środa, 10 czerwca 2009

Rozpoznaj czas...



Otwórzcie bramy, co nietknione stały...

Byłem tam, czy ktoś da temu wiarę? Mogłem być już rok temu, ale wtedy nie wykorzystałem danej mi przez los szansy, w tym roku było inaczej. I cieszy mnie to.

Wyjazd o piątej, pobudka więc około czwartej, z tym nie było problemu, ostatnio wstaję wcześnie. I fakt, autokar może po nas nie przyjechał, ale czy to ważne by miał wewnątrz ubikację, ekspres do kawy i DVD? Ważne, że dojechaliśmy bezpiecznie. A w czasie jazdy okazało się, że być może dostąpimy tego, co jest, a przynajmniej wydawało mi się kwintesencją Lednicy - przejście przez Bramę-Rybę. Trzeba tylko było mieć szczęście w losowaniu i to nam dopisało... Niestety i ksiądz nieraz chyba kłamie i już po przyjeździe okazało się, że powrót jest przed północą. No cóż się spodziewać, jeśli w swym zmyśle organizatorskim nie pomyślał ksiądz o drugim kierowcy...

Początki, początki jak zawsze są trudne, trudno jest się przekonać do czegoś, choćbyś nawet tego wyczekiwał. Musisz wejść w tę sytuację, musisz do niej przywyknąć i dać porwać się emocjom. I choć nie mam specjalnych problemów z adaptacją do nowych sytuacji, to tutaj zajęło mi to trochę czasu. Przyjechaliśmy, rozlokowaliśmy się w sektorze i ruszyliśmy na zakupy (jakkolwiek by to nie zabrzmiało) i po strawę, tę cielesną. Na duchową był czas później i ta okazała się ogromnym nasyceniem...

Oderwałem się od Torunia, oderwałem się od rozpoczynającej się sesji i wraz z najdroższą mi osobą pojechałem na Lednicę... Chciałem, by nic się nie liczyło, by każda chwila była kontaktem między nami a Szefem. Powtarzałaś, że Lednica to ładowanie akumulatora, odnowa sił. I zgadzam się, poczułem tę moc, poczułem w końcu moc wiary, moc tego dobrowolnego zobowiązania, wyboru drogi, drogi z Szefem. Tam nikt nie patrzył na mnie, nikt nie rzucał na mnie spojrzeń pełnych niechęci (a w kościele nieraz tak było), ludzie się do siebie uśmiechali. Ta radość, ta moc wiary. Powrót do wyznawania miłości Szefowi w piękny sposób - śpiewem, tańcem. O tym marzyłem, do tego dążyłem. Formułki, rutyna coniedzielnej mszy? To może być, to też jest konieczne, ale niestety nuży... A tu, taniec, śpiew, ekspresja uczuć.

Zanim jednak zacząłem pełnym głosem śpiewać i całego siebie zaangażowałem w taniec odbyłem ważną rozmowę z Szefem. Zastanowiłem się czy kiedykolwiek wcześniej z Nim rozmawiałem i doszedłem do wniosku, że tak naprawdę to nigdy moja spowiedź nie była rozmową... Może i miałem dobre chęci, ale zawsze było tak, że po kilku minutach zaczynały boleć kolana przy konfesjonale i myślenie schodziło właśnie na ten dyskomfort. A tu? Podszedłem do księdza i zaproponowałem byśmy usiedli. I zacząłem, chyba całą historię mego życia opowiedziałem, bez świadomości upływającego czasu. Byłem całkowicie szczery i widziałem w tym człowieku jakiegoś posłańca z góry. I nie mówiłem żadnej formułki, po prostu z nim rozmawiałem. I widziałem w nim szczerą chęć rozmowy ze mną, bez oglądania się na zegarek, bez zniecierpliwienia. Słuchał i mówił, z zaangażowaniem. Jego słowa naprawdę do mnie docierały, bo nie były to jakieś odklepywane po stokroć pokuty, po stokroć nauki... A gdy powiedziałem mu o tym, że nie przejdę przez Rybę, powiedział, że to dobrze... Powiedział, bym za rok wrócił tam jako nowy człowiek i wtedy tego aktu dokonał. Wtedy zrozumiałem, że gniew na mojego księdza był nieuzasadniony i niepotrzebny. Po spowiedzi wstaliśmy z trawy, ukląkłem i udzielił mi pokuty i błogosławieństwa. Potem zaś podniósł z ziemi, uścisnęliśmy się i podaliśmy sobie dłonie życząc sobie nawzajem powodzenia. Takich ludzi potrzebuje Kościół.

