Znowu przerwa... Znowu trzy miesiące bez pisania. A obiecywałem sobie, obiecywałem czytelnikom (jeśli jeszcze są, w co wierzę), że będę pisał częściej, że wrócą stare czasy dziennikowe, kiedy to noty pojawiały się z dużą częstotliwością. Niejako jednak mam wytłumaczenie - otóż chciałem na nowe zagadnienie spojrzeć z potrzebnym dystansem. A dystans rodzi się z czasem. Teraz jednak jestem już gotów na zmierzenie się z kolejną notą.
Gdy tak czytam przed chwilą napisany wstęp, myślę:"Cholera, on zbyt straszny jest, a przecież pisał będę o rzeczach radosnych, o miłości. A wstęp zalatuje tajemniczością na kilometr..."
Jedenastego listopada minęło pięć miesięcy. Pięć miesięcy od kiedy ostatni raz powiedziałem sobie, że jestem samotny. Wtedy bowiem zaczęła się nowa epoka - MY, która zastąpiła długą i straszną, niemal epokę lodowcową MNIE SAMOTNEGO. I teraz siedząc tu, przed tym monitorem, nie wiem cóż napisać... Przecież taki ogrom trudno oddać słowem pisanym. Jak bowiem streścić serce? Jak przelać na łamy Dziennika pięć najlepszych miesięcy mojego życia? Otóż to jest chyba niewykonalne. Ale zawsze mogę próbować, wszak za próbę nikogo nie ukarano.
Ostatnio zrobiłem mały strumień świadomości, taką małą retrospekcję. Czytałem Dziennik od najstarszych, już może niekiedy zapomnianych not. Szukałem w nich jakiejś ciągłości wydarzeń z tym, co dzieje się dziś. I znalazłem. Wszak od miłości zacząłem, cały czas przebijała się ona w notach i komentarzach. One to już oddzielna historia, w gruncie rzeczy tę notę mógłbym oprzeć na komentarzach, wraz z moimi obecnymi przemyśleniami na ich temat. Z jednej strony jest to pracochłonne - wyszukiwanie, kopiowanie, wklejanie, a z drugiej trochę łażenie na łatwiznę. Dlatego będą być może tylko małe dygresje.
Przejdźmy do sedna. Dziennik istnieje już od ponad dwóch lat. Wspomniany wyżej strumień świadomości pozwolił mi dojrzeć, że cały czas przebijała się ta miłość. Niespełniona, nieszczęśliwa, kulawa, skrzywdzona. Ale warto było to wszystko przeżyć, przygody toruńskie, nidzickie, by dojść do dziś. Uważam, że nie byłbym tym kim jestem, gdyby nie ukształtowanie poprzez dawne dzieje. I za to winien jestem wiadomym osobom dzięki. Patrzę na kalendarz i ciężko mi uwierzyć, że to już pięć miesięcy od czasu pożegnania samotności. I jaki to człek jest podły, zapomniałem już o niej. A może samotność też chciałaby nieraz, bym ją na chwilę odwiedził? Ale czy nie chciałaby mnie wtedy zatrzymać znów przy sobie, na kolejne długie lata? Dlatego wolę jej unikać, wolę żyć z ludźmi, wśród ludzi. Z Tą Jedyną.
Wakacje 2008 były najcudowniejszymi wakacjami mojego dotychczasowego życia. A wszystko właściwie zaczęło się przed wakacjami. To był luty, marzec 2008 roku. Wtedy dokonała się pierwsza ewolucja. Z kumpeli Kasia stała się przyjaciółką. Te długie rozmowy, te spacery. I tak coraz bliżej, coraz bardziej zagłębialiśmy się w swoje dusze. Przyszedł maj, wraz z nim matury, ale one z perspektywy wydają mi się błahe przy tym co działo się w sercach. Wtedy to Kasia po raz pierwszy zaproponowała wspólny Detox, uwolnienie się od wspomnień. I wszystko to miało odbyć się na, rozśmieszającej mnie dziś, zasadzie związku z terminem ważności. Wszak ciążyła nad nami wizja mojego wyjazdu do Anglii. Początkowo bałem się tego, wycofałem się. Jednak serce powiedziało: "Czemu nie? Lepiej uwolnić się od starych wspomnień, by na nowo zacząć coś w Toruniu." I zgodziłem się, termin miał upłynąć początkowo w połowie lipca, potem zaś został przesunięty na jego koniec. Ostatecznie jednak żaden termin do skutku nie doszedł. Dziś dziękuję za to Szefowi, dziękuję Mu za to, że cała ta Anglia nie wypaliła.
Trzynastego lipca dokonała się druga ewolucja. Dojrzałem, to Ona, przez tyle czasu niezauważana skruszyła lód mojego serca, przeskoczyła mur, którym powoli się otaczałem. Mur wspomnień, mur bólu. I zniszczyła mur. I nigdy już nie będę zbierał cegiełek na nowy mur, mury są straszne, odgradzają od ludzi.
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy.
Nota powstaje już kilka dni i dopiero teraz, gdy czytałem powstały już fragment skojarzyłem kolejny fakt. 11 listopada to nie tylko rocznica pięciu miesięcy, ale także minęły dwa lata od najpierwszej ewolucji, ewolucji toruńskiej. Pierwszej wielkiej miłości. Potem przyszła znów miłość nidzicka, a potem posucha. Nie chodzi tu jednak o rozdrapywanie starych ran, ale o to by zdać sobie sprawę od czego to wszystko się zaczęło, przez co przeszło. By dojść do obecnej sytuacji. Ewolucja, progres, wszystko poszło do przodu. Rozwinąłem się w uczuciach.
Ale wróćmy do meritum tej sekcji noty. Do ważnych chwil, do momentów, które czynią życie piękniejszym. Czas na daty, czas na określenie miejsca i czasu poszczególnych wydarzeń. Któż by tam się pozornie tym przejmował? One jednak po raz kolejny uświadamiają, że już wspólny kawałek mamy za sobą.
Zaczęło się w 2006 roku chyba, w trakcie akcji Oświadczeń Woli. Wtedy jednak Kasia była kumpelą, koleżanką. I taki stopień zażyłości był między nami aż do tego roku. Gdy dziś to wszystko wspominam to śmieję się w głos. Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że będę najszczęśliwszym człowiekiem z Nią, to chyba wyśmiałbym go. A dziś, dziś jest najważniejsza, dziś jest moim szczęściem. Wracając do dat, 29. lutego 2008, data wyjątkowa nie tylko dlatego, że jest raz na cztery lata. Data wyjątkowa, bo wtedy na nowo zaczęliśmy z Kasią rozmawiać po dłuższej przerwie. Czym była ta przerwa spowodowana? Dziś nie pamiętam i chyba nie jest to istotne. A rozmowy były coraz dłuższe, spacery także. Szczególnie upodobaliśmy sobie łażenie do końca ulicy Olsztyńskiej i przesiadywanie na wysepce nad jeziorkiem. Jakoś też w tym czasie powiedziałaś mi o swoich uczuciach. Ja jednak nadal czułem się uwięziony w starych wspomnieniach, w starych miłościach. Rozumiałaś to, akceptowałaś i, co najważniejsze, nie przestałaś kochać. Potem był 17. maja, a zaraz po nim 18... Coś drgnęło, ale tylko na kilkanaście godzin. Tak, wycofałem się wtedy. Potrzebowałem czasu na przemyślenie. Wiem, że bolało Cię to... Po prostu wtedy jeszcze tkwiłem łbem w starych czasach, byłem dalej niepewny tego co czuję. Przekonywanie jednak nie trwało długo. Dziś sam nie pamiętam co mnie przekonało, albo raczej kto. Na pewno była to Kasia, ale czy jeszcze ktoś to nie pamiętam... Faktem jest jednak, że przejrzałem na oczy.
I nastał 11. czerwca. I kolejny przełom, kolejna ewolucja. Podjęliśmy decyzję o wspólnym Detoksie, detoksie od wspomnień. I zdecydowaliśmy się na to mając świadomość, że jest to tylko na miesiąc. To miał być związek z terminem ważności. I znów potwierdziła się sentencja "amor vincit omnia" oraz to, że "kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć." Miałem wyjechać, mieliśmy spędzić ze sobą około miesiąca. Dziś, gdy o tym wszystkim myślę, to trochę śmiać mi się chce. Założenie mieliśmy następujące - będziemy ze sobą przez miesiąc, a potem wrócimy do zwykłej przyjaźni... Jakie to szczęście, że Michał (mój brat) znalazł pracę i z wyjazdu zostały nici.
Szóstego lipca była przyspieszona Gwiazdka w tym roku. Do Nidzicy zawitał Dżem... I w dodatku mogłem z członkami zespołu rozmawiać, zdobyłem autografy. Moja miłość do Dżemu się wzmocniła. A z drugiej strony znów ewoluowały uczucia. Wtedy to po raz pierwszy okazałem Kasi uczucia przy kumplach (to nic wielkiego, ale jednak znaczenie miało). I jeszcze jedno stało się na koncercie. Spotkanie starej i nowej miłości. Wtedy to chyba ostatecznie zdałem sobie sprawę, że stara miłość (jak sama nazwa wskazuje) jest stara i jej czas minął. Nastał czas nowej! I tak, 13. lipca wyznałem Kasi to co czuję. Pamiętam, że chwilę stała zszokowana, nie mogła chyba w to uwierzyć... Potem poprosiła mnie, bym ją upewnił (wszak już raz się z deklaracji wycofałem). Ja jednak byłem pewien. I nie żałuję.
Rozwój
Wakacje roku 2008 spędziłem w połowie w domu, a w drugiej połowie u Kasi. 12 km dzień po dniu pokonywane rowerem. Potem długie spacery, po lasach, nad jeziora. Długie rozmowy, czułości. Coś bez czego nie zbudowalibyśmy tego związku. Wzajemne odkrywanie się... Dzięki Kasi po raz pierwszy mogłem przerzucać węgiel łopatą... To na pierwszy rzut oka śmieszne się wyda każdemu, ale to też było dla mnie ważne. Nigdy nie miałem okazji tak pracować. Okazało się, że umiem i to. Wspólna praca też zbliża, tak jak wspólna opieka nad dziećmi. Zawsze zazdrościłem koleżankom i kolegom, którzy opowiadali jak to nie opiekowali się dziećmi. Sam nigdy tego nie doświadczyłem, aż do tych wakacji. I okazuje się, że jakieś tam zdolności do opieki nad dziećmi mam. Polubiłem to. Mało jest lepszych rzeczy jak obserwowanie rozwoju takiego szkraba. Tu Kasia porównała rozwój dziecka do rozwoju tego uczucia. Początkowo baraszkowało, było takie małe, bezbronne, a teraz jest coraz większe, coraz mniej bezbronne. Rozwija się, jak tam miłość... I dziś śmiejemy się razem, kiedy mówimy: "Gdybyś ktoś powiedział, że my razem jeszcze rok temu..." Tak, wtedy bym chyba wybuchł śmiechem. Ale nie ma rzeczy niemożliwych! Uwierzcie w to i Wy, Drodzy czytelnicy. Dziś wspominamy z uśmiechami na twarzach czasy zwykłego koleżeństwa :).
Za kilka dni będzie pół roku od kiedy jesteśmy razem. Dużo to czy mało? Minęło naprawdę szybko. I są "teorie" mówiące, że pierwsze trzy miesiące związku są piękne, a potem zaczyna się życie, kłopoty, wchodzi marazm, znużenie... Kolejne twierdzenie, które można włożyć między bajki. Jeśli jest miłość, nie ma miejsca na znużenie, znudzenie, marazm. Bo jest rozwój, wspólny, dążenie do wspólnych celów. Naszym celem był i jest Toruń. I w końcu odwiedziliśmy go razem. 8. sierpnia 2008 roku (osiem to dla Chińczyków cyfra szczęśliwa, wtedy też igrzyska olimpijskie w Pekinie się zaczęły) zawitaliśmy w mieście Kopernika. Spacery ulicami tego miasta wzmogły marzenia, marzenia o wspólnej przyszłości. Na sam koniec zaś dopadła nas ulewa, zmokliśmy jak kury. Zmokliśmy razem i to było najważniejsze. I wiem, że i maturę razem pokonamy, a za rok wrócimy do Torunia już razem, do namiastki naszej małej mansardy... A potem dalej i dalej, razem. I niech realiści mówią, że jeszcze wiele przed nami. Fakt, ale "amor vincit omnia".
Idylla?
Ktoś powie: "To wszystko zbyt idealne. Nie mieliście jeszcze żadnych problemów... Pewnie pierwszy problem was pokona". I osoba ta będzie w błędzie, bo pokonaliśmy już przeszkody. Najpierw Kasia pokonała przeszkodę w postaci strachu przed okazaniem mi uczucia. Potem ja pokonałem przeszkodę dawnych wspomnień i strachu przed nowym uczuciem. Potem już wspólnie stanęliśmy przed poważniejszym zadaniem - chemią. I tak, były momenty zwątpienia, były momenty strachu, ale wszystko się udało. Przebrnęliśmy to razem, tak jak ostatni kryzys. I wszystko można rozwiązać, można wyjść z każdej opresji. Ale tylko razem i przez rozmowę.
I niech będą życzliwi, którzy insynuowali i insynuują różne głupoty o naszej dwójce. To już nie nasz problem, a ludzka zazdrość zawsze będzie istniała... Tylko my wiemy jak jest naprawdę. I ta nota też nie przekaże całego uczucia (gdyby przekazała to coś z uczuciem było nie tak...), a poza tym, nie ma sensu pisać wszystkiego. To dopiero byłaby desakralizacja. A są rzeczy, które o sobie nawzajem wiemy tylko my. I tak jest w każdym związku. "Sfera" publiczna i ta prywatna, tylko dla zaangażowanych w uczucie.
To, co zbliża
Co zbliża ludzi w miłości? Miłość można odpowiedzieć, ale to nie wszystko. Samo uczucie niewiele da, jeśli nie jest podbudowane. Podbudowane zaufaniem, podbudowane rozmowami. I co może często najważniejsze - wspólnymi pasjami. Dla nas tą pasją jest Dżem. Można rzec, że to Rysiek Riedel nas zjednoczył, to Rysiek pozwolił przetrwać trudne chwile. I cóż więcej mogę napisać?
Nota ta nie jest poradnikiem "Jak budować dobry związek". Ta nota to po prostu opowieść o tym jak w końcu "zbiegły się tory sieroce naszych dwu planet". Ma być to też podziękowanie dla Tej, która rozwiała mrok mojego życia. Mrok samotności. I po części jest to rozliczenie się z przeszłością. I jak już napisałem wyżej, nie streszczam tu wszystkiego, co się dzieje, bo o wszystkim pisać nie zamierzam. Bo pewne rzeczy są tylko nasze :). Jest to też kolejny powrót Dziennika, mam nadzieję, że już na stałe. Forma Dziennika zmieni się, głowa aż huczy od pomysłów...
"Niebo do wynajęcia, niebo z widokiem na raj..."
środa, 3 grudnia 2008
niedziela, 3 sierpnia 2008
Nota na dwa głosy po raz pierwszy.
Miejsce akcji: jezioro, droga, dom.
Czas akcji: niedziela - 13 lipca 2008, poniedziałek - 14 lipca 2008.
Osoby akcji: Ona (zwana umownie Kasią, jej wyróżnikiem będzie +), On (zwany umownie Marcinem, jego wyróżnikiem będzie -).
(Jezioro, niedzielne wczesne popołudnie, lekki wiaterek, chmury na niebie. Dzika, lecz spokojna plaża. Przychodzi mi do głowy ten oto pomysł. Wyciągam swój zeszyt na twórczość i zapisuję)
(Stare Dobre Małżeństwo - "Dotykaj mnie")
- Kocham Cię, bo...
+ Jesteś. To wystarczy :).
- Rozjaśniłaś ciemności w moim życiu, rozbiłaś głaz w sercu i pomogłaś w przeskoczeniu muru strachu przed otwarciem się na nowe uczucie.
(wokół nas trawa, w oddali Słońce odbija swe promienie w tafli jeziora, Dżem - "Mała Aleja Róż")
- Od czego to wszystko się w Tobie zaczęło?
+ Od zainteresowania Oświadczeniami Woli. Chciałam Ci pomóc. Być może już wtedy coś do Ciebie czułam, ale to nie było nic silnego, tak jak teraz.
- I sam nie wiem od czego. Poznaliśmy się na pewno w redakcji "Naszej Gazety Nidzickiej" (tu następuje chwila przerwy ;)) To było jakieś dobre dwa lata temu. I trwała taka znajomość aż do tego lata. (Tu ona przełącza przypadkiem na "Naiwne pytania", które od razu zmienia na "Wehikuł czasu", w sam raz do wspomnień ;)) I tu Twoje wyznanie "urodziło" coś we mnie. I tak to się rozwijało, choć początkowo w strachu. Na szczęście obawy rozwiałaś. I teraz jest jak jest (+ uśmiecham się szeroko)
+ Czy jest coś co kochasz we mnie szczególnie?
- Oczy z długimi rzęsami, uśmiech, to ciepło. (Kasia włącza "Lunatyków) Te oczy ufne, wpatrzone, ale koniecznie uśmiechnięte. ("Autsajder") Tę cierpliwość, wytrwałość w uczuciu. I to, że we mnie wierzysz. I, że zaczynasz wierzyć w siebie. I to, że przestałaś bać się okazywania uczuć. (Kasia gładzi mnie po włosach i podśpiewuje). A Ty we mnie? Odpowiedź "wszystko" nie będzie akceptowana ;) I do cech zapomniałem dodać tę troskliwość Twoją...
+ Ciepło - wyjątkowe ciepło. Uwielbiam to w Tobie. Czułość. Swoboda. Włosy :). To, że tak bardzo lubisz okazywać uczucia, emocje, nie wstydzisz się ich. Miłość do zwierząt... Wrażliwość ("Tylko ja i Ty")
- Czy nie czujesz czasami, że popełniłaś błąd wybierając tego, a nie innego?
+ Nie. Nigdy. Nie wyobrażam sobie kogoś innego na Twoim miejscu. Rozumiemy się świetnie, czasami wręcz telepatycznie. I tego nie da się, nie można tego uznać za przypadek. Chcę wierzyć i wierzę, że jesteś tym właściwym. Ja to po prostu wiem. Będę czekać ile będzie trzeba. Ale nigdy nie żałowałam. Nigdy. Jestem szczęśliwa, że w moim przypadku padło właśnie na Ciebie i spotkała mnie wzajemność.
+ A Ty? Żałujesz?
(Jej zdrętwiały nogi, poszła je rozprostować. Kończy się "Dzień, w którym pękło niebo". Ona poszła w stronę jeziora, sam wysłuchałem "Uśmiech śmierci" Dżemu. Po chwili odwróciła się i mnie pogania, z uśmiechem na twarzy :))
- Nie żałuję, bo jest ta wzajemność. I jest pięknie. Mam tę pewność w końcu, otworzyłem się i nie żałuję ("Detox") Początkowo to miało być takie coś na chwilę. Dziś chcę by trwało to jak najdłużej. Zaangażowałem się. I nie żałuję, bo wierzę w Ciebie, wierzę w nas. I ufam. I ufam...
Skojarzenia i sentymenty
- A teraz trochę krócej (choć kto wie jak wyjdzie). Jakie piosenki, wiersze, itp. kojarzą Ci się ze mną, z tą sytuacją?
("Jak malowany ptak")
+ No na pewno Dżem. Nauczyłam się go słuchać dzięki Tobie. "Tylko ja i Ty". "Do kołyski", "Złoty Paw". Ale też od dzisiaj "Lunatycy". No i "Wehikuł czasu", "Jak malowany ptak", "Dzień, w którym...". Stare Dobre Małżeństwo - "Z nim będziesz szczęśliwsza", "Dotykaj mnie". A z wierszy to wiele wierszy Stachury (-które i mnie się z Tobą kojarzą) - m.in. "Sanctus".
(Stwierdzam, że jej ładnie w kiecce :))
- Dwie piosenki bardzo. Obydwie w wykonaniu Raz Dwa Trzy - "Czy te oczy mogą kłamać" (Toto - "Rosanna") w końcu jesteśmy - ja - facetem po przejściach, Ty - kobietą z przeszłością. I to trochę o nas opowiada. Druga - "Oczy tej małej". (Ona chce się położyć na trawie. Będzie "Cała w trawie" ;), kolejna piosenka, która mi się kojarzy) A z "Oczu tej małej" szczególnie refren. I choć ta piosenka źle się kończy, to oczy tej małej to oczy Twoje. Dżem też jest Twój w moich myślach. Odczarowałaś "Tylko ja i Ty", "Sen o Victorii". Początkowo mieliśmy obydwoje być dla siebie "Detoxem" od wspomnień, pamiętasz? Teraz jest "Tylko ja i Ty..."
Durny ten pomysł dzisiejszy, co? (Toto - "Africa")
+ Ten pomysł wcale durny nie jest. Pozwala uchwycić chwilę.
A jakie chwile zapamiętasz najlepiej? ("Z nim będziesz szczęśliwsza" początkowo chciałem przełączyć, ale jednak tego nie zrobiłem. Podczas słuchania ona chce otrzeć łzy, które rzekomo uroniłem. A ja nie płaczę, nie dziś. Ach, ta jej troskliwość :))
- A co do pytania, czy odpowiedź "wszystkie" będzie zaakceptowana? ;)
+ Tak :) Ja też wszystkie zapamiętam ("Bo nowy dzień wstaje")
A jakie miejsca będziesz ze mną kojarzył?
- Na pewno lasy wokół Muszak i leśne ścieżki. Kocham naturę. I Zawady, piękne jezioro, pełne wspomnień. (Znów Dżem - "Do kołyski") A Ty ze mną?
+ Wysepka na jeziorku w Nidzicy. To miejsce już zawsze będzie mi się z Tobą kojarzyć. To też miejsce naszego pierwszego pocałunku, pamiętasz? ("Naiwne pytania") Też ulica Warszawska (-tam mieszkam)
- Pamiętam, jak miałbym nie pamiętać? Ale czuję jakby od tego czasu minęły lata ;). A wysepka i dla mnie jest magiczna :). Nie jesteś głodna? Że tak odejdę od tematu ;).
+ Niom (-uwielbiam taki język :P)
- I co w związku z tym?
+ Śmigamy na bazę? :)
- Chyba trzeba ;). Wrócimy do pisania po przerwie (reklamowej).
Marzenia, plany, sugestie
- Jest już coraz ciemniej, my po kolacji (ona leży, bo się najadła). Miała zachciankę, to zrobiliśmy jajecznicę. Była ponoć pyszna. Była?
+ Była :). Jak już mówiłam, nadajesz się na męża :). Ech, zazdroszczę Twojej żonie :P.
- Ja również :P. I to już niestety koniec tej niedzieli. Czas goni :(. Jadę do domu. Muszę.
+ Niestety :(. Czy kiedyś przyjdą takie chwile, że będziemy bez pośpiechu zasypiać i budzić się w swoich objęciach? Bardzo bym chciała. To moje chyba najskrytsze marzenie. Tylko czy on by tego chciał?
- On by tego chciał. W końcu po to są uczucia, by je sobie wzajemnie okazywać (Ona kończy pisać smsa, a w ogóle dzieje się to dzień później)Opisywać wczorajszy wieczór?
("Bo nowy dzień wstaje") + No ja wczorajszego wieczoru nie wspominam najlepiej, mam wyrzuty sumienia, że tak wyszło :/.
- I z jakiego powodu te wyrzuty? Z powodu zmienności polskiej aury? Nie wspominaj o tym, bo ja przypomnę koncert :>.
+ Dobra, już dobra ;). Kocham te wspólne chwile. Tę magię. Ciekawe ile osób z naszego otoczenia już wie, że jesteśmy ze sobą? Mimo deklarowanej przez nas dyskrecji ;) bardzo mnie to ciekawi :)
- Kilka osób już wie. I czy to takie ważne, ile (wysłałem ją po herbatę, bo mi tu przez ramię zagląda ;)) osób o tym wie? Wolę jednak zachować spokój. Po co to zaraz wszystko roztrąbiać? Szczęście jest tak płoche, że ucieka na samą myśl o nim, tak jakoś szedł cytat. A co dopiero, gdy się o nim trąbi?
+ Ja tam jestem zdania, że z życzliwymi osobami powinno się dzielić swoją radością. Ale tylko z życzliwymi. Bo cała reszta może tylko tę radość zepsuć. Poza tym, szczęście dzielone z ludźmi bliskimi staje się 2 razy większe.
- Nie sposób się nie zgodzić. Pozostaje mieć nadzieję, że ci, z którymi podzielimy się naszym szczęściem okażą się godni zaufania. A zresztą, czy ludzie mogą zniszczyć miłość? Nie. Miłość się obroni. Ale i tak momentami boję się ogromu słowa "miłość"... To jednak nieważne. Właściwie o czym teraz, o 16:48, 14. lipca 2008 roku, myślisz?
+ O tym, że chciałabym zatrzymać czas, wyrzucić zegary, kalendarze, zapomnieć o upływającym zbyt szybko czasie. O tym, że dobrze mi z Tobą, jestem szczęśliwa. Nic innego się w tym momencie dla mnie nie liczy. Chcę zachować ten lipiec w pamięci na zawsze, nawet gdy być może będą inne lipce, sierpnie, grudnie. Od tego lipca zaczyna się nasza wspólna historia i oby potrwała jak najdłużej.
- Tak, "Wehikuł czasu to byłby cud..."
+ Ale przyszłość jest równie ważna, bo też zależy tylko od nas. Nie widzę sensu w stwierdzeniu "jak nam się życie ułoży" bo to my to życie kształtujemy i mamy na nie wpływ. Owszem, zdarzają się wypadki losowe. Ale i tak większość wydarzeń z naszego życia jest konsekwencją naszych decyzji, dobrych czy złych, ale naszych. Amen:)
- Amen :). Choć też nie wszystko od nas tylko zależy w życiu. Taka np rekrutacja na studia zależy od wielu czynników. Często niezależnych od nas. My tylko składamy dokumenty...
+ Chodzi mi bardziej o nasze życie, że tak powiem, prywatne :). Bo to akurat jest od nas zależne.
- Tu się nie mogę nie zgodzić. (Patrick Swayze - "She's like the wind") Ale może jednak lepszy byłby jasnowłosy, niebieskooki albo 'kruczoczarnowłosy' książę z bajki na białym rumaku?
+ Tak, najlepiej od razu jakiś metroseksualny typ... :/ Ile razy mam powtarzać, że to Ty jesteś moim ideałem męskiej urody, Ty mi się podobasz i Ciebie kocham?
- No widzisz, Tobie zaszczepiłem pewność siebie. A może ją raczej przeszczepiłem od siebie. Ty ją zyskałaś, ja ją straciłem. No to kolejny głupi żart w moim wykonaniu ;). Muszę się nieraz upewnić, bo to jak sen jest.
+ Sugerujesz, że jestem jak pijawka, która wyciągnęła z Ciebie pewność siebie? :)
- Jasne :P Tak jak radość życia :P.
+ Jeszcze coś? Hmmm, no cóż, zawsze mogło być gorzej. Kurcze, tak bardzo chciałabym zatrzymać tę chwilę. Tylko jak to zrobić?
- No tego nie da się zrobić. Trzeba ją przeżyć na całego, wykorzystać każdy moment życia. By nie pluć sobie później w brodę, że czegoś się nie zrobiło. A może teraz Ty zadaj jakieś pytanie?
+ Co zmieniłbyś we mnie jako pierwsze, gdybyś mógł?
- Przedłużyłbym Twoje włosy. I dodał trochę wzrostu :). To ja odbiję piłeczkę. Teraz Twoja kolej, co zmieniłabyś we mnie?
+ Przydałoby Ci się więcej wiary w siebie. I co do wyglądu to żadnych zastrzeżeń nie mam :).
- A ja bym chciał, żebyś częściej w kieckach chodziła :). No i jakbyś w butach na obcasie chodziła ;). Wam (kobietom) ładniej jest w kieckach i butach na obcasie :). Spodnie zostawcie facetom :P.
+ Ale do kiecki muszą być warunki atmosferyczne. A buty na obcasie planuję kupić w najbliższym czasie :).
- No jasne, że muszą być warunki. Na deszcz, zawieję nie zakładajcie kiecki. Ale wykorzystujcie okazje. O to apeluję :).
+ :) :*
- A teraz poważniej. Czy wierzysz w to, że pierwsza większa miłość w życiu może być i tą ostatnią, do końca?
+ Tak. Gorąco w to wierzę. I myślę, że moje uczucie do Ciebie właśnie takie jest. Wystawione było na wiele prób i mimo wszystko wyszło z nich zwycięsko :). Takie rzeczy po prostu się wie. A Ty wierzysz?
- Kiedyś w to wierzyłem, ale życie mnie przekonało, że tak nie jest. Choć może te wcześniejsze były tylko złudzeniem, zauroczeniem. Człowiek nie wiedział chyba jeszcze do końca czym jest miłość. Czas wszystko pokaże, ludzie pokażą. My pokażemy, jestem przekonany. Jak pokażemy, nie wiem... Bo czy jest to moje pierwsze uczucie? Sama dobrze wiesz, że nie. Choć na pewno jest to pierwsze uczucie odwzajemnione.
+ Wierzę, że damy radę i udowodnimy niedowiarkom, że z takiej głupiej, idealnej miłości może powstać coś trwałego i dojrzałego. No co ja mam napisać? Przecież wiesz, że liczę na wspólną przyszłość...
I nie będzie siedemnastu dopisków. Ta nota tak ma wyglądać. Pełna emocji, pełna kolokwializmów, nieliteracka. Po prostu nota na dwa głosy... A Dziennik wróci, będą reformy i wróci.
Czas akcji: niedziela - 13 lipca 2008, poniedziałek - 14 lipca 2008.
Osoby akcji: Ona (zwana umownie Kasią, jej wyróżnikiem będzie +), On (zwany umownie Marcinem, jego wyróżnikiem będzie -).
(Jezioro, niedzielne wczesne popołudnie, lekki wiaterek, chmury na niebie. Dzika, lecz spokojna plaża. Przychodzi mi do głowy ten oto pomysł. Wyciągam swój zeszyt na twórczość i zapisuję)
(Stare Dobre Małżeństwo - "Dotykaj mnie")
- Kocham Cię, bo...
+ Jesteś. To wystarczy :).
- Rozjaśniłaś ciemności w moim życiu, rozbiłaś głaz w sercu i pomogłaś w przeskoczeniu muru strachu przed otwarciem się na nowe uczucie.
(wokół nas trawa, w oddali Słońce odbija swe promienie w tafli jeziora, Dżem - "Mała Aleja Róż")
- Od czego to wszystko się w Tobie zaczęło?
+ Od zainteresowania Oświadczeniami Woli. Chciałam Ci pomóc. Być może już wtedy coś do Ciebie czułam, ale to nie było nic silnego, tak jak teraz.
- I sam nie wiem od czego. Poznaliśmy się na pewno w redakcji "Naszej Gazety Nidzickiej" (tu następuje chwila przerwy ;)) To było jakieś dobre dwa lata temu. I trwała taka znajomość aż do tego lata. (Tu ona przełącza przypadkiem na "Naiwne pytania", które od razu zmienia na "Wehikuł czasu", w sam raz do wspomnień ;)) I tu Twoje wyznanie "urodziło" coś we mnie. I tak to się rozwijało, choć początkowo w strachu. Na szczęście obawy rozwiałaś. I teraz jest jak jest (+ uśmiecham się szeroko)
+ Czy jest coś co kochasz we mnie szczególnie?
- Oczy z długimi rzęsami, uśmiech, to ciepło. (Kasia włącza "Lunatyków) Te oczy ufne, wpatrzone, ale koniecznie uśmiechnięte. ("Autsajder") Tę cierpliwość, wytrwałość w uczuciu. I to, że we mnie wierzysz. I, że zaczynasz wierzyć w siebie. I to, że przestałaś bać się okazywania uczuć. (Kasia gładzi mnie po włosach i podśpiewuje). A Ty we mnie? Odpowiedź "wszystko" nie będzie akceptowana ;) I do cech zapomniałem dodać tę troskliwość Twoją...
+ Ciepło - wyjątkowe ciepło. Uwielbiam to w Tobie. Czułość. Swoboda. Włosy :). To, że tak bardzo lubisz okazywać uczucia, emocje, nie wstydzisz się ich. Miłość do zwierząt... Wrażliwość ("Tylko ja i Ty")
- Czy nie czujesz czasami, że popełniłaś błąd wybierając tego, a nie innego?
+ Nie. Nigdy. Nie wyobrażam sobie kogoś innego na Twoim miejscu. Rozumiemy się świetnie, czasami wręcz telepatycznie. I tego nie da się, nie można tego uznać za przypadek. Chcę wierzyć i wierzę, że jesteś tym właściwym. Ja to po prostu wiem. Będę czekać ile będzie trzeba. Ale nigdy nie żałowałam. Nigdy. Jestem szczęśliwa, że w moim przypadku padło właśnie na Ciebie i spotkała mnie wzajemność.
+ A Ty? Żałujesz?
(Jej zdrętwiały nogi, poszła je rozprostować. Kończy się "Dzień, w którym pękło niebo". Ona poszła w stronę jeziora, sam wysłuchałem "Uśmiech śmierci" Dżemu. Po chwili odwróciła się i mnie pogania, z uśmiechem na twarzy :))
- Nie żałuję, bo jest ta wzajemność. I jest pięknie. Mam tę pewność w końcu, otworzyłem się i nie żałuję ("Detox") Początkowo to miało być takie coś na chwilę. Dziś chcę by trwało to jak najdłużej. Zaangażowałem się. I nie żałuję, bo wierzę w Ciebie, wierzę w nas. I ufam. I ufam...
Skojarzenia i sentymenty
- A teraz trochę krócej (choć kto wie jak wyjdzie). Jakie piosenki, wiersze, itp. kojarzą Ci się ze mną, z tą sytuacją?
("Jak malowany ptak")
+ No na pewno Dżem. Nauczyłam się go słuchać dzięki Tobie. "Tylko ja i Ty". "Do kołyski", "Złoty Paw". Ale też od dzisiaj "Lunatycy". No i "Wehikuł czasu", "Jak malowany ptak", "Dzień, w którym...". Stare Dobre Małżeństwo - "Z nim będziesz szczęśliwsza", "Dotykaj mnie". A z wierszy to wiele wierszy Stachury (-które i mnie się z Tobą kojarzą) - m.in. "Sanctus".
(Stwierdzam, że jej ładnie w kiecce :))
- Dwie piosenki bardzo. Obydwie w wykonaniu Raz Dwa Trzy - "Czy te oczy mogą kłamać" (Toto - "Rosanna") w końcu jesteśmy - ja - facetem po przejściach, Ty - kobietą z przeszłością. I to trochę o nas opowiada. Druga - "Oczy tej małej". (Ona chce się położyć na trawie. Będzie "Cała w trawie" ;), kolejna piosenka, która mi się kojarzy) A z "Oczu tej małej" szczególnie refren. I choć ta piosenka źle się kończy, to oczy tej małej to oczy Twoje. Dżem też jest Twój w moich myślach. Odczarowałaś "Tylko ja i Ty", "Sen o Victorii". Początkowo mieliśmy obydwoje być dla siebie "Detoxem" od wspomnień, pamiętasz? Teraz jest "Tylko ja i Ty..."
Durny ten pomysł dzisiejszy, co? (Toto - "Africa")
+ Ten pomysł wcale durny nie jest. Pozwala uchwycić chwilę.
A jakie chwile zapamiętasz najlepiej? ("Z nim będziesz szczęśliwsza" początkowo chciałem przełączyć, ale jednak tego nie zrobiłem. Podczas słuchania ona chce otrzeć łzy, które rzekomo uroniłem. A ja nie płaczę, nie dziś. Ach, ta jej troskliwość :))
- A co do pytania, czy odpowiedź "wszystkie" będzie zaakceptowana? ;)
+ Tak :) Ja też wszystkie zapamiętam ("Bo nowy dzień wstaje")
A jakie miejsca będziesz ze mną kojarzył?
- Na pewno lasy wokół Muszak i leśne ścieżki. Kocham naturę. I Zawady, piękne jezioro, pełne wspomnień. (Znów Dżem - "Do kołyski") A Ty ze mną?
+ Wysepka na jeziorku w Nidzicy. To miejsce już zawsze będzie mi się z Tobą kojarzyć. To też miejsce naszego pierwszego pocałunku, pamiętasz? ("Naiwne pytania") Też ulica Warszawska (-tam mieszkam)
- Pamiętam, jak miałbym nie pamiętać? Ale czuję jakby od tego czasu minęły lata ;). A wysepka i dla mnie jest magiczna :). Nie jesteś głodna? Że tak odejdę od tematu ;).
+ Niom (-uwielbiam taki język :P)
- I co w związku z tym?
+ Śmigamy na bazę? :)
- Chyba trzeba ;). Wrócimy do pisania po przerwie (reklamowej).
Marzenia, plany, sugestie
- Jest już coraz ciemniej, my po kolacji (ona leży, bo się najadła). Miała zachciankę, to zrobiliśmy jajecznicę. Była ponoć pyszna. Była?
+ Była :). Jak już mówiłam, nadajesz się na męża :). Ech, zazdroszczę Twojej żonie :P.
- Ja również :P. I to już niestety koniec tej niedzieli. Czas goni :(. Jadę do domu. Muszę.
+ Niestety :(. Czy kiedyś przyjdą takie chwile, że będziemy bez pośpiechu zasypiać i budzić się w swoich objęciach? Bardzo bym chciała. To moje chyba najskrytsze marzenie. Tylko czy on by tego chciał?
- On by tego chciał. W końcu po to są uczucia, by je sobie wzajemnie okazywać (Ona kończy pisać smsa, a w ogóle dzieje się to dzień później)Opisywać wczorajszy wieczór?
("Bo nowy dzień wstaje") + No ja wczorajszego wieczoru nie wspominam najlepiej, mam wyrzuty sumienia, że tak wyszło :/.
- I z jakiego powodu te wyrzuty? Z powodu zmienności polskiej aury? Nie wspominaj o tym, bo ja przypomnę koncert :>.
+ Dobra, już dobra ;). Kocham te wspólne chwile. Tę magię. Ciekawe ile osób z naszego otoczenia już wie, że jesteśmy ze sobą? Mimo deklarowanej przez nas dyskrecji ;) bardzo mnie to ciekawi :)
- Kilka osób już wie. I czy to takie ważne, ile (wysłałem ją po herbatę, bo mi tu przez ramię zagląda ;)) osób o tym wie? Wolę jednak zachować spokój. Po co to zaraz wszystko roztrąbiać? Szczęście jest tak płoche, że ucieka na samą myśl o nim, tak jakoś szedł cytat. A co dopiero, gdy się o nim trąbi?
+ Ja tam jestem zdania, że z życzliwymi osobami powinno się dzielić swoją radością. Ale tylko z życzliwymi. Bo cała reszta może tylko tę radość zepsuć. Poza tym, szczęście dzielone z ludźmi bliskimi staje się 2 razy większe.
- Nie sposób się nie zgodzić. Pozostaje mieć nadzieję, że ci, z którymi podzielimy się naszym szczęściem okażą się godni zaufania. A zresztą, czy ludzie mogą zniszczyć miłość? Nie. Miłość się obroni. Ale i tak momentami boję się ogromu słowa "miłość"... To jednak nieważne. Właściwie o czym teraz, o 16:48, 14. lipca 2008 roku, myślisz?
+ O tym, że chciałabym zatrzymać czas, wyrzucić zegary, kalendarze, zapomnieć o upływającym zbyt szybko czasie. O tym, że dobrze mi z Tobą, jestem szczęśliwa. Nic innego się w tym momencie dla mnie nie liczy. Chcę zachować ten lipiec w pamięci na zawsze, nawet gdy być może będą inne lipce, sierpnie, grudnie. Od tego lipca zaczyna się nasza wspólna historia i oby potrwała jak najdłużej.
- Tak, "Wehikuł czasu to byłby cud..."
+ Ale przyszłość jest równie ważna, bo też zależy tylko od nas. Nie widzę sensu w stwierdzeniu "jak nam się życie ułoży" bo to my to życie kształtujemy i mamy na nie wpływ. Owszem, zdarzają się wypadki losowe. Ale i tak większość wydarzeń z naszego życia jest konsekwencją naszych decyzji, dobrych czy złych, ale naszych. Amen:)
- Amen :). Choć też nie wszystko od nas tylko zależy w życiu. Taka np rekrutacja na studia zależy od wielu czynników. Często niezależnych od nas. My tylko składamy dokumenty...
+ Chodzi mi bardziej o nasze życie, że tak powiem, prywatne :). Bo to akurat jest od nas zależne.
- Tu się nie mogę nie zgodzić. (Patrick Swayze - "She's like the wind") Ale może jednak lepszy byłby jasnowłosy, niebieskooki albo 'kruczoczarnowłosy' książę z bajki na białym rumaku?
+ Tak, najlepiej od razu jakiś metroseksualny typ... :/ Ile razy mam powtarzać, że to Ty jesteś moim ideałem męskiej urody, Ty mi się podobasz i Ciebie kocham?
- No widzisz, Tobie zaszczepiłem pewność siebie. A może ją raczej przeszczepiłem od siebie. Ty ją zyskałaś, ja ją straciłem. No to kolejny głupi żart w moim wykonaniu ;). Muszę się nieraz upewnić, bo to jak sen jest.
+ Sugerujesz, że jestem jak pijawka, która wyciągnęła z Ciebie pewność siebie? :)
- Jasne :P Tak jak radość życia :P.
+ Jeszcze coś? Hmmm, no cóż, zawsze mogło być gorzej. Kurcze, tak bardzo chciałabym zatrzymać tę chwilę. Tylko jak to zrobić?
- No tego nie da się zrobić. Trzeba ją przeżyć na całego, wykorzystać każdy moment życia. By nie pluć sobie później w brodę, że czegoś się nie zrobiło. A może teraz Ty zadaj jakieś pytanie?
+ Co zmieniłbyś we mnie jako pierwsze, gdybyś mógł?
- Przedłużyłbym Twoje włosy. I dodał trochę wzrostu :). To ja odbiję piłeczkę. Teraz Twoja kolej, co zmieniłabyś we mnie?
+ Przydałoby Ci się więcej wiary w siebie. I co do wyglądu to żadnych zastrzeżeń nie mam :).
- A ja bym chciał, żebyś częściej w kieckach chodziła :). No i jakbyś w butach na obcasie chodziła ;). Wam (kobietom) ładniej jest w kieckach i butach na obcasie :). Spodnie zostawcie facetom :P.
+ Ale do kiecki muszą być warunki atmosferyczne. A buty na obcasie planuję kupić w najbliższym czasie :).
- No jasne, że muszą być warunki. Na deszcz, zawieję nie zakładajcie kiecki. Ale wykorzystujcie okazje. O to apeluję :).
+ :) :*
- A teraz poważniej. Czy wierzysz w to, że pierwsza większa miłość w życiu może być i tą ostatnią, do końca?
+ Tak. Gorąco w to wierzę. I myślę, że moje uczucie do Ciebie właśnie takie jest. Wystawione było na wiele prób i mimo wszystko wyszło z nich zwycięsko :). Takie rzeczy po prostu się wie. A Ty wierzysz?
- Kiedyś w to wierzyłem, ale życie mnie przekonało, że tak nie jest. Choć może te wcześniejsze były tylko złudzeniem, zauroczeniem. Człowiek nie wiedział chyba jeszcze do końca czym jest miłość. Czas wszystko pokaże, ludzie pokażą. My pokażemy, jestem przekonany. Jak pokażemy, nie wiem... Bo czy jest to moje pierwsze uczucie? Sama dobrze wiesz, że nie. Choć na pewno jest to pierwsze uczucie odwzajemnione.
+ Wierzę, że damy radę i udowodnimy niedowiarkom, że z takiej głupiej, idealnej miłości może powstać coś trwałego i dojrzałego. No co ja mam napisać? Przecież wiesz, że liczę na wspólną przyszłość...
I nie będzie siedemnastu dopisków. Ta nota tak ma wyglądać. Pełna emocji, pełna kolokwializmów, nieliteracka. Po prostu nota na dwa głosy... A Dziennik wróci, będą reformy i wróci.
poniedziałek, 23 czerwca 2008
3:50
3:50? Cóż to może oznaczać. Nie jest to zapis dzielenia 3 przez 50, bo równie dobrze mogłem zapisać 0,06. Nie jest to też tajemny kod. To zapis godziny, o której wstałem w ostatnią sobotę. Wstałem, a nie położyłem, jak to często bywało.
Dlaczego tak wcześnie wstałem? For money, że tak użyję reklamowego zwrotu. Miały być zbiory, miał być swoisty trening przed tym, co mnie czeka już za około miesiąc. O 4:40 wsiadłem na swojego stalowego rumaka i ruszyłem ku celowi. Dotarłem, ale zrezygnowałem. Właściwie to nie zrezygnowałem, ale wyciągnąłem złe wnioski z dużej liczby ludzi zgromadzonych w miejscu docelowym. I pojechałem dalej. Nie stchórzyłem. Ot, uznałem, że trochę tych ludzi za dużo i dla mnie miejsca już zabraknie. I nie opłacało mi się o 4:50 wracać do domu, pewnie położyłbym się spać i jak zwykle spałbym do 11:00 czy jeszcze później.
Pojechałem więc dalej. Droga asfaltową, bez wielkiego celu. Ot tak, dla sportu. Przejeżdżałem przez kilka wsi, które różniły się od siebie. Jedna była bardziej rolnicza, w drugiej zaś już tego rolnictwa było jak na lekarstwo. I śpiący ludzie. A jeśli ludzie nie spali, to dziwnie patrzyli się na kudłatego rowerzystę. Może myśleli, że jadę do pracy... A ja z tej pracy "wracałem". Droga nie dłużyła się i jakoś po około czterdziestu minutach wyjechałem na drogę krajową nr 7. Po głowie chodziło mi, żeby tylko ją przeciąć i jechać w dalsze tereny, jednak zwyciężyła opcja powrotu do domu.
Dlaczego polscy kierowcy są debilami? Czy jeśli jadą samochodem i potrącą bądź przejadą jakieś zwierze, nie odczuwają tego? Tak trudno wziąć łopatkę jakąś, którą, wydaje mi się, każdy gdzieś w bagażniku ma i zgarnąć zwłoki niewinnej istoty do rowu? A tak to są rozjeżdżane, aż zostaje placek... Polskie drogi. My nie będziemy w Europie póki one nie będą bezpieczne. Bycie rowerzystą to ciężki los. Nie chcę tu generalizować (generalizowanie jest ogromnym złem tego świata), ale jest wielu kierowców, którzy myślą, że są panem i władcą drogi. I nie zbaczają na innych uczestników ruchu. Jednak mnie jakoś udało się dojechać w jednym kawałku do domu.
Była godzina 5:50. Słońce już stało dość wysoko na niebie zapowiadając kolejny ciepły dzień.
Wróciwszy do domu nie zastałem w nim ojca. Pierwsza myśl - "poszedł z psem na spacer". Nic bardziej błędnego, pies spał wygodnie na moim wyrze. Postanowiłem go wyprowadzić. Ledwo wyszedłem z klatki schodowej i zobaczyłem wynurzającego się zza winkla ojca. Wychodząc był jeszcze lekko zawiany po wcześniejszym dniu. Spotkaliśmy się w połowie drogi i on do mnie: "Daj mi psa". Wiedziałem co się święci... Już szukał pretekstu do napicia się... Odmówiłem. Wtedy zobaczyłem w jego oczach coś, czego może wcześniej nie dostrzegałem... Tę wszechogarniającą żądzę picia, alkoholu. Nawet teraz widzę przed oczami ten wzrok. Nałóg. Alkoholizm. Obym nigdy w niego nie popadł.
A po godzinie szóstej było już coraz więcej ludzi do mijania. Jakiś facet spacerował, a może wracał z jakiejś impreza. Kobieta w dresach spacerowała z psem. Czy mieli w tym jakiś cel? Pewnie nie. Wstali wcześnie i korzystali z dnia. Zupełnie jak ja.
O mocy alkoholizmu przekonałem się po powrocie. Wprawdzie ojciec umył podłogę, którą wcześniejszej nocy zalał tłuszczem, ale z worka ze śmieciami wyziewała czarna puszka piwa marki [markę przemilczę, wszak za reklamę mi nie płacą]. Fizyczny pociąg do alkoholu, straszne. I ta wewnętrzna świadomość, że trzeba się napić, że musi coś wypić. Ja też, tak jak on, lubię piwo. Ale odróżnijmy "lubię" od "muszę", "chcę" od "potrzebuję". A granica jest niekiedy cienka. I muszę uważać. Nie wiem jak to jest w opinii psychologów/psychiatrów, ale uważam, że nie mam szczególnych predyspozycji do alkoholizmu. Za wiele się napatrzyłem na skutki tego wszystkiego, na rozpad wartości, na upadek człowieka, na rozpieprzenie rodziny...
Nie robię z siebie ofiary losu! Bo zaraz ktoś "mądry" powie mi, że są ludzie w gorszej sytuacji. Oczywiście, zdaję sobie z tego sprawę bez zastrzeżeń. A ja nigdy nie robiłem z siebie ofiary losu, wielce skrzywdzonego przez los. Po prostu, przyszło mi żyć w takiej rodzinie. I tego nie zmienię, nie wyrzeknę się przecież tego człowieka. Straciłem w niego wiarę, on się chyba już nie zmieni. Chyba, słowo-klucz. Potrzeba mu chyba wstrząsu. Taki wstrząs niedługo otrzyma.
Dość jednak o nim. Jak to zawsze powtarzam - on nie świadczy o mnie, ani ja nie świadczę o nim.
I tak oto powstaje kolejna wielce nudna nota. Nota o wszystkim i o niczym. A miałem tyle pomysłów... Tylko właśnie mam ich za dużo w jednym momencie i wszystkie chciałbym zmieścić w jednej, wielotematycznej nocie, rozwlekłej jak flaki z olejem. A może tak powinienem pisać częściej, ale krócej i na jeden temat. Zobaczymy co z tego wypali.
W 2006 roku - 37 not, w 2007 - 9, a tu przez pół roku 2008 - 4. Staczam się. Nie wszystko jednak stracone. Jeśli tylko wprowadzę potrzebne zmiany wszystko wróci do normy.
Dlaczego tak wcześnie wstałem? For money, że tak użyję reklamowego zwrotu. Miały być zbiory, miał być swoisty trening przed tym, co mnie czeka już za około miesiąc. O 4:40 wsiadłem na swojego stalowego rumaka i ruszyłem ku celowi. Dotarłem, ale zrezygnowałem. Właściwie to nie zrezygnowałem, ale wyciągnąłem złe wnioski z dużej liczby ludzi zgromadzonych w miejscu docelowym. I pojechałem dalej. Nie stchórzyłem. Ot, uznałem, że trochę tych ludzi za dużo i dla mnie miejsca już zabraknie. I nie opłacało mi się o 4:50 wracać do domu, pewnie położyłbym się spać i jak zwykle spałbym do 11:00 czy jeszcze później.
Pojechałem więc dalej. Droga asfaltową, bez wielkiego celu. Ot tak, dla sportu. Przejeżdżałem przez kilka wsi, które różniły się od siebie. Jedna była bardziej rolnicza, w drugiej zaś już tego rolnictwa było jak na lekarstwo. I śpiący ludzie. A jeśli ludzie nie spali, to dziwnie patrzyli się na kudłatego rowerzystę. Może myśleli, że jadę do pracy... A ja z tej pracy "wracałem". Droga nie dłużyła się i jakoś po około czterdziestu minutach wyjechałem na drogę krajową nr 7. Po głowie chodziło mi, żeby tylko ją przeciąć i jechać w dalsze tereny, jednak zwyciężyła opcja powrotu do domu.
Dlaczego polscy kierowcy są debilami? Czy jeśli jadą samochodem i potrącą bądź przejadą jakieś zwierze, nie odczuwają tego? Tak trudno wziąć łopatkę jakąś, którą, wydaje mi się, każdy gdzieś w bagażniku ma i zgarnąć zwłoki niewinnej istoty do rowu? A tak to są rozjeżdżane, aż zostaje placek... Polskie drogi. My nie będziemy w Europie póki one nie będą bezpieczne. Bycie rowerzystą to ciężki los. Nie chcę tu generalizować (generalizowanie jest ogromnym złem tego świata), ale jest wielu kierowców, którzy myślą, że są panem i władcą drogi. I nie zbaczają na innych uczestników ruchu. Jednak mnie jakoś udało się dojechać w jednym kawałku do domu.
Była godzina 5:50. Słońce już stało dość wysoko na niebie zapowiadając kolejny ciepły dzień.
Wróciwszy do domu nie zastałem w nim ojca. Pierwsza myśl - "poszedł z psem na spacer". Nic bardziej błędnego, pies spał wygodnie na moim wyrze. Postanowiłem go wyprowadzić. Ledwo wyszedłem z klatki schodowej i zobaczyłem wynurzającego się zza winkla ojca. Wychodząc był jeszcze lekko zawiany po wcześniejszym dniu. Spotkaliśmy się w połowie drogi i on do mnie: "Daj mi psa". Wiedziałem co się święci... Już szukał pretekstu do napicia się... Odmówiłem. Wtedy zobaczyłem w jego oczach coś, czego może wcześniej nie dostrzegałem... Tę wszechogarniającą żądzę picia, alkoholu. Nawet teraz widzę przed oczami ten wzrok. Nałóg. Alkoholizm. Obym nigdy w niego nie popadł.
A po godzinie szóstej było już coraz więcej ludzi do mijania. Jakiś facet spacerował, a może wracał z jakiejś impreza. Kobieta w dresach spacerowała z psem. Czy mieli w tym jakiś cel? Pewnie nie. Wstali wcześnie i korzystali z dnia. Zupełnie jak ja.
O mocy alkoholizmu przekonałem się po powrocie. Wprawdzie ojciec umył podłogę, którą wcześniejszej nocy zalał tłuszczem, ale z worka ze śmieciami wyziewała czarna puszka piwa marki [markę przemilczę, wszak za reklamę mi nie płacą]. Fizyczny pociąg do alkoholu, straszne. I ta wewnętrzna świadomość, że trzeba się napić, że musi coś wypić. Ja też, tak jak on, lubię piwo. Ale odróżnijmy "lubię" od "muszę", "chcę" od "potrzebuję". A granica jest niekiedy cienka. I muszę uważać. Nie wiem jak to jest w opinii psychologów/psychiatrów, ale uważam, że nie mam szczególnych predyspozycji do alkoholizmu. Za wiele się napatrzyłem na skutki tego wszystkiego, na rozpad wartości, na upadek człowieka, na rozpieprzenie rodziny...
Nie robię z siebie ofiary losu! Bo zaraz ktoś "mądry" powie mi, że są ludzie w gorszej sytuacji. Oczywiście, zdaję sobie z tego sprawę bez zastrzeżeń. A ja nigdy nie robiłem z siebie ofiary losu, wielce skrzywdzonego przez los. Po prostu, przyszło mi żyć w takiej rodzinie. I tego nie zmienię, nie wyrzeknę się przecież tego człowieka. Straciłem w niego wiarę, on się chyba już nie zmieni. Chyba, słowo-klucz. Potrzeba mu chyba wstrząsu. Taki wstrząs niedługo otrzyma.
Dość jednak o nim. Jak to zawsze powtarzam - on nie świadczy o mnie, ani ja nie świadczę o nim.
I tak oto powstaje kolejna wielce nudna nota. Nota o wszystkim i o niczym. A miałem tyle pomysłów... Tylko właśnie mam ich za dużo w jednym momencie i wszystkie chciałbym zmieścić w jednej, wielotematycznej nocie, rozwlekłej jak flaki z olejem. A może tak powinienem pisać częściej, ale krócej i na jeden temat. Zobaczymy co z tego wypali.
W 2006 roku - 37 not, w 2007 - 9, a tu przez pół roku 2008 - 4. Staczam się. Nie wszystko jednak stracone. Jeśli tylko wprowadzę potrzebne zmiany wszystko wróci do normy.
środa, 4 czerwca 2008
Kim jestem - jestem sobie
Tytuł niniejszej noty jest tytułem utworu Dżemu, a także tytułem rozdziału z książki o tymże zespole - "Ballady o dziwnym zespole". Tekstu piosenki przytaczał nie będę, któż jest zainteresowanym zapoznaniem z nim, ten się zapozna. Natomiast pokrótce objaśnię sens, treść rozdziału książki. Otóż są to swoiste ankiety personalne muzyków Dżemu - od Ryśka Riedla przez Pawła Bergera, Adama i Bena Otrębów, aż po Jerzego Styczyńskiego i Jacka Dewódzkiego. Wszyscy odpowiadali na te same pytania dotyczące różnych dziedzin życia. Zaczerpnąłem więc pomysł i także odpowiem na pytania z rozdziału "Kim jestem - jestem sobie".
Marcin Adam Albert S.
Rodzice - Bożena i Ryszard. Cóż więcej o nich mogę napisać. Większość szanownych czytelników wie jak to jest z tym moim ojcem. O matce zaś złego słowa nie powiem.
Urodzony 8 grudnia 1989 roku w Nidzicy. Tego samego dnia, kilkadziesiąt lat wcześniej wydano "Mein Kampf" a kilka lat później rozpoczęło działalność Radio Maryja. Taki ładny komplecik.
Znak zodiaku - Strzelec. Różnorakie horoskopy i inne charakterystyki tego znaku zodiaku pasują i do mnie. W dużej części, nie w całości. Z jednym z napotkanych opisów się nie zgadzam absolutnie: nie jestem racjonalny i nie kieruję się w życiu rozumem.
Rodzeństwo - brat Michał (pięć lat starszy). Najlepszy z moich przyjaciół. Zawsze szczery w stosunku do mnie. Gasi moje niepotrzebne zapały, podbudowuje te godne zachodu.
Samotny od zawsze. Nigdy nie miałem kogoś... Wszystkie te moje miłości okazywały się epizodami. Nic nie znaczyły w życiu osoby drugiej, we mnie zostawiając natomiast nieodwracalne, nie do zapomnienia wspomnienia. Dla mnie to było coś zawsze wielkiego... Pozostaje tylko nadzieja, że od zawsze nie będzie tak na zawsze...
Wzrost - 182 cm. Wysoki nie, niski także nie. Ot taki, średniego wzrostu.
Najmilsze wspomnienia z dzieciństwa - ta beztroska. Człowiek się niczym nie martwił, bał się ciemności na klatce schodowej, ale gdy mamuśka zapalała światło to wszystko było dobrze. Choć najgorsze było, gdy to światło gasło w połowie drogi do domu. Dziś lubię nieraz po ciemku zejść... I gdy człowiek był młodszy to niczym się nie martwił. Wszystko było proste, łatwe. Nie było tyle zła na tym świecie. Było lepiej.
Najgorsze wspomnienia z dzieciństwa - śmierć dziadka, pierwszy pogrzeb w moim życiu. Fakt, miałem już ze 12, może 13 lat, ale nie byłem dorosły. Poza tym szopka, którą odwalono na pogrzebie. No i widok zalanego ojca. Do tego idzie się przyzwyczaić.
Bohaterowie lat dziecinnych - Strażnik Teksasu, zawsze sprawiedliwy, zawsze zwyciężał. Lucky Luck, patrz wyżej. Choć to prawdę powiedziawszy trochę naciągani bohaterowie. Nie było chyba ich jakoś w moim dzieciństwie. Zwykłe to było dzieciństwo. Wolałem ganiać za piłką niż myśleć o bohaterach. Choć jeszcze była też i u mnie moda na Power Rangers. Ale to szkoda gadać.
Będąc dzieckiem chciałem zostać strażak i policjantem chyba nie. Nie lubiłem strzelanin, pistoletów. Myślałem, że jak w filmie się zabijają to jest to tak naprawdę... To Stallone czy inny Schwarzenegger musieliby mieć 1000 żyć.
Ulubione przedmioty szkolne - historia, wos - pasja. Rozwijana dzięki dobrym pedagogom. Nie gardziłem geografią, podróże palcem po mapie to było coś.
Znienawidzone przedmioty szkolne - takich chyba nie było. Każdy dało się przeboleć, każdego nauczyciela przejść. Edukacja zmorą mą nie była. I chyba nagle na studiach nie zacznie nią być.
Ostatnia ukończona szkoła - Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Wyspiańskiego w Nidzicy.
Ideał muzyczny - wielu ich jest. Ale największym i niedościgłym jest Ryszard Riedel.
Zespół marzeń - nie określę składu krok po kroku, nie wymienię członków. Byłby to mix wielu czynników, wielu postaci, zespołów. Mieszanina Dżemu, Nirvany, Republiki, DAABu i wielu, wielu innych. Pewnie wybuchową byłaby ta mieszanka. Wybuchem świetnej muzyki.
Ulubieni wykonawcy zagraniczni - Queen, Nirvana, Iron Maiden, Pink Floyd, Guns N'Roses, Rammstein, Led Zeppelin, Metallica. Na tylu poprzestanę. A jest ich znowuż wiele, wiele więcej. Każdy zespół z wymienionych cenię za coś innego. Najczęściej jednak są to zespoły charyzmatyczne, które mają te swoistą iskrę do gry, porywają tłumy (jedne w większym, drugie w mniejszym stopniu) lub, niestety, porywały...
Ulubieni wykonawcy polscy - i znów wymienić to wszystko ciężko, bo coś pominę. Odsyłam do strony http://www.last.fm/user/skibi/. Może i idę na łatwiznę, ale po cóż przepisywać, gdy oto jest skarbnica wiedzy o gustach muzycznych moich.
Ulubione utwory zagraniczne - wg last.fm jest to "Somebody to love" zespołu Queen. I chyba tak jest. To jest swoisty hymn mojego życia. Jednocześnie trochę smutny, ale też pełen nadziei. Bo i ja jestem człowiekiem pełnym nadziei. Kiedyś musi być dobrze.
Ulubione utwory polskie - napisać mogę, że wszystko Dżemu, ale jeśli coś spoza Dżemu to "Dorosłe dzieci" Turbo, Raz Dwa Trzy "Jutro możemy być szczęśliwi" i wiele innych. Ciężko wybrać cokolwiek.
Ulubione płyty zagraniczne - "MTV Unplugged" Nirvany, Pink Floyd "The Wall", Pearl Jam "Ten", "MTV Unplugged" Alice in Chains
Ulubione płyty polskie - znów mógłbym napisać, że cały Dżem z Ryśkiem Riedlem. Ponadto dodam do tego dyskografię DAABu.
Najwspanialszy koncert - Na niewielu miałem okazję w swoim życiu być. Nie wytypuję jednego. Te największe jeszcze przede mną.
Ulubiony wideoklip - Też nie mam jednoznacznego typu... Ciężko wybrać. Jest wiele dobrych wideoklipów. Z pewnością do tych wybitnych, a jednocześnie prostych zaliczę teledysk DAABu "W moim ogrodzie"
Muzyka jakiej nie cierpię - puste łupucupu... muzyka bez żadnego przekazu, bez większego sensu. Nie ma określonego gatunku muzycznego, który uważam za szczególnie "zły". W każdym gatunku muzycznym znajdzie się coś dobrego.
Ulubione filmy zagraniczne - "Forrest Gump", "Truman Show", "Requiem dla snu"
Ulubione filmy polskie - "Seksmisja", "Dzień świra"
Ulubione aktorki zagraniczne, Ulubione aktorki polskie - kolejne kategorie, w których nie mam jednoznacznych typów.
Ulubieni aktorzy zagraniczni - Tom Hanks, Jim Carrey - pierwszy za "Forresta Gumpa", drugi za "Truman Show"
Ulubieni aktorzy polscy - Bogusław Linda, Cezary Pazura, Marek Kondrat. Pazura z tego wcześniejszego okresu, teraz bowiem wala się gdzieś facet po teleturniejach...
Ulubiona książka - "Ballada o dziwnym zespole"
Ulubieni pisarze - Znów brak jednoznacznego typu.
Ulubiony bohater historyczny lub literacki - Raskolnikow i Lucky Luck.
Ulubiona epoka historyczna - Nowożytność.
Sport, jaki uprawia - piłka nożna, 'kolarstwo'.
Ulubiony sport - piłka nożna najbardziej ulubionym sportem jest dla mnie. Jakoś tak od zawsze miałem do niej zamiłowanie. I do grania i do oglądania w telewizji.
Ulubiony sportowiec - Jest kilka typów, ale pierwszym takim idolem sportowym był dla mnie Edgar Davids, a to chyba za sprawą okularów i niebanalnych umiejętności. Ale chyba okulary decydowały.
Ulubiona drużyna - FC Barcelona. Nic mnie z tej miłości nie wyleczy. Kiedyś sympatyzowałem z Manchesterem United, ale teraz jest mi ta drużyna już raczej obojętna. Choć i tak ucieszył mnie ich triumf w Lidze Mistrzów 2007/08.
Ulubiona gra karciana - nie ma takiej. W karty gram/grałem rzadko i to tylko okazjonalnie. A z gier umiem grać w makao, tysiąca i wojnę rzecz jasna.
Ulubione programy telewizyjne - sportowe, naukowe (ale przedstawiające naukę z bardziej normalnej strony, a nie od strony nadętych magisterków gadających nudne twierdzenia).
Prasa, którą czytam - Przed nadejściem ery internetu w domu czytałem nałogowo "Piłkę Nożną", "Piłkę Nożną Plus". Z czasem jednak oba tytułu zaczynały obniżać swe loty, a i mnie przestały być potrzebne. Źródłem wiedzy o piłce jest internet. I zostaje te kilka złotych w kieszeni, zaoszczędzone na gazetach.
Ulubiony polityk - Chyba takiego nie ma. To wszystko to jedno wielkie bagno, a oni wszyscy są w tym umoczeni po uszy. Ale nie, jeden polityk jest, do którego pałam sympatią i prawdziwie go podziwiam - Władysław Bartoszewski. To jest człowiek prawdziwego honoru i erudycji w tym półświatku.
Najbardziej nielubiani politycy - Nazwiskami jechał nie będę. Chyba ich wszystko za coś nie lubię... Zakłamane, zaplute darmozjady... Za publiczne pieniądze się wszyscy, wszyscy, bez wyjątku pławią w luksusach...
Ulubione napoje - Piwo. Najlepszy jest Specjal. Obowiązkowo z butelki. Puszka to ostateczność. Od soków rzecz jasna też nie stronię. I herbatą nie pogardzę.
Ulubione potrawy - Sosy z makaronem, najlepiej własnej roboty. Lubię kulinarne eksperymenty, kombinowanie ze smakami. Mam to chyba w genach po matce. I do kuchni mnie ciągnie nie tylko by jeść, ale także by gotować. Z rzeczy, których sam nie robię, ubóstwiam fasolkę po bretońsku.
Ulubione desery - słodkich rzeczy, niestety, raczej nie odmawiam. A sam wiem, że to jest nie zawsze zdrowe...
Ulubione owoce - banany i pomarańcze. Jabłka też nie są złe, choć nie są moimi ulubionymi. Mandarynki też mogę wsuwać kilogramami.
Ulubione kolory - czerń, czerwień, zieleń. Czerń - trochę mroku. I nie brudzi się tak szybko ;). Czerwień - wyrazistość, kolor niewątpliwie ciepły. Zielony - kolor nadziei.
Ulubiona pora roku - Każda ma w sobie coś dobrego, ale chyba lato najlepsze. Choć obecnie lato nie jest już takie jak jeszcze niedawno. Trąby powietrzne, upał +40 stopni... Oj zmienia się klimat nam...
Ulubione spędzanie wolnego czasu - kucharzenie, rozmowy, niestety komputer (pieprzony złodziej czasu). Aktywniej to rower, piłka nożna.
Hobby - Ktoś by powiedział: marudzenie. Ktoś: lenistwo. Inny jeszcze: szukanie dziury w całym. Nie mam jednego, określonego hobby. Uwielbiam muzykę. Długie godziny słuchania różnorakich utworów.
Gdzie najchętniej spędzam wakacje - na łonie natury wśród przyjaciół.
Dokąd chciałbym pojechać - do Barcelony, na Camp Nou. I zwiedzić świat ogólnie. Poznać różne kraje, różne kultury.
Na co wydałbym milion dolarów - Nie mam tyle pieniędzy i pewnie miał nie będę. Nie wiem więc jakbym na nie zareagowałem. Chciałbym podzielić się nimi z ludźmi, a jednocześnie spełnić swoje własne marzenia.
Samochód, jakim jeżdżę - Nie ma takiego. I jak na razie nie planuję by takowy miał się pojawić. Nie jest mi potrzebny.
Samochód, jakim chciałbym jeździć - Patrz wyżej. Nie wiem co los przyniesie. Auta marzeń nie mam. Będę jeździł tym, co będę miał.
Cecha, którą u siebie cenię - Chyba to, że potrafię się przyznać do błędu. A popełniam ich w swoim życiu wiele. Jednak zawsze staram się naprawić jeśli coś zepsułem.
Cecha, której w sobie nie lubię - Nieraz ta agresja, która we mnie wstępuje. Poza tym jestem furiatem, mam gorącą głowę. I jeśli tego nie zmienię, to w życiu będzie. I to pieprzone rozpamiętywanie, analizowanie wszystkiego. Do jasnej cholery! Było minęło! A do mnie to nie dociera... I się sam wtedy truję. Oby wyjazd mi pomógł, bo jak on nie pomoże, to nic chyba nie da rady na tę debilną cechę. I brak wiary w siebie też jest moją przywarą, którą muszę zmienić. Pora uwierzyć w siebie.
Cecha, którą cenię u innych - szczerość do bólu, umiejętność i chęć wysłuchania.
Cecha, która drażni mnie u innych - brak wiary w miłość, zakłamanie. Jak można nie wierzyć w miłość? W jej istnienie... Ludzie tak sobie pieprzą, dopóki nie spotkają w końcu kogoś, kto będzie dla nich księciem/księżniczką z bajki. Wtedy znów "wierzą"...
Komu nie podałbym ręki - Nie ma takiej osoby. Dlaczego niby miałbym komuś nie podać ręki? Każdy jest godzien tego by okazać mu choć minimum szacunku, nawet jeśli ten ktoś nie szanuje nas...
Czego obawiam się najbardziej - śmierci najbliższych i samotności. Samotności nie tylko w sensie braku kobiety, ale także samotności jako braku bliskich ludzi, braku przyjaciół.
Najprzyjemniejsze zdarzenie w życiu - świadomość bycia kochanym ze wzajemnością. Przeżywana przeze mnie krótko, ale zawsze to było coś pięknego. Szkoda, że zawsze się kończyło.
Najmniej przyjemne zdarzenie w życiu - samotność, utrata bliskich, świadomość śmierci uczucia.
Najmilszy otrzymany prezent - wierzę, że takowy dopiero otrzymam.
Największy ubaw - Jakiegoś konkretnego nie wymienię. Na pewno przeżywany wspólnie z ludźmi.
Największe marzenie - Być szczęśliwym u boku dziewczyny/kobiety, możliwość realizacji swoich marzeń. Trochę to masło maślane, ale chyba ma sens... Chciałbym kiedyś móc swoje marzenia urzeczywistnić.
Ideał kobiety - Ideałów nie ma!
Z kim chciałbym zjeść kolację - z Ryśkiem Riedlem. Choć pewnie skończyłoby się na piwie albo winie. Ale gdybym tylko mógł z nim zamienić kilka słów...
Najpiękniejszy sen - koniec wszelkiej samotności.
Najbardziej koszmarny sen - wszechogarniająca samotność.
Najdziwniejszy sen - Unieruchomienie, odrętwienie, zero możliwości ruchu.
Co jest dla mnie w życiu najważniejsze - Żyć w zgodzie z własnym sumieniem, starać się zrobić coś dla innych, choćby nieraz. Nie muszę zaraz zdobywać szczytów. Małymi krokami wejdę tam szybciej.
Życiowe kredo - Żyj tak, byś zawsze mógł spojrzeć sobie w twarz w lustrze. I jeszcze wiele innych zasad, które staram się przekazać w tym grafomańskim dzienniku/blogu/whatever...
Nota wybitnie grafomańska (tak jakby inne nie były...), choć daje jakiś tam obraz mój. Życzę cierpliwości przy czytaniu. I czas na zmiany, czas na powrót mojej twórczości. Jeśli nie pisanej dla czytelników, to choćby dla samego siebie, dla potomności. Non omnis moriar.
Marcin Adam Albert S.
Rodzice - Bożena i Ryszard. Cóż więcej o nich mogę napisać. Większość szanownych czytelników wie jak to jest z tym moim ojcem. O matce zaś złego słowa nie powiem.
Urodzony 8 grudnia 1989 roku w Nidzicy. Tego samego dnia, kilkadziesiąt lat wcześniej wydano "Mein Kampf" a kilka lat później rozpoczęło działalność Radio Maryja. Taki ładny komplecik.
Znak zodiaku - Strzelec. Różnorakie horoskopy i inne charakterystyki tego znaku zodiaku pasują i do mnie. W dużej części, nie w całości. Z jednym z napotkanych opisów się nie zgadzam absolutnie: nie jestem racjonalny i nie kieruję się w życiu rozumem.
Rodzeństwo - brat Michał (pięć lat starszy). Najlepszy z moich przyjaciół. Zawsze szczery w stosunku do mnie. Gasi moje niepotrzebne zapały, podbudowuje te godne zachodu.
Samotny od zawsze. Nigdy nie miałem kogoś... Wszystkie te moje miłości okazywały się epizodami. Nic nie znaczyły w życiu osoby drugiej, we mnie zostawiając natomiast nieodwracalne, nie do zapomnienia wspomnienia. Dla mnie to było coś zawsze wielkiego... Pozostaje tylko nadzieja, że od zawsze nie będzie tak na zawsze...
Wzrost - 182 cm. Wysoki nie, niski także nie. Ot taki, średniego wzrostu.
Najmilsze wspomnienia z dzieciństwa - ta beztroska. Człowiek się niczym nie martwił, bał się ciemności na klatce schodowej, ale gdy mamuśka zapalała światło to wszystko było dobrze. Choć najgorsze było, gdy to światło gasło w połowie drogi do domu. Dziś lubię nieraz po ciemku zejść... I gdy człowiek był młodszy to niczym się nie martwił. Wszystko było proste, łatwe. Nie było tyle zła na tym świecie. Było lepiej.
Najgorsze wspomnienia z dzieciństwa - śmierć dziadka, pierwszy pogrzeb w moim życiu. Fakt, miałem już ze 12, może 13 lat, ale nie byłem dorosły. Poza tym szopka, którą odwalono na pogrzebie. No i widok zalanego ojca. Do tego idzie się przyzwyczaić.
Bohaterowie lat dziecinnych - Strażnik Teksasu, zawsze sprawiedliwy, zawsze zwyciężał. Lucky Luck, patrz wyżej. Choć to prawdę powiedziawszy trochę naciągani bohaterowie. Nie było chyba ich jakoś w moim dzieciństwie. Zwykłe to było dzieciństwo. Wolałem ganiać za piłką niż myśleć o bohaterach. Choć jeszcze była też i u mnie moda na Power Rangers. Ale to szkoda gadać.
Będąc dzieckiem chciałem zostać strażak i policjantem chyba nie. Nie lubiłem strzelanin, pistoletów. Myślałem, że jak w filmie się zabijają to jest to tak naprawdę... To Stallone czy inny Schwarzenegger musieliby mieć 1000 żyć.
Ulubione przedmioty szkolne - historia, wos - pasja. Rozwijana dzięki dobrym pedagogom. Nie gardziłem geografią, podróże palcem po mapie to było coś.
Znienawidzone przedmioty szkolne - takich chyba nie było. Każdy dało się przeboleć, każdego nauczyciela przejść. Edukacja zmorą mą nie była. I chyba nagle na studiach nie zacznie nią być.
Ostatnia ukończona szkoła - Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Wyspiańskiego w Nidzicy.
Ideał muzyczny - wielu ich jest. Ale największym i niedościgłym jest Ryszard Riedel.
Zespół marzeń - nie określę składu krok po kroku, nie wymienię członków. Byłby to mix wielu czynników, wielu postaci, zespołów. Mieszanina Dżemu, Nirvany, Republiki, DAABu i wielu, wielu innych. Pewnie wybuchową byłaby ta mieszanka. Wybuchem świetnej muzyki.
Ulubieni wykonawcy zagraniczni - Queen, Nirvana, Iron Maiden, Pink Floyd, Guns N'Roses, Rammstein, Led Zeppelin, Metallica. Na tylu poprzestanę. A jest ich znowuż wiele, wiele więcej. Każdy zespół z wymienionych cenię za coś innego. Najczęściej jednak są to zespoły charyzmatyczne, które mają te swoistą iskrę do gry, porywają tłumy (jedne w większym, drugie w mniejszym stopniu) lub, niestety, porywały...
Ulubieni wykonawcy polscy - i znów wymienić to wszystko ciężko, bo coś pominę. Odsyłam do strony http://www.last.fm/user/skibi/. Może i idę na łatwiznę, ale po cóż przepisywać, gdy oto jest skarbnica wiedzy o gustach muzycznych moich.
Ulubione utwory zagraniczne - wg last.fm jest to "Somebody to love" zespołu Queen. I chyba tak jest. To jest swoisty hymn mojego życia. Jednocześnie trochę smutny, ale też pełen nadziei. Bo i ja jestem człowiekiem pełnym nadziei. Kiedyś musi być dobrze.
Ulubione utwory polskie - napisać mogę, że wszystko Dżemu, ale jeśli coś spoza Dżemu to "Dorosłe dzieci" Turbo, Raz Dwa Trzy "Jutro możemy być szczęśliwi" i wiele innych. Ciężko wybrać cokolwiek.
Ulubione płyty zagraniczne - "MTV Unplugged" Nirvany, Pink Floyd "The Wall", Pearl Jam "Ten", "MTV Unplugged" Alice in Chains
Ulubione płyty polskie - znów mógłbym napisać, że cały Dżem z Ryśkiem Riedlem. Ponadto dodam do tego dyskografię DAABu.
Najwspanialszy koncert - Na niewielu miałem okazję w swoim życiu być. Nie wytypuję jednego. Te największe jeszcze przede mną.
Ulubiony wideoklip - Też nie mam jednoznacznego typu... Ciężko wybrać. Jest wiele dobrych wideoklipów. Z pewnością do tych wybitnych, a jednocześnie prostych zaliczę teledysk DAABu "W moim ogrodzie"
Muzyka jakiej nie cierpię - puste łupucupu... muzyka bez żadnego przekazu, bez większego sensu. Nie ma określonego gatunku muzycznego, który uważam za szczególnie "zły". W każdym gatunku muzycznym znajdzie się coś dobrego.
Ulubione filmy zagraniczne - "Forrest Gump", "Truman Show", "Requiem dla snu"
Ulubione filmy polskie - "Seksmisja", "Dzień świra"
Ulubione aktorki zagraniczne, Ulubione aktorki polskie - kolejne kategorie, w których nie mam jednoznacznych typów.
Ulubieni aktorzy zagraniczni - Tom Hanks, Jim Carrey - pierwszy za "Forresta Gumpa", drugi za "Truman Show"
Ulubieni aktorzy polscy - Bogusław Linda, Cezary Pazura, Marek Kondrat. Pazura z tego wcześniejszego okresu, teraz bowiem wala się gdzieś facet po teleturniejach...
Ulubiona książka - "Ballada o dziwnym zespole"
Ulubieni pisarze - Znów brak jednoznacznego typu.
Ulubiony bohater historyczny lub literacki - Raskolnikow i Lucky Luck.
Ulubiona epoka historyczna - Nowożytność.
Sport, jaki uprawia - piłka nożna, 'kolarstwo'.
Ulubiony sport - piłka nożna najbardziej ulubionym sportem jest dla mnie. Jakoś tak od zawsze miałem do niej zamiłowanie. I do grania i do oglądania w telewizji.
Ulubiony sportowiec - Jest kilka typów, ale pierwszym takim idolem sportowym był dla mnie Edgar Davids, a to chyba za sprawą okularów i niebanalnych umiejętności. Ale chyba okulary decydowały.
Ulubiona drużyna - FC Barcelona. Nic mnie z tej miłości nie wyleczy. Kiedyś sympatyzowałem z Manchesterem United, ale teraz jest mi ta drużyna już raczej obojętna. Choć i tak ucieszył mnie ich triumf w Lidze Mistrzów 2007/08.
Ulubiona gra karciana - nie ma takiej. W karty gram/grałem rzadko i to tylko okazjonalnie. A z gier umiem grać w makao, tysiąca i wojnę rzecz jasna.
Ulubione programy telewizyjne - sportowe, naukowe (ale przedstawiające naukę z bardziej normalnej strony, a nie od strony nadętych magisterków gadających nudne twierdzenia).
Prasa, którą czytam - Przed nadejściem ery internetu w domu czytałem nałogowo "Piłkę Nożną", "Piłkę Nożną Plus". Z czasem jednak oba tytułu zaczynały obniżać swe loty, a i mnie przestały być potrzebne. Źródłem wiedzy o piłce jest internet. I zostaje te kilka złotych w kieszeni, zaoszczędzone na gazetach.
Ulubiony polityk - Chyba takiego nie ma. To wszystko to jedno wielkie bagno, a oni wszyscy są w tym umoczeni po uszy. Ale nie, jeden polityk jest, do którego pałam sympatią i prawdziwie go podziwiam - Władysław Bartoszewski. To jest człowiek prawdziwego honoru i erudycji w tym półświatku.
Najbardziej nielubiani politycy - Nazwiskami jechał nie będę. Chyba ich wszystko za coś nie lubię... Zakłamane, zaplute darmozjady... Za publiczne pieniądze się wszyscy, wszyscy, bez wyjątku pławią w luksusach...
Ulubione napoje - Piwo. Najlepszy jest Specjal. Obowiązkowo z butelki. Puszka to ostateczność. Od soków rzecz jasna też nie stronię. I herbatą nie pogardzę.
Ulubione potrawy - Sosy z makaronem, najlepiej własnej roboty. Lubię kulinarne eksperymenty, kombinowanie ze smakami. Mam to chyba w genach po matce. I do kuchni mnie ciągnie nie tylko by jeść, ale także by gotować. Z rzeczy, których sam nie robię, ubóstwiam fasolkę po bretońsku.
Ulubione desery - słodkich rzeczy, niestety, raczej nie odmawiam. A sam wiem, że to jest nie zawsze zdrowe...
Ulubione owoce - banany i pomarańcze. Jabłka też nie są złe, choć nie są moimi ulubionymi. Mandarynki też mogę wsuwać kilogramami.
Ulubione kolory - czerń, czerwień, zieleń. Czerń - trochę mroku. I nie brudzi się tak szybko ;). Czerwień - wyrazistość, kolor niewątpliwie ciepły. Zielony - kolor nadziei.
Ulubiona pora roku - Każda ma w sobie coś dobrego, ale chyba lato najlepsze. Choć obecnie lato nie jest już takie jak jeszcze niedawno. Trąby powietrzne, upał +40 stopni... Oj zmienia się klimat nam...
Ulubione spędzanie wolnego czasu - kucharzenie, rozmowy, niestety komputer (pieprzony złodziej czasu). Aktywniej to rower, piłka nożna.
Hobby - Ktoś by powiedział: marudzenie. Ktoś: lenistwo. Inny jeszcze: szukanie dziury w całym. Nie mam jednego, określonego hobby. Uwielbiam muzykę. Długie godziny słuchania różnorakich utworów.
Gdzie najchętniej spędzam wakacje - na łonie natury wśród przyjaciół.
Dokąd chciałbym pojechać - do Barcelony, na Camp Nou. I zwiedzić świat ogólnie. Poznać różne kraje, różne kultury.
Na co wydałbym milion dolarów - Nie mam tyle pieniędzy i pewnie miał nie będę. Nie wiem więc jakbym na nie zareagowałem. Chciałbym podzielić się nimi z ludźmi, a jednocześnie spełnić swoje własne marzenia.
Samochód, jakim jeżdżę - Nie ma takiego. I jak na razie nie planuję by takowy miał się pojawić. Nie jest mi potrzebny.
Samochód, jakim chciałbym jeździć - Patrz wyżej. Nie wiem co los przyniesie. Auta marzeń nie mam. Będę jeździł tym, co będę miał.
Cecha, którą u siebie cenię - Chyba to, że potrafię się przyznać do błędu. A popełniam ich w swoim życiu wiele. Jednak zawsze staram się naprawić jeśli coś zepsułem.
Cecha, której w sobie nie lubię - Nieraz ta agresja, która we mnie wstępuje. Poza tym jestem furiatem, mam gorącą głowę. I jeśli tego nie zmienię, to w życiu będzie. I to pieprzone rozpamiętywanie, analizowanie wszystkiego. Do jasnej cholery! Było minęło! A do mnie to nie dociera... I się sam wtedy truję. Oby wyjazd mi pomógł, bo jak on nie pomoże, to nic chyba nie da rady na tę debilną cechę. I brak wiary w siebie też jest moją przywarą, którą muszę zmienić. Pora uwierzyć w siebie.
Cecha, którą cenię u innych - szczerość do bólu, umiejętność i chęć wysłuchania.
Cecha, która drażni mnie u innych - brak wiary w miłość, zakłamanie. Jak można nie wierzyć w miłość? W jej istnienie... Ludzie tak sobie pieprzą, dopóki nie spotkają w końcu kogoś, kto będzie dla nich księciem/księżniczką z bajki. Wtedy znów "wierzą"...
Komu nie podałbym ręki - Nie ma takiej osoby. Dlaczego niby miałbym komuś nie podać ręki? Każdy jest godzien tego by okazać mu choć minimum szacunku, nawet jeśli ten ktoś nie szanuje nas...
Czego obawiam się najbardziej - śmierci najbliższych i samotności. Samotności nie tylko w sensie braku kobiety, ale także samotności jako braku bliskich ludzi, braku przyjaciół.
Najprzyjemniejsze zdarzenie w życiu - świadomość bycia kochanym ze wzajemnością. Przeżywana przeze mnie krótko, ale zawsze to było coś pięknego. Szkoda, że zawsze się kończyło.
Najmniej przyjemne zdarzenie w życiu - samotność, utrata bliskich, świadomość śmierci uczucia.
Najmilszy otrzymany prezent - wierzę, że takowy dopiero otrzymam.
Największy ubaw - Jakiegoś konkretnego nie wymienię. Na pewno przeżywany wspólnie z ludźmi.
Największe marzenie - Być szczęśliwym u boku dziewczyny/kobiety, możliwość realizacji swoich marzeń. Trochę to masło maślane, ale chyba ma sens... Chciałbym kiedyś móc swoje marzenia urzeczywistnić.
Ideał kobiety - Ideałów nie ma!
Z kim chciałbym zjeść kolację - z Ryśkiem Riedlem. Choć pewnie skończyłoby się na piwie albo winie. Ale gdybym tylko mógł z nim zamienić kilka słów...
Najpiękniejszy sen - koniec wszelkiej samotności.
Najbardziej koszmarny sen - wszechogarniająca samotność.
Najdziwniejszy sen - Unieruchomienie, odrętwienie, zero możliwości ruchu.
Co jest dla mnie w życiu najważniejsze - Żyć w zgodzie z własnym sumieniem, starać się zrobić coś dla innych, choćby nieraz. Nie muszę zaraz zdobywać szczytów. Małymi krokami wejdę tam szybciej.
Życiowe kredo - Żyj tak, byś zawsze mógł spojrzeć sobie w twarz w lustrze. I jeszcze wiele innych zasad, które staram się przekazać w tym grafomańskim dzienniku/blogu/whatever...
Nota wybitnie grafomańska (tak jakby inne nie były...), choć daje jakiś tam obraz mój. Życzę cierpliwości przy czytaniu. I czas na zmiany, czas na powrót mojej twórczości. Jeśli nie pisanej dla czytelników, to choćby dla samego siebie, dla potomności. Non omnis moriar.
poniedziałek, 24 marca 2008
Paw
W mym sercu jest pamięć o człowieku,
który w swym życiu przeszedł wiele dróg,
lecz na żadnej z nich,
nigdy nie spotkał prawdziwego przyjaciela.
DAAB - Do plasticka
Od razu rozwiewam spekulacje - nie jest to tekst, który identyfikuję jako tekst dotyczący mojego losu. Ja bowiem mam przyjaciela. Piszę przyjaciela. To liczba pojedyncza. A przyjaciół mam kilku. Dlaczego więc piszę o nich jako o jednym?
Jeszcze nie tak dawno, kilka miesięcy, może rok temu moje życie wyglądało jak w cytacie ze "Złotego Pawia" Dżemu:
I przyjaciół wielu otaczało mnie.
Nie byłem sam, o nie, nie byłem sam.
Przyjaciół wielu? Tu przyznaję rację tym, którzy przestrzegali mnie przed szafowaniem słowem "przyjaciel". Nie wiem cóż zawiodło... Być może to ludzie nie podołali jakimś "obowiązkom", które niesie za sobą bycie przyjacielem. A być może wina leży we mnie i w moim sposobie postrzegania świata. Dziś zaś świat wygląda w myśl dalszej części "Złotego Pawia":
Pewnej nocy prysnął czar.
Ptak nie znosił już złotych jaj.
Trefne karty rozdał los, więc przegrałem partię z nim.
A życie, toczyło się dalej.
Jakieś dziwne koleje losu wszystko zmieniły. Jednocześnie tym "czarem", który prysł mogę nazwać te stare dzieje, te piękne chwile wiadomo z kim... Bo oto Rysiek jeszcze dalej śpiewał:
Ładnych kilka długich lat minęło od tej nocy,
której nigdy nie, nie zapomnę mu.
Siedzę teraz sam w ogrodzie,
Wśród umarłych kwiatów.
Nikt już nie, nikt już nie odwiedza mnie.
Czasem tylko przyjdzie on,
Czasem tylko przyjdzie on - piękny,
Czasem tylko przyjdzie on - piękny, dumny
Jak to paw, jak to zwykle paw.
Oto te wspomnienia czasów minionych są jak ten Paw. Przychodzą do mojego ogrodu czasem. Przynoszą jednocześnie swego rodzaju radość, ale także ból. Ból rozdrapywanych ran. Bo nic chyba nie wróci mnie, nas do roku 2006... Matko jedyna, jak to już dawno. A mnie nadal zdarza się, że sytuacje z listopada, grudnia stają mi przed oczyma jako żywe. I osoby w nie zaangażowane nigdy nie będą dla mnie kimś zwykłym, przypadkowym przechodniem. Czy jest to coś szczególnego? Nie wiem, wydaje mi się, że każdy ma jakieś wydarzenia, do których będzie wracał. U mnie jest jednak to złe, że za dużo wspominam i za dużo rozmyślam. To po prostu nie pozwala iść do przodu, skupić się na działaniu. I muszę to przezwyciężyć.
Muszę to przezwyciężyć wraz z przyjaciółmi. Jest ich mniej, ale są pewniejsi. A "przełom w świecie przyjaźni" przyszedł w samą porę. Teraz bowiem czekają mnie same przełomy - matura, potem wakacyjny wyjazd i powrót na studia. Z niektórymi po prostu drogi rozeszły się zawczasu. Zobaczymy jak będzie z innymi. Świat jest mały, z pewnością wracał będę do domu. Poza tym są telefony, jest internet. Jeśli tylko obie strony zechcą to zachowamy kontakt.
I mimo, że jakoś relacje się zepsuły, to dalej chciałbym żyć z ludźmi w zgodzie. To co kiedyś powtarzałem, powtórzyłbym dziś. Tylko kto to wysłucha. A nowy dzień wstaje, nowy dzień wstaje...
I tak kłóci się we mnie miłość do ludzi z obrazem z wiersza "Pantofelek" Andrzeja Bursy...
który w swym życiu przeszedł wiele dróg,
lecz na żadnej z nich,
nigdy nie spotkał prawdziwego przyjaciela.
DAAB - Do plasticka
Od razu rozwiewam spekulacje - nie jest to tekst, który identyfikuję jako tekst dotyczący mojego losu. Ja bowiem mam przyjaciela. Piszę przyjaciela. To liczba pojedyncza. A przyjaciół mam kilku. Dlaczego więc piszę o nich jako o jednym?
Jeszcze nie tak dawno, kilka miesięcy, może rok temu moje życie wyglądało jak w cytacie ze "Złotego Pawia" Dżemu:
I przyjaciół wielu otaczało mnie.
Nie byłem sam, o nie, nie byłem sam.
Przyjaciół wielu? Tu przyznaję rację tym, którzy przestrzegali mnie przed szafowaniem słowem "przyjaciel". Nie wiem cóż zawiodło... Być może to ludzie nie podołali jakimś "obowiązkom", które niesie za sobą bycie przyjacielem. A być może wina leży we mnie i w moim sposobie postrzegania świata. Dziś zaś świat wygląda w myśl dalszej części "Złotego Pawia":
Pewnej nocy prysnął czar.
Ptak nie znosił już złotych jaj.
Trefne karty rozdał los, więc przegrałem partię z nim.
A życie, toczyło się dalej.
Jakieś dziwne koleje losu wszystko zmieniły. Jednocześnie tym "czarem", który prysł mogę nazwać te stare dzieje, te piękne chwile wiadomo z kim... Bo oto Rysiek jeszcze dalej śpiewał:
Ładnych kilka długich lat minęło od tej nocy,
której nigdy nie, nie zapomnę mu.
Siedzę teraz sam w ogrodzie,
Wśród umarłych kwiatów.
Nikt już nie, nikt już nie odwiedza mnie.
Czasem tylko przyjdzie on,
Czasem tylko przyjdzie on - piękny,
Czasem tylko przyjdzie on - piękny, dumny
Jak to paw, jak to zwykle paw.
Oto te wspomnienia czasów minionych są jak ten Paw. Przychodzą do mojego ogrodu czasem. Przynoszą jednocześnie swego rodzaju radość, ale także ból. Ból rozdrapywanych ran. Bo nic chyba nie wróci mnie, nas do roku 2006... Matko jedyna, jak to już dawno. A mnie nadal zdarza się, że sytuacje z listopada, grudnia stają mi przed oczyma jako żywe. I osoby w nie zaangażowane nigdy nie będą dla mnie kimś zwykłym, przypadkowym przechodniem. Czy jest to coś szczególnego? Nie wiem, wydaje mi się, że każdy ma jakieś wydarzenia, do których będzie wracał. U mnie jest jednak to złe, że za dużo wspominam i za dużo rozmyślam. To po prostu nie pozwala iść do przodu, skupić się na działaniu. I muszę to przezwyciężyć.
Muszę to przezwyciężyć wraz z przyjaciółmi. Jest ich mniej, ale są pewniejsi. A "przełom w świecie przyjaźni" przyszedł w samą porę. Teraz bowiem czekają mnie same przełomy - matura, potem wakacyjny wyjazd i powrót na studia. Z niektórymi po prostu drogi rozeszły się zawczasu. Zobaczymy jak będzie z innymi. Świat jest mały, z pewnością wracał będę do domu. Poza tym są telefony, jest internet. Jeśli tylko obie strony zechcą to zachowamy kontakt.
I mimo, że jakoś relacje się zepsuły, to dalej chciałbym żyć z ludźmi w zgodzie. To co kiedyś powtarzałem, powtórzyłbym dziś. Tylko kto to wysłucha. A nowy dzień wstaje, nowy dzień wstaje...
I tak kłóci się we mnie miłość do ludzi z obrazem z wiersza "Pantofelek" Andrzeja Bursy...
piątek, 25 stycznia 2008
Prawda w oczy
To pierwszy z mej strony i sądzę, że nie ostatni zabieg tego typu w Dzienniku. Piosenka nieodżałowanego Grzegorza Ciechowskiego ma wprowadzić w temat. Cóż do mnie ostatnio dotarło, gdy słuchałem tej piosenki, oglądałem ten występ? Uświadomiłem sobie jedno - ta piosenka jest o mnie. Wystarczy wsłuchać się w jej tekst. I czym ma być ta nota? Próbą przełamania pisarskiego zastoju? Samokrytyką? Po części i jednym i drugim. Ma też być stwierdzeniem pewnych faktów o sobie samym.
Wiem, za dużo nieraz gadam. Paplam tym jęzorem po próżnicy, ale może to dlatego, że często nie wierzę w to, że ktoś mnie słucha. Bo to, że słyszy jest pewne. Głos mam donośny... Tak, i nie idą za słowami czyny. Oświadczenia Woli mam w domu już około 1,5 roku i leżą, cała ich sterta. Początkowo był wielki entuzjazm, zapał do promowania. Ale osłabł. I to cały ja - podpalę się do czegoś, nabiorę wielkiej chęci, ale tak chęć równie szybko spada. I sam często nie znam powodu "spadku" tej chęci. Być może jest to lenistwo i z tym muszę walczyć. Walka z samym sobą, odwieczna i najtrudniejsza. Nasze wady to nasz największy wróg. Wroga w postaci drugiego człowieka możesz unikać, możesz go omijać. A jak ominąć samego siebie? I toczy się ta walka. Takie piękne postanowienie noworoczne miałem, ale wzięło w łeb. Od nowa będę musiał się starać, by wyjść z tym wszystkim na prostą. Druga kwestia to oczywiście Dziennik. Zaniedbałem, rozpieprzyłem. Znów lenistwo, brak czasu, chęci... Wena zawsze by się znalazła. Tylko znów walka z samym sobą przegrana, bo oczywiście masa innych rzeczy do zrobienia. A to dwa fora, a to nasza-klasa i człowiek rozproszony, myśli w sobie nie zbierze i kolejne przemyślenia zamiast do dziennika idą do kosza.
O pracy już nie wspomnę. Zawaliłem trochę, dałem ciała, choć nie musiałem. I wytłumaczeń dla siebie nie szukam. Mam dużo wolnego czasu, nawet w okresie roku szkolnego, nawet teraz przed maturą. Często jednak wolę go spędzić na pieprzeniu o dupie Maryni niż na zajęciu się czymś konstruktywnym.
Czy szukam jakiegoś usprawiedliwienia? Powiedzmy, że jednym z nich niech będzie mój wiek. Młody jeszcze jestem, teraz najlepszy czas na dogłębne poznanie siebie, swoich wad. I na radzenie sobie z nimi, na wewnętrzne kształtowanie, na walkę. Ważne chyba to zdać sobie sprawę ze swych wad, ze swych niedociągnięć. Z tego, jak wiele jeszcze przed nami. Ideałów nie było, nie ma i nie będzie. Każdy coś za uszami ma. A ponoć zdanie sobie sprawy z tego, że idealni nie jesteśmy i przyznanie się do winy to pierwszy i jeden z większych kroków na drodze zmian. Bo zmiany muszą nadejść, trzeba się na nowo ukształtować. Na bazie zalet, które mam trzeba wytopić moc ze starych wad. By za słowami szło więcej czynów. Choć słów i tak nie zabraknie. Dobre słowo też jest ważne, a siła serca zawsze będzie większa niż siła pięści.
Subskrybuj:
Posty (Atom)