będzie w życiu chyba za późno. Błędy uczą. Błędy pomagają zrozumieć. Siebie samego i ludzi.

Polały się łzy[...]Na moją młodość górną i durną[...]

Adam Mickiewicz

Ale ta młodość jest nadal. Co przede mną - nie wiem.

Tak wiele rzeczy kojarzy mi się z kimś. Z każdym chyba coś... Piosenka, wiersz...

Odczuwam potrzebę dawania miłości.
Odczuwam potrzebę braku zazdrości.
Odczuwam potrzebę śmierci zawiści.
I całej bzdurnej ludzkiej nienawiści...


eM eS - znany też jako timon, Skibi, Marcin Adam Albert - jest autorem tego krótkiego wiersza.

Napisałem. W końcu napisałem. Czuję się lżejszy. Coś wyrzuciłem z siebie. Nie gotuje się we mnie teraz. Mieliście rację. Lepiej mi po tym.

A teraz trzeba chyba znów wracać do mojej samotni. Ale już nie sam. Widzę to wyraźnie. Latarnię na horyzoncie. Latarnię dobrze mi znaną - PRZYJAŹŃ. Chcę znów z Tobą normalnie rozmawiać. Jak na początku. Może niedługo przestanie mnie to wszystko blokować. To co odżywa na nowo każdego dnia...

Ale idę znów z wielką wiarą w siebie. Bo dzięki tej całej rewolucji doceniłem siebie. Nie jestem i nie będę już nieudacznikiem. Jestem sobą. Każdy ma szansę. I ja też. I kiedyś jeszcze będzie dobrze. Wierzę. Może tu, może tam... Gdzie. Nie wiem. Ale love will find the way. Pamiętajcie!

Dobranoc państwu.

To chyba wszystko co chciałem napisać. Nie będę nic dopisywał. Mogłem jeszcze napisać o tych wszystkich paranojach moich. Szukaniu jakiś symboli. Czy wczorajszy kot, który szedł za mną to wysłannik? Czy te słowa, które wydawało mi się, że słyszałem były takie jakie myślałem? Czy ten opis jest smutny? Czy ten opis jest do mnie/o mnie? Nieważne. Paranoja to paranoja. I dalej będę jak do tej pory... W piosenkach, wierszach szukał obrazów tego co mnie otacza... A może jakichś rozwiązań.

Dżem - Dzikość Mego Serca


Jeszcze dokoła słychać Twój śmiech,
czuję zapach Twój, egzotyczny kwiat.
Siedzę znów sam, tak potwornie sam
Nie udało się, wszystko nie tak.

Nie wiem sam, odwagi mi brak.
To nie jest grzech, to nie jest grzech
Onieśmielony tak
Milczę wciąż, milczę wciąż.

Dzikość w moim sercu, nawet nie wiesz jak
Trudno zdusić ją, ukryć - ciężko tak.
Obłęd w moim sercu. Boże pomóż mi!
Złamać strach, złamać wstyd!
Jutro odważę się ten pierwszy raz...

Jeszcze dokoła echo Twych słów.
Czuję każdy nerw, bicie Twego serca.
Znów jestem sam, tak potwornie sam,
tu powinien być ostatni wers. Ale on teraz chyba jest nieaktualny...

Dzikość w moim sercu...


Byłem katem, ale byłem i ofiarą. Była trójka katów i trójka ofiar.... Sprawiałem i odczuwałem ból. I wy tak samo.

Ale już się skończyła egzekucja. Rozejść się. Nie ma na co patrzeć...

A nieraz jest tak, że coś się skreśla na początku. Wynajdujemy wtedy masę powodów by coś było na nie... Strach jest spróbować, zaryzykować.

Proszę mówić o uczuciach choć trochę bardziej jasno. Otwarcie... By już nie powstawały chore sytuacje.

sobota, 13 stycznia 2007

Dawno tu nic nie powstało.

Bardzo dawno. Dwa tygodnie. A dwa tygodnie w sensie przemyśleń, przeżyć to szmat czasu. No więc. 31. grudnia udałem się do Lidzbarka Warmińskiego celem spędzenia tam Sylwestra. Wysiadłem z autobusu za wcześnie, ale dzięki temu zyskałem możliwość zwiedzenia tego miasta. A sama zabawa bardzo, bardzo dobra. Tańce, śpiewy ("Nie, nie, nie" T.Love - mój debiut wokalisty ;)), hulanki, swawole. Świetna atmosfera, była nawet lokalna prasa. Anton z Tirolu dalej stoi mi przed oczami. Ale ja, jak to ja. Większość imprezy genialnie, ale jakieś dziwne, swoiste zrządzenie losu sprawiło, że część imprezy przesiedziałem. Zrządzenie losu naprawdę przypadkowe. Ale tak to bywa. Zacząłem rozmyślać, rozpamiętywać rok 2006. Szczególnie dwa wydarzenia. Nevermind. Dwa telefony wykonałem, porozmawiałem i było lepiej. Zabawa trwała do 5:00. Pobudka o 11, absolutnie bez kapcia w mordzie. Można się bawić bez totalnego przepicia ;]. Potem powrót do domu i rok nowy był absolutnie zaczęty.

