Pomyślałem sobie ostatnio, że do twarzy jest mi z uśmiechem. Bo gdy jestem zdołowany to od razu to widać. Taka moja natura, że mój nastrój widać od razu po mnie. I wtedy co? Moi przyjaciele widzą to i pewnie wpływam nieraz na nich. A ja właśnie wolałbym wpływać pozytywnie. Bo kocham u drugiego człowieka widzieć na gębie uśmiech. A jeszcze bardziej lubię go wywoływać. Na mnie bowiem duży wpływ ma humor przyjaciół. Przyjacielowi/przyjaciółce jest źle, to i mnie w pewien sposób jest źle. No nic na to nie poradzę. Choć wiem, że niezawsze będę mógł być uśmiechnięty. Są dni gorsze, są dni lepsze.
A wszystkie moje problemy w kontaktach z ludźmi powodowane są moją wewnętrzną chorobą. Bo ja jestem chory. Bo często jest tak: Jest grupa osób do których chcę się odezwać, ale coś mnie blokuje. Jakiś wewnętrzny strach. Ta osoba przecież mnie albo zignoruje, albo mi coś nagada... I tak właśnie się nie odzywam i milczę. Potem ta osoba znika, a ja mam pretensje do siebie samego, że się nie odezwałem...
Druga choroba jest taka, że za dużo nieraz biorę do siebie. Ale nie jestem tak jak większość, że jak coś mnie dotknie, to się zamykam. Ja się dalej otwieram.
Trzecia choroba to moje zaufanie. Chyba za mocno ufam ludziom. O tyle. Ile to już mi osób mówiło, żebym przestał tak właśnie wierzyć, ufać... Cała masa. Ale ja się nie zmienię. Dalej będę ufał, dalej za mocno, dalej będę nazywał ludzi swoimi przyjaciółmi, choć oni może tego nie chcą. Ale ja się nie zmienię! Uparty jestem jak osioł?
Inne osoby znowuż powiedziały mi ostatnio, że powinienem nieraz dać upust swojemu wewnętrznemu skurwie*owi. Nie być tak na każde zaufanie, odmówić nieraz pomocy. Wtedy ponoć i mnie ludzie docenią. Jak to pięknie określiła pewna czytelniczka: Ludzi trzeba nieraz sobie wytresować. Może i ma racje. Ale ja nie potrafię. I mam też tego efekty. Ale wiem, że w końcu się to opłaci. A wewnętrznego skurw*ela sprzedałem dawno chyba... To od człowieka zależy czy ceni sobie pomoc drugiego czy traktuje człowieka jako przedmiot. A już jestem taki i się nie zmienie. Nie odmówię pomocy, nie powiem nie. Postaram się być na każde zawołanie. Choć nawet jak teraz to piszę, to czuję, że coś w tym jest źle. Ale to chyba jest najlepsza droga do człowieka. Życie jednego dla drugiego. Na tym chyba polega człowieczeństwo.
A może ja jeszcze po prostu za mało kopów w dupę dostałem od życia przez moją postawę? I dlatego nadal wierzę w ideały, w które wierzę. Ale ja będę nadal wierzył. Niech mnie kopią, niech mnie poniewierają. Jeśli będzie choć jedna osoba, która za każdym razem pomoże mi wytrzepać pył, która pomoże wstać i iść moją drogą dalej. I nie martwcie się, jeśli się tam ktoś o mnie martwi... Dam radę. W końcu zmienię świat. Bo na świecie dawno już powinno rządzić serce wespół z miłością. Naiwniak ze mnie, co nie?
Ale dobrze mi z tym! Dobrze! Ktoś mi powiedział, że ludzi przyciągam w jakiś tam sposób do siebie. Może i tak. Jeśli tak, to pozostaje mi się cieszyć. Bo ja lubię być otoczony przez ludzi. Ludzie to mój żywioł. Rozmowy, wspólne przebywanie. O tak.