Koniec tej spowiedzi był jak w kolejnej pieśni lednickiej

Powstań przyjaciółko ma, piękna ma i pójdź!
Bo oto minęła już zima, deszcz ustał i przeszedł,
Na ziemi widać już kwiaty, nadszedł czas przycinania winnic.
Drzewo figowe wydało zawiązki owoców
I winnic krzewy kwitnące już pachną.


Ziarenko zostało zasiane, albo i nie. Ziarenko było, ono cały czas było w moim sercu, ale było tłumione przez chwasty. W końcu te chwasty wyrwałem i chcę by to ziarno się rozwijało, by było zawiązki owoców i bym w czasie przycinania winnic miał cokolwiek do przycięcia, bo na razie tkwiłem w glebie, głęboko... Po tej spowiedzi mogłem w końcu odetchnąć pełną piersią Lednicą. I tak też uczyniłem. Śpiewałem, tańczyłem, poczułem wspólnotę z tymi ludźmi. Był jakiś gorszy moment, ale pokonany został w mig. Msza, potem ważna sprawa - Wybór Chrystusa, dokonany w kilkunastu językach świata. Ludzie naprawdę wierzą, ludzie mają w sercu wiarę w Szefa, który jest też ich przyjacielem, jest przyjacielem każdego. Tylko dajmy Mu szansę, albo nie, dajmy sobie szansę by zobaczyć, że nie jest to gromowładny, długobrody starzec... On jest taki jak Ty i ja, nosi tak samo połatane spodnie czy długie włosy, może być też kobietą (Bóg jest wszystkim). Jedyne co różni Go od nas to idealność. Ale tym, że jest taki jak my z wyglądu, zachowania, pokazuje, że jest możliwe ludzkie dążenie do ideału. By być jak orły, wolni.

Tylko orły szybuja nad granią.
Tylko orłom nie straszna jest przepaść.
Wolne ptaki wysoko latają.
Już za chwilę wylecimy z gniazda!


I nie będę tu używał górnolotnego słownictwa... Nie stanę się zaraz gorliwym katolikiem. Zostanę sobą, ale dopuszczę do mojego życia Szefa, bo wiem, że z nim zwyciężę. I zrozumiałem w końcu co symbolizuje ta Rybka, którą od roku mam...
Tak więc żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek On ci się wydaje.
Prawda, szczera prawda. Nie musisz wyrzekać się swojego życia, On tego nie chce. Chce byś z Nim rozmawiał, bo On jest naszym Przyjacielem, najlepszym z najlepszych.

Jechałem tam po jakiś nowy początek i taki otrzymałem. Teraz to ode mnie zależy, czy go podtrzymam, a tego bardzo chcę. Już wyczerpałem limit życia bez Boga, teraz czas żyć z Szefem w zgodzie. W końcu poczułem, że jestem czyjś... I jedno z trzech marzeń spełniłem, dwa pozostałe też spełnię.

Dziękuję Ci za to, że tam ze mną byłaś, że wprowadziłaś mnie w Lednicę. Chcę by była ona dla Nas corocznym rytuałem. Wierzę w Nas, dzięki Lednicy znów uwierzyłem. I dwie wspólne noce też wiele dały. I teraz też tylko od Nas zależy jak spożytkujemy ziarno nowej miłości. Wierzę, że dobrze, innej rady nie widzę.