Dni upływały spokojnie. Powoli. Wypatrywałem śniegu. Na próżno. Za to była kupa czasu na przemyślenia. Dzień mijał za dniem. W ciszy. Choć nie do końca. Doceniłem przyjaźń. Zawsze ją doceniałem, ale teraz odkryłem ją na nowo. To jest naprawdę wielkie, gdy ludzie sobie ufają. Wyszedłem z prostego założenia. Gdy weźmiemy problem, podzielimy nim się z kimś to będzie nam łatwiej. A dlaczego? To jest tak jak z ciężarem. Gdy ktoś pomaga nam go nieść, to ciężar w jednym momencie staje się lżejszy. I tak teraz wyciągam wnioski. Dość mówienia o problemach ludziom, którzy nie chcą mówić o swoich. To jest po prostu narzucanie się ze swoimi problemami. Potem się słyszy, że jest się egoistą... Ale z tym już koniec. Jak już mówiłem waga przyjaźni jest dla mnie teraz jeszcze większa. Jeszcze bardziej chyba jej potrzebuję. Potrzebuję Was byście mnie słuchali, ale co często ważniejsze, bym ja mógł słuchać was. Słuchałem przez te ostatnie dwa tygodnie wiele, bo i ja byłem słuchany. Osoby, o których teraz mówię wiedzą o tym, że to mówię o Nich. Dziękuję Wam za to, że nie boicie się powierzyć mi swoich problemów, spraw ciężkich. Mam nadzieję, że po tych rozmowach ze mną, często długich, było Wam choć trochę lepiej. Trochę lepiej z tą świadomością, że ten problem nie jest już tylko w Waszych głowach. Ja sam idąc gdzieś z Wami i słuchając nie wiedziałem jak pomóc. Bo nieraz, tfu często nie da się pomóc jakoś doświadczalnie. Ale z mojego punktu nawet dobre słowo jest wielkie. Gdy wiem, że ktoś szczerze mówi: Będzie dobrze Marcin, jeszcze się wszystko ułoży.. I ja tak do Was wszystkich mówię: W końcu się musi coś udać! Przecież to życie to nie jest jedna wielka porażka! A często jest tak, że stawiamy samych siebie w przegranej pozycji. A śpiewa przecież nidzicka Legenda, której wczorajszy już występ na koncercie był świetny: z przegranej pozycji niejeden wstał. O właśnie. Nic dodać, nic ująć.

Dwa tygodnie. Dwa tygodnie pożaru, pożogi, spustoszenia. W moim wnętrzu toczy się walka. Toczy się nadal. Nie wiem kiedy się skończy. Wiem tylko, że w środku przy każdym spotkaniu gotowało się we mnie. Przy każdym spotkaniu kiedy nie można zamienić nawet słowa. Wtedy płonął najbardziej. Gdy można było rozmawiać płomień słabł, lekko przygasał, pozwalał sercu znów bić spokojnie. Ale tylko po wyjściu znów rozgorzał. Czy to kogoś przerosło? To co było i to co jest... Złożone do kupy daje razem mieszankę wybuchową. To ta mieszanka płonie. A jest jej cała masa. W krwiobiegu, sercu. Łatwiej jest to wszystko znosić gdy jest z kim porozmawiać.

I znów odezwały się we mnie myśli o tym wszystkim. Czasem myślę chyba aż za dużo. Rozpamiętuję... Wiem, że nie można czasu cofnąć, zmienić tego co się działo. Życie straciłoby wtedy sens. Życie to upadki i wzloty. Tylko, że upadek z wysokości nieomalże nieba boli. Jest to upadek najcięższy. Bez żadnych skrzydeł, asekuracji. Tylko trzask o ziemię. Ale to chyba był taki mały dzień, w którym pękło niebo. Ale taki dzień chyba każdy ma. Nieraz każdy czuje, że wszystko wali się na łeb, na szyję. A co ciekawsze... Tym powinni się naukowcy zająć. Wali się jedna sprawa, to zaraz kolejna i kolejna... To naprawdę jest swoisty fenomen... Ale zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się dzieje. I wniosek jakiś jest. Otóż, gdy wali nam się pierwsza sprawa (nazwijmy ją sprawą A) to ogarnia nas przygnębienie, smutek, wiara w siebie upada. I wtedy wali się sprawa B. A często jest tak, że sprawa B wali się przez nas samych. Może tu chodzi o podejście. Obciążeni sprawą A nie umiemy, nie potrafimy walczyć o sprawę B. Bo sobie mówimy: I tak się spierdzieli... I wtedy z pewnością się spierdzieli. Choćby nawet była szansa, że będzie dobrze, to sami tę szansę przegonimy, przekreślimy... Za dużo łez wylewam. I to w złych okolicznościach. Ale tak to jest u człowieka, który ma słabe tamy w oczach. Cieknie mi po prostu z nich i tyle. A wystarczy nawet najzwyczajniej w świecie piosenka... Ile to już jest tych piosenek ze swoimi znaczeniami, powiązaniami. Każda prawie piosenka jest z kimś, czymś, wydarzeniem związana. W każdej piosence szukam jakichś obrazów... Głupie, no nie? Ale moje. Szukam tych obrazów może po to, by móc czerpać kolejną inspirację, kierunkowskaz... A Natalia powiedziała słowa, które utkwiły mi w pamięci. I też dały do myślenia. To co powiedziała to była prawda. I dała mi kolejne wnioski...

1:58 - Dżem - Modlitwa. Pozwól mi spróbować jeszcze raz. Niepewność mą wyleczyć, wyleczyć mi...

Ale tak patrzę też na siebie nieraz. W ostatni czwartek byłem "Mikołajem". Nosiłem kolegom i koleżankom z klasy kartki z zagrożeniami na półrocze. I cóż z tego? Spojrzałem, na każdą kartkę patrzyłem... Tu jedno zagrożenie, tu dwa, a tu olaboga cztery przedmioty. Pomyślałem wtedy... Człowieku! Po cholerę się tym wszystkim przejmujesz. Spójrz! Jesteś zdrowy, masz dwie ręce, dwie nogi, wszystkie palce... oczy, które widzą. Uszy, które słyszą. Słyszysz muzykę, czujesz jedzenie. Masz dom. Masz dach nad głową. Masz rodzinę. Nie jesteś na świecie sam. A niektórzy tak nie mają. I zaraz przypomniałem sobie jak nieraz przechodziłem obok ośrodka przy ulicy Krzywej. I widziałem dzieci, które mogłyby nas uczyć radości życia. A One są chore. Ale dla nich każdy dzień to skarb. Dla ich rodzin walka. A tu idę ja. Smutny, bo znów się czymś przejmuję. To wszystko co widzę nie oznacza, że martwić, dołować się przestanę. Ale w tych momentach jest mi odrobinę lepiej. Bo myślę sobie... Przecież nie jest w tym życiu aż tak źle. Bo nie jest. I będzie dobrze. Ta nadzieja mnie prowadzi. I niech Was prowadzi.

2:14 Dżem - Ostatnie Widzenie.

Chciałbym nieraz wiedzieć to wszystko. Co się dzieje. O co w tym wszystkim chodzi... Ale się nie dowiem. Ale za to udowadniam sobie w nowym roku pewną rzecz. Że mam silną wolę. Pierwsza sprawa z ćwiczeniem silnej woli niech będzie moją tajemnicą. Druga jest prosta. Chodziło o to, żeby nie jeść po godzinie 20. I nie jem. Wczoraj zjadłem, ale powód był jednak usprawiedliwieniem. Wróciłem po trzech godzinach z koncertu. A sam koncert był można rzec podzielony na dwie części. Pierwsza - zbyt mnie nie ruszała. Nie lubię, gdy śpiewają Polacy po angielsku... Druga zaczęła się od występu Ziarno, znaczy Zarano. Tu już zmiana klimatu. Polskie teksty, dobre teksty. Nogi już się rwały pod scenę, ale jeszcze nie podniosły tyłka. Dopiero Legenda. Długo czekałem na ich koncert w Nidzicy. Ile razy zaniosło mnie pod scenę. Biegałem, skakałem, machałem głową. Ge-nial-nie. Człowiek wyłączył się na kilkanaście minut z rzeczywistości. Walnąłem głową w scenę, ale to już ryzyko tego tańca. Jestem teraz zmęczony, karku nie czuję. Ale było pięknie.

I wracają jak bumerang myśli o przyszłości, przeszłości... Dużo myśli. Mądrych, głupich. Nieogarnionych. Nie wszystko powiedziałem, bo jeszcze nie jestem gotów. Gdy będę powiem.

Może mówię to wszystko nadaremnie...

Ale będę silny. Bo jestem silny.

Piosenki na ten cały okres: niezliczona ilość. Ale chyba najbardziej T. Love - Nie nie nie i Legenda - Ile razy