I tak nieraz jest jednak, że czuję ten mur. Coś jest takiego nieraz między ludźmi. Brak zaufania... brak jakiegoś uczucia, przyjaźni... Ale ten mur trzeba rozbić. Bo takie mury powstają nieraz przez jakieś głupstwo, a mogą trwać wiecznie. Tak nieraz ktoś buduje mur wokół mnie. I ja nieraz też do tego mojego murku przykładam cegiełkę. Zamykam się w sobie, chcę być sam i tak jakoś w tej samotności dokładam cegiełkę wespół z kimś innym. Ale ja się nie dam. Cegły trzeba odrzucić, a mury muszą runąć! Muszą! Muszą! Muszą! I runą... Oj, znowu jestem naiwny?
A może nie. Ja nie jestem naiwny. Jestem troche inny. Nie akceptuję tego co widzę. Nie akceptuję cywilizacji śmierci. Bo to nie brak zaufania, to nie brak miłości, to nie nienawiść powinny rządzić. Powinny rządzić miłość, zaufanie i wiara w drugiego człowieka.
Ja już nigdy się nie zmienię.
PS. Panna A. mnie niejako przymusiła do napisania tej notki. No, ale czego się nie robi dla przyjaciółki. Czekałaś, czekałaś i się doczekałaś ;].
PS2. Panno M., proszę o jakiś większy sygnał Pani obecności. Ślepy jestem. Najlepiej jakbyś się ujawniła :).
niedziela, 29 października 2006
sobota, 28 października 2006
Hey You, see me...
Czego może chcieć od życia taki gość jak ja
Nikt już z tego co ktoś znił nie wymyśli szkła
Może w niebie zrobią błąd i w natłoku spraw
To co szło do innych stron
raz przypadnie nam
Wypijmy za błędy, za błędy na górze
Niech wyjdą na dobre zmęczonej naturze
Czego można chcieć i kto może nam coś dać
Czasem rzucą parę rad, a sklep pęka w szwach
Kupić chcesz, gotówka jest nie masz czasu stać
Złapie je emeryt choć swoich dosyć ma
Wypijmy za błędy, za błędy na górze
Niech wyjdą na dobre zmęczonej naturze
Czego może chcieć od życia taki gość jak ja
Ludzi których sam ciągle w sercu ma
Czasem w nocy kilka godzin kręci osiem cyfr
Głos przez setki mil, nie to już nie ty
Czasem myślę jak się skończy ten nasz ziemski start
Czy zbudziny kiedyś się a w koło będzie raj
Wypijmy za błędy, za błędy na górze
Niech wyjdą na dobre zmęczonej naturze
Ryszard Rynkowski - Wypijmy za błędy
No, to tyle ze wstępu, pogrubione fragmenty mówią same za siebie. W ogóle miłoby było się przywitać. Jestem Eva, vel Najti, vel Nighti, vel Torunianka, vel nocna chcica i jeszcze pare innych przydomków.
Do napisania tej notki skłoniła mnie ów rozmowa z Timim, który po prostu był lekko załamany, a także rozmowa wykonana w akcie desperacji przed chwilą z domowego telefonu, gdzie dałam jakiś głupi wykład, który zmęczył Timiego, który miał mnie dość ;)
To będzie notka trochę do Timiego troche do przyjaciół, bo wszakże to oni są winowajcami (napiszę to, a co!)
Part łan.
Przyajcielu... cóż mogę dodać do tego co Ci już powiedziałam... Trochę egoizmu Ci nie zaszkodzi, raczej na pewno nie Tobie! Przecież Ty uschniesz jak najpiękniejszy kwiat, przez całą zgniliznę tego świata, bierz z siebie coś dla siebie.
O właśnie przerwałeś kolejny mój wywód, pokazując mi notkę na moim blogu.
Nie chcesz się zmienić? To nie! To ja będe Cię chronić i wydzwaniać! Aż będziesz miał mnie dość :P
Kurde, ale te moja słowa idiotycznie brzmią! Newermajnd.