Tak, tak Panie, Ty wiesz, że Cię kocham.

On to wie o każdym z Nas. Więc jeśli macie jakieś wątpliwości co do swojej wiary, mierzi Was wybór między moherem a moherem to nie czekajcie dłużej. Za rok na Lednicę. Tam zobaczycie czym jest ta wiara. Ta wiara to śpiew, ta wiara to radość z tego, że ma się najlepszego Przyjaciela. Ja za rok jadę, chcę być tam z Tobą...

wtorek, 19 maja 2009

Ściana

11 miesięcy przeleciało piorunem... Rzekłbym, że do października tamtego roku wszystko było jak w bajce - kolorowo, sielankowo, po prostu klękajcie narody. Oczywistym było, że nie może to trwać wiecznie. W końcu przyjdzie codzienność, przyjdą problemy, a wtedy się przekonacie... - tak prawili realiści, a raczej realistki (coś drogie panie z naszego otoczenia są mało romantyczne. Wszak to faceci powinni stąpać twardo po ziemi, a kobiety wzlatywać na skrzydłach serca pod niebiosa wyobraźni, marzeń, romantyzmu. Od wspomnianego już października następuje okres takiego swoistego rozdwojenia — Toruń-Nidzica. Było ono nieuniknione i jak wiele razy sami sobie powtarzaliśmy i powtarzamy — sami wiedzieliśmy na co się decydujemy i, że jest to tylko przejściowe.

Od października weszły też w Nasze życie nowe zjawiska — kryzysy, wybuchające od czasu do czasu z najróżniejszych powodów. Wiadomo, każdy związek ma lepsze i gorsze momenty. Z tym, że u nas im dalej w las (czyli de facto im bliżej kolejnych, wspólnych wakacji) tym gorzej - kryzysy coraz cięższe, coraz częstsze. Wydawało się nawet, że siła rozmów, siła miłości może sobie z nimi nie poradzić, tak jak radziła sobie ze wszystkimi poprzednimi. Ostatnie dwa były bliskie do przeskoczenia bariery rozmów i rozpieprzenia wszystkiego co jest między nami. O przedostatnim (ostatnim, bo czy ten jest już do końca zażegnany?) kryzysie nie będę pisał. Ja jestem jak ten pies - kopnięty zapomni o ranie, choć kopany często traci ufność. Ja jednak szybko się z ran wylizuję i dalej idę...

Ostatnie dni to jeden wielki pokaz z naszej strony jak nie należy postępować... Najpierw moje słowa pod wpływem impulsu (furia...) i już wybuch. Wybuch gniewu, wybuch wzajemnej złości. Nie lubię, gdy zbyt daleko interpretujesz moje słowa, nie chcę nigdy nic złego dla Ciebie. Cieszę się, że jednak pojechałaś do tego Olsztyna i spróbowałaś tego, co w całości zaznasz już za rok ze mną, tutaj w Toruniu.

I nie chcę dalej roztrząsać tego wszystkiego, bo po co? By potem ktoś mi mówił/pisał, że jestem mistrzem w robieniu z siebie ofiary? Niedoczekanie, droga Anno, dawno nie śledziłaś moich losów. Bo po prawdzie, kiedy ostatnio gadaliśmy? Bardzo dawno temu, a szkoda. Te rozmowy zawsze były wartościowe. A wszystko o czym chcę pogadać z Kasią omówię już w cztery oczy z samą zainteresowaną. Oboje mamy coś za uszami, ale mamy świadomość tego i chęć by to usunąć. (I to co stało się w sobotę udowadnia, że jesteś piękną, wartościową dziewczyną, nie tylko dla mnie. Zaś świadomość ewentualnej konkurencji uwiera. Muszę jednak wierzyć w siebie...). Wiem jedno - nie chcę mówić do "Ściany", chcę by słowa w końcu docierały, by były rozważane. Niech nie będą akceptowane, niech będą dyskutowane. Tylko niech nie odpowiada mi na moje słowa milczenie albo potakiwanie, ironiczne bądź z rezygnacją. Tu jest pierwsza piosenka, która chodzi za mną od dłuższego czasu. Nagrał ją wokalista Indios Bravos - Gutek, z niewiastą o pseudonimie Dziun, przy dużym udziale drugiego twórcy IB - Banacha.



I niech nie będzie już ścian, bo od napieprzania w nie boli łeb, niemiłosiernie. A ściany pokonuje rozmowa. W jednym Migotko masz rację, jeśli związek ma być męczarnią, jest toksyczny, to najlepiej go skończyć... Bo Miłość to nie męczarnia, to jest radość z bycia ze sobą...

Kryzys po raz kolejny zażegnujemy rozmową. Choć nie mówię hop, bo przez telefon niczego nie załatwimy. O nie. Ale jesteśmy na dobrej drodze. Porozmawiamy szczerze, jak przed rokiem, swobodnie. Bez ogródek. Rozwikłamy problemy, rozwiążemy je, wierzę w to. To nie są puste marzenia, nie do spełnienia. I nie myśl nigdy, że chcę Cię przez te zmiany pozbawić Twojej indywidualności, uczynić kobietą pokornego serca. Nic z tych rzeczy, nigdy nie będę miał zamiłowania do pokornych kobiet, ale też nie będę lubował się w wiecznych buntowniczkach, które bronią swej osoby za wszelką cenę. O tym jednak porozmawiamy. Siła rozmowy - to jest to.

Pewnie gdy zaczniesz czytać tę notę, będziesz w strachu, że oto objadę Cię ze wszystkich stron i pewnie się zdziwisz, że tak nie jest. A ponadto na końcu chcę coś jeszcze przekazać :). Znów duet, choć osobno, ale w tej samej piosence, tylko w dwóch wersjach (można bardziej zagmatwać zdanie? ;)).




Piosenki jak najbardziej do przemyślenia. Dla mnie ostatnio takie kwintesencje obrazu młodzieńczej miłości, który może warto naśladować... My mamy może i marzenia nie do spełnienia (zdaniem większości), ale my je spełnimy, bo bardzo tego chcemy. Po prostu musimy coś zmienić. Bez wyrzeczeń ogromnych. Dopuśćmy do tego uczucia trochę rozumu też.

Potem...
Będzie pięknie jak we śnie
:)

I nie od razu będzie kolorowo, pięknie, niebiańsko. Zresztą, jeśli ma być taka sinusoida pięknie-fatalnie, to ja nie chcę. Niech będzie zwykle, normalnie, co nie oznacza nudno czy przyziemnie :). Po prostu bez ogromnych wstrząsów

Wierzę w to, bo jestem, mimo wszystko, człowiekiem wiary.

I ludzie się zmieniają, nie tylko z chęci zysku. A Lednica czeka :). I ja na nią też :).

Amen.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Brudy i jad

W głośnikach "KISS - I was made for lovin' you", a na zegarze 4:32. Od razu odpowiadam na pytania - nie siedziałem całą noc przed monitorem, po prostu przebudził mnie współlokator. I pomyślałem, że mogę coś napisać. O dziwo, gdy było pięknie, gdy brakowało tylko manny z nieba nie pisałem. Gdy coś się psuje, czuję potrzebę pisania. Może to jednak jest Dziennik Samotności?

A teraz już w głośnikach album "Detox" Dżemu. No właśnie, detox. Trwał od 11. czerwca. Trwał? Czyżby się skończył? Oto jest pytanie. Wg Ciebie skończył, wg Ciebie wszystko nagle dobiegło końca. Wcześniej słuchałem świetnego Maleńczuka w piosenkach "Dawna dziewczyno", "Nigdy więcej" i "Jestem sam" - od dwóch dni te piosenki za mną chodzą. Mają coś w sobie. To cudowne przesłanie - miłość i samotność, sentymenty, wspomnienia. I w komentarzach do "Nigdy więcej" napisał:
Jak w piosence "Dawna dziewczyno" śpiewa, że "dziś już nie kocham cię", a widac wyraźnie uczucia do tej osoby, tak tutaj, mimo że "miłość jeszcze żyje w nas" widać beznadziejność sprawy...

Nie sposób się z tym nie zgodzić. Być może i tak jest u Nas? Publicznie wyprałaś brudy, a ja nie mam siły się sprzeciwiać. Będzie tak jak zechcesz. Choć nie, kogo ja chcę oszukać, chcę porozmawiać, chcę to naprawić. Ale bez rezygnowania z czegokolwiek. I nie, nie będę tu odnosił się do Twojej noty, nie będę wylewał strumienia jadu na Nasze brudy. Ty to zrobiłaś, wystarczy. Jestem nierobem, nie dbam o nic, chcę się tylko bawić. Mógłbym się z tym zgodzić, ale pozwolę się nie zgodzić. Zresztą - czy to ważne? Nie, Ty już swoją opinię masz. A ja nie chcę tego zmieniać, tkwij w tym przeświadczeniu. Może zmieni je rozmowa, a może nie... I jak nagle zmieniła się Twoja opinia o mnie. Jeszcze niedawno byłem "och! ach! ideał!", brakowało mi tylko aureolki nad głową. Dziś jestem tym najgorszym, ale uwierz mi, są gorsi.

Chyba jednak się tym przejmuję... "Czy podasz mi swą rękę, a może będziesz się bał..." Mam nadzieję, że nie będzie się bał.

Krótko, porannie i treściwie - dobranoc, a może raczej dzień dobry. Gdy przemyślę więcej, coś więcej napiszę.

W mokrej pościeli miota się,
a potem marzy całe dnie,
że tylko Ciebie chce...

wtorek, 17 marca 2009

Król świata?

Tak, właśnie... Po raz kolejny siedzę przed monitorem i walczę z samym sobą o kolejne zdania. O zdania, które tak naprawdę ułożone w swoim sercu mam cały czas, ale nie mam kiedy ich przelać na klawiaturę. Klawiatura i monitor już nie te same, nie nidzickie. Już toruńskie. Mógłbym teraz zacząć zastanawiać się czy cokolwiek jest takie samo, jak było na początku Dziennika. Wszystko się zmieniło. Ludzie, otoczenie, świat. I ja, ja też się zmieniłem... I nie wiem czy napisać niestety, czy na szczęście, a może żadnego określenia nie dodawać? Taki jest świat, świat się zmienia, bo od stania w miejscu niejeden zginął już kwiat [Edward Stachura "Nie rozdziobią nas kruki i wrony"]

A ja nie chcę zginąć, nie stoję więc w miejscu... Nie stałem też przez te kolejne miesiące ciszy, za które znów przepraszam. Choć, co warte takie przeprosiny, mój ojciec też przeprasza za to, że pije, a dalej pije... Może jestem uzależniony od długich przerw w Dzienniku?

Ta nota ma być nowym początkiem. Wznowieniem mojej działalności. Zawsze uciekałem do tego azylu, gdy było mi w życiu gorzej, a teraz jest lepiej. Nie mogę się jednak okazać wyrodnym dzieckiem mojej własnej idei. Muszę sam siebie przekonać, że mogą tu być też noty optymistyczne. Nie jestem królem świata, dalej jest ze mnie ten nędzarz, dalej ten tułacz, ale już nie samotny. Przemyślenia nie zginęły

Po raz kolejny witam i przepraszam. Chcę pisać i mam głowę pełną idei.

Nowy początek, po raz kolejny.