A w ogóle dziękuję za ładne słowa, chociaż wiesz, że ja się z nimi nie zgodze, bo ja wyznaję zasadę wszystko albo nic, a nie 1/10 udane a 9/10 nie. To wykańcza, i dziw aż bierze, że Ty to wytrymujesz.
Podumowując p1... z resztą cholera nie wiem co Ci napisać, uparty jesteś i tyle.
***
Part tu.
Do przyjaciół!
Cytując:
(...)a się zmienić nie chcę. Wiem, że będę cierpiał. Ale spokojnie. W końcu mendy, które tylko interesują się tym, bym był dla nich misiem przytulanką odejdą.(...)
Odejdźcie, już. A najpierw sobie uświadomcie, czy przypadkiem Timi nie mówi o Was. Po co wykorzystywać, krzywdzić, przysparzać bólu niewinnemu człowiekowi, który jako jeden z nielicznych nie dał się znieczulicy, i ogólnodostępnemu egoizmowi tego świata, no po co? Bo jest inny? Bo jest łatwiejszy do zmiany? Normlaność to tylko średnia statystyczna.
To tyle.
Nighti.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność - wśród jego pewności
[...]
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
[...]
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk
[...]
za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować
[...]
za niezwykłość i samotność waszych dróg
[...]
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.
bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
Nikt już z tego co ktoś znił nie wymyśli szkła
Może w niebie zrobią błąd i w natłoku spraw
To co szło do innych stron
raz przypadnie nam
Wypijmy za błędy, za błędy na górze
Niech wyjdą na dobre zmęczonej naturze
Czego można chcieć i kto może nam coś dać
Czasem rzucą parę rad, a sklep pęka w szwach
Kupić chcesz, gotówka jest nie masz czasu stać
Złapie je emeryt choć swoich dosyć ma
Wypijmy za błędy, za błędy na górze
Niech wyjdą na dobre zmęczonej naturze
Czego może chcieć od życia taki gość jak ja
Ludzi których sam ciągle w sercu ma
Czasem w nocy kilka godzin kręci osiem cyfr
Głos przez setki mil, nie to już nie ty
Czasem myślę jak się skończy ten nasz ziemski start
Czy zbudziny kiedyś się a w koło będzie raj
Wypijmy za błędy, za błędy na górze
Niech wyjdą na dobre zmęczonej naturze
Ryszard Rynkowski - Wypijmy za błędy
No, to tyle ze wstępu, pogrubione fragmenty mówią same za siebie. W ogóle miłoby było się przywitać. Jestem Eva, vel Najti, vel Nighti, vel Torunianka, vel nocna chcica i jeszcze pare innych przydomków.
Do napisania tej notki skłoniła mnie ów rozmowa z Timim, który po prostu był lekko załamany, a także rozmowa wykonana w akcie desperacji przed chwilą z domowego telefonu, gdzie dałam jakiś głupi wykład, który zmęczył Timiego, który miał mnie dość ;)
To będzie notka trochę do Timiego troche do przyjaciół, bo wszakże to oni są winowajcami (napiszę to, a co!)
Part łan.
Przyajcielu... cóż mogę dodać do tego co Ci już powiedziałam... Trochę egoizmu Ci nie zaszkodzi, raczej na pewno nie Tobie! Przecież Ty uschniesz jak najpiękniejszy kwiat, przez całą zgniliznę tego świata, bierz z siebie coś dla siebie.
O właśnie przerwałeś kolejny mój wywód, pokazując mi notkę na moim blogu.
Nie chcesz się zmienić? To nie! To ja będe Cię chronić i wydzwaniać! Aż będziesz miał mnie dość :P
Kurde, ale te moja słowa idiotycznie brzmią! Newermajnd.
A w ogóle dziękuję za ładne słowa, chociaż wiesz, że ja się z nimi nie zgodze, bo ja wyznaję zasadę wszystko albo nic, a nie 1/10 udane a 9/10 nie. To wykańcza, i dziw aż bierze, że Ty to wytrymujesz.
Podumowując p1... z resztą cholera nie wiem co Ci napisać, uparty jesteś i tyle.
Part tu.
Do przyjaciół!
Cytując:
(...)a się zmienić nie chcę. Wiem, że będę cierpiał. Ale spokojnie. W końcu mendy, które tylko interesują się tym, bym był dla nich misiem przytulanką odejdą.(...)
Odejdźcie, już. A najpierw sobie uświadomcie, czy przypadkiem Timi nie mówi o Was. Po co wykorzystywać, krzywdzić, przysparzać bólu niewinnemu człowiekowi, który jako jeden z nielicznych nie dał się znieczulicy, i ogólnodostępnemu egoizmowi tego świata, no po co? Bo jest inny? Bo jest łatwiejszy do zmiany? Normlaność to tylko średnia statystyczna.
To tyle.
Nighti.
za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność - wśród jego pewności
[...]
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
[...]
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk
[...]
za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować
[...]
za niezwykłość i samotność waszych dróg
[...]
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.
bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
piątek, 27 października 2006
Sam sobie winien...
No to tak. Jestem w tym moim życiu nierozumiany. Nierozumiany przez ogół. No i co? - ktoś mógłby zapytać. To, że każdy potrzebuje kogoś, kto by go zrozumiał. Kto potrafiłby wskazać mu drogowskaz...
A ja jestem romantyk. I za mocno ufam ludziom... Tak mi wszyscy mówią. A ja się tym nie przejmuję, tylko ufam jeszcze bardziej. I znów idę z sercem na dłoni do ludzi. A tu kop, bach, bęc. Serce spada, podnoszę je i dalej idę. Troche skowyczę, ale idę, idę, idę... Ale po co? Ufam ludziom, a jak jest vice versa? Nie wiem, każdy z moich znajomych sam niech to określi. Ja wiem, zaraz będzie, że to trzeba czasu, czasu, czasu, czasu, czasu... Hmmm... a co to czas? Komu bardziej byś zaufał/a: komuś znanemu pobieżnie 10 lat czy komuś kogo znasz dobrze rok? U mnie odpowiedź jest jedna. Tej drugiej osobie. Bo to nie czas jest ważny. Bo przyjaciół nie poznaje się w czasie, tylko w biedzie. Nie. Najważniejsze jest podejście do drugiego człowieka. A jak należy podchodzić? Tłumaczyć nikomu nie będę, to jest chyba jasne... Moje podejście jak już napisałem jest zawsze takie samo. Z sercem na dłoni, z otwartą przyłbicą, z wiarą i ufnością. Ale po co? Żeby dostać kopa? Choćby i dlatego. Bo to jestem ja. Ja już nigdy się nie zmienię. Zawsze będę żył już tak.... Widocznie moim drugim imieniem winno być Zaufanie, a trzecim Miłość... Dlaczego? A bo ufam, ufam i to nieraz aż za mocno, zbyt naiwnie rzekłbym... Ale dobrze mi z tym. Choć mnie ktoś nie ufa... A dlaczego miłość? Bo kocham. Kocham ludzi, wspieram, etc. I nikt nie musi mnie wspierać. To zależy już od serca każdego człowieka. Mnie mówi ono bym kochał i pomagał. I nim się kieruję. A jak robią inni? W to nie wnikam. Takie mi przyszło kiedyś motto do głowy: "Żyj tak byś każdego ranka mógł spojrzeć sobie w twarz w lustrze. Byś mógł spojrzeć sobie w oczy".
A wczoraj pewna niewiasta powiedziała mi, że nie wychodzi mi w życiu bo jestem... za dobry... Ciekawie to zabrzmiało, toteż od razu zapytałem cóż to znaczy. Dowiedziałem się, że jestem po prostu zbyt dobry, by mi się coś udało. Bo po prostu jestem dla przyjaciół niemal na skinienie ręki, nie odmawiam pomocy, etc. Ale do jasnej ciasnej!? Na czym polega przyjaźń jak nie na takim czymś? Przyjaciel, wg mojej definicji, to osoba, która zawsze pomoże, zawsze znajdzie chwile czasu by porozmawiać, by wesprzeć w kłopocie. I która nie odmówi... Ale to tylko moja definicja. Pewnie jest zła, albo co najmniej zbyt miękka. Ale jest moja. I zostanie w moim wnętrzu na zawsze. Trzebaby chyba wielkiej katastrofy by to się zmieniło. Zaufanie u mnie zawsze będzie ważne. Tak samo przyjaźń. Może być tak, że znam kogoś miesiąć i nazwę go przyjacielem, bo widzę, że mogę na taką osobę liczyć, że ta osoba nie zostawi mnie w kłopocie. I tak będzie zawsze... Do końca już.
I jeszcze jedna ciekawa dygresyjka z rozmowy z pewną niewiastą. To prawda, że tacy twardzi, puści w środku, ale napompowani na zewnątrz, bezmózgowcy, bez własnego zdania są teraz w modzie? Powinni mieć tylko prześwietne poczucie humoru i być duszą towarzystwa... Hm... to może dobrze, że jest taka moda. Ja za tą modą nie podążę. Zostanę tu gdzie stoję. Jedyny w swoim rodzaju (skromne...), a nie odciśnięty z jednej formy co tysiące... Myślę, że moją formę Stwórca kazał wyrzucić jako bezużyteczną.
Ale i tak prawda jest jedna. Sam jestem sobie za wszystko winny. Za brak zrozumienia, za moją samotność. A dlaczego? Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem. Wiem, że problem leży we mnie, a nie w otoczeniu. Ale nie wyleczę się z moich problemów. Poczekam, aż ktoś zobaczy, że może problem to tak naprawdę zaleta...
Zaopiekuj się mną, nawet gdy nie będę chciał,
Zaopiekuj się mną... mocno tak...
PS. Nighti mi kazała by nie było smutno, bym napisał coś optymistycznego. Jak widać, wyżej jest mało optymistycznie. Ale zobowiązanie wypełniam. Za 15 dni jadę do Torunia! I zobaczę Evę. Nareszcie! Czerwona róża będzie w mej dłoni, albo jakiegokolwiek innego koloru, prócz czarnego ;-)
PS 2. PS. Ja tak tylko piszę. Wiem, że to głupie. Wiem, że to bez sensu. Wiem, że przeżywam. Wiem, że wyolbrzymiam. Ale to jestem ja. Ja nie wyolbrzymiam. Przelewam tu to, co w sercu mam...
PS 3. Dowiedziałem się przed chwilą, że jednak pomoc innym może nieraz przeszkadzać. Więc jeśli komuś moja pomoc przeszkadza, to niech mi po prostu powie... Bo najgorsze dla mnie jest narzucanie się drugiej osobie swoją osobą...
A ja jestem romantyk. I za mocno ufam ludziom... Tak mi wszyscy mówią. A ja się tym nie przejmuję, tylko ufam jeszcze bardziej. I znów idę z sercem na dłoni do ludzi. A tu kop, bach, bęc. Serce spada, podnoszę je i dalej idę. Troche skowyczę, ale idę, idę, idę... Ale po co? Ufam ludziom, a jak jest vice versa? Nie wiem, każdy z moich znajomych sam niech to określi. Ja wiem, zaraz będzie, że to trzeba czasu, czasu, czasu, czasu, czasu... Hmmm... a co to czas? Komu bardziej byś zaufał/a: komuś znanemu pobieżnie 10 lat czy komuś kogo znasz dobrze rok? U mnie odpowiedź jest jedna. Tej drugiej osobie. Bo to nie czas jest ważny. Bo przyjaciół nie poznaje się w czasie, tylko w biedzie. Nie. Najważniejsze jest podejście do drugiego człowieka. A jak należy podchodzić? Tłumaczyć nikomu nie będę, to jest chyba jasne... Moje podejście jak już napisałem jest zawsze takie samo. Z sercem na dłoni, z otwartą przyłbicą, z wiarą i ufnością. Ale po co? Żeby dostać kopa? Choćby i dlatego. Bo to jestem ja. Ja już nigdy się nie zmienię. Zawsze będę żył już tak.... Widocznie moim drugim imieniem winno być Zaufanie, a trzecim Miłość... Dlaczego? A bo ufam, ufam i to nieraz aż za mocno, zbyt naiwnie rzekłbym... Ale dobrze mi z tym. Choć mnie ktoś nie ufa... A dlaczego miłość? Bo kocham. Kocham ludzi, wspieram, etc. I nikt nie musi mnie wspierać. To zależy już od serca każdego człowieka. Mnie mówi ono bym kochał i pomagał. I nim się kieruję. A jak robią inni? W to nie wnikam. Takie mi przyszło kiedyś motto do głowy: "Żyj tak byś każdego ranka mógł spojrzeć sobie w twarz w lustrze. Byś mógł spojrzeć sobie w oczy".
A wczoraj pewna niewiasta powiedziała mi, że nie wychodzi mi w życiu bo jestem... za dobry... Ciekawie to zabrzmiało, toteż od razu zapytałem cóż to znaczy. Dowiedziałem się, że jestem po prostu zbyt dobry, by mi się coś udało. Bo po prostu jestem dla przyjaciół niemal na skinienie ręki, nie odmawiam pomocy, etc. Ale do jasnej ciasnej!? Na czym polega przyjaźń jak nie na takim czymś? Przyjaciel, wg mojej definicji, to osoba, która zawsze pomoże, zawsze znajdzie chwile czasu by porozmawiać, by wesprzeć w kłopocie. I która nie odmówi... Ale to tylko moja definicja. Pewnie jest zła, albo co najmniej zbyt miękka. Ale jest moja. I zostanie w moim wnętrzu na zawsze. Trzebaby chyba wielkiej katastrofy by to się zmieniło. Zaufanie u mnie zawsze będzie ważne. Tak samo przyjaźń. Może być tak, że znam kogoś miesiąć i nazwę go przyjacielem, bo widzę, że mogę na taką osobę liczyć, że ta osoba nie zostawi mnie w kłopocie. I tak będzie zawsze... Do końca już.
I jeszcze jedna ciekawa dygresyjka z rozmowy z pewną niewiastą. To prawda, że tacy twardzi, puści w środku, ale napompowani na zewnątrz, bezmózgowcy, bez własnego zdania są teraz w modzie? Powinni mieć tylko prześwietne poczucie humoru i być duszą towarzystwa... Hm... to może dobrze, że jest taka moda. Ja za tą modą nie podążę. Zostanę tu gdzie stoję. Jedyny w swoim rodzaju (skromne...), a nie odciśnięty z jednej formy co tysiące... Myślę, że moją formę Stwórca kazał wyrzucić jako bezużyteczną.
Ale i tak prawda jest jedna. Sam jestem sobie za wszystko winny. Za brak zrozumienia, za moją samotność. A dlaczego? Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem. Wiem, że problem leży we mnie, a nie w otoczeniu. Ale nie wyleczę się z moich problemów. Poczekam, aż ktoś zobaczy, że może problem to tak naprawdę zaleta...
Zaopiekuj się mną, nawet gdy nie będę chciał,
Zaopiekuj się mną... mocno tak...
PS. Nighti mi kazała by nie było smutno, bym napisał coś optymistycznego. Jak widać, wyżej jest mało optymistycznie. Ale zobowiązanie wypełniam. Za 15 dni jadę do Torunia! I zobaczę Evę. Nareszcie! Czerwona róża będzie w mej dłoni, albo jakiegokolwiek innego koloru, prócz czarnego ;-)
PS 2. PS. Ja tak tylko piszę. Wiem, że to głupie. Wiem, że to bez sensu. Wiem, że przeżywam. Wiem, że wyolbrzymiam. Ale to jestem ja. Ja nie wyolbrzymiam. Przelewam tu to, co w sercu mam...
PS 3. Dowiedziałem się przed chwilą, że jednak pomoc innym może nieraz przeszkadzać. Więc jeśli komuś moja pomoc przeszkadza, to niech mi po prostu powie... Bo najgorsze dla mnie jest narzucanie się drugiej osobie swoją osobą...
sobota, 21 października 2006
Taka tam sobota...
Taka tam sobota zaczęła się dla mnie o 10:30. Wstałem. I siadłem do tego złoma. Włączyłem to i owo. Następnie umyłem się, zjadłem śniadanie. No i dzień się zaczął na dobre. Zaczął się źle. Ile dni z rzędu człowiek może przyłazić do domu uchlany?
I zaczął się źle. I myślałem, że się tak potoczy. Siąpił za oknem deszcz. Jesień. No, to jesień. I tak zimnawo. Ale tak pomyślałem, spojrzawszy na moją listę kontaktów, że zagadam do dwóch niewiast: panny B. i panny O.. I tak też postąpiłem. No i tak zaczęła się odmiana dnia złego w dzień dobry. O godzinie 13 poszedłem pod dom panny B.. Po chwili panna B. wyszła zza winkla i poszliśmy na spacer. Doszliśmy aż na kres chodnika na ulicy Olsztyńskiej, czyli całkiem daleko. Gdy się umawialiśmy na to wyjście obydwoje byliśmy tacy smutnozdołowanowkurzeni. A wracaliśmy już w o wiele lepszych nastrojach. I jeszcze jedno: gdy wychodziliśmy - padał deszcz, gdy wracaliśmy - świeciło słońce. Nasze nastroje sterowały pogodą! I bardzo dobrze, że sterowały ku lepszemu. A kto by pomyślał tak 2 miesiące temu, że my będziemy się tak ze sobą kumplować/przyjaźnić. Wszak pierwsza nasza rozmowa odbyła się 25 sierpnia. I tak jakoś się rozwija i rozwija. Ku lepszemu. Co mnie cieszy. Za to kocham życie. Jest takie pełne niespodzianek. Świetnych ludzi nieraz się nie zauważa długo, ale można błąd naprawić. Tyle czasu się nie znaliśmy, albo znaliśmy tylko z opowieści naszej wspólnej przyjaciółki O., a teraz i my się przyjaźnimy...
Po odprowadzeniu do domu pogodosterującej B. poszedłem do domu. Ale na bardzo krótko. Zadzwoniła panna A. z prośbą o pomoc z chemią. Wskoczyłem na rower, raz dwa i byłem już na miejscu. Sam nie rozumiałem aż za bardzo chemii, ale pomagać przyjaciołom trzeba ;). Od tego się ich ma. Bo żadna chemia nam niestraszna! Potem panna A. chciała mi wyprostować włosy, ale ja się nie dam! :P Moje loki, fale są pięknie ;].
Ledwo wpadłem do domu, zjadłem 4 kanapki z Dżemem i już zadzwoniłem do panny O. I z panną O. poszedłem na spacer. Panna O. to jest też bardzo fajna niewiasta. Tyle mamy tematów do rozmowy, możemy gadać i gadać. O wszystkim! Nawet jakie buty są modne w tym sezonie: w szpic czy okrągłe ;]. Wg mnie okrągłe, bo takie mam. A panna O. ma małe stópki i w ogóle jest mała, co obserwowałem sobie na naszych cieniach na asfalcie, ale to nie gra roli. Bo jest wielka sercem. I jeszcze ma siłę, by słuchać starego S.. Wyrazy podziwu. Dla wszystkich trzech wymienionych zresztą.
A na koniec nie może oczywiście zabraknąć mojej E., z która niestety wyjść na spacer na razie nie mogę :(. Ale rozmowy mi wiele rekompensują. I wierzę, że niejeden jeszcze spacer przed nami. I mimo, że nieraz rozmowa się nie klei, że nieraz jest jakiś mały zgrzyt to ja wiem, że będzie dobrze. Bo Ty też to wiesz i pamiętasz i to jest najważniejsze. Dalej jesteś wiatrem...
I dlatego kocham to moje życie z kobietami...
I tak na koniec piosenka z dedykacją dla wyżej wymienionej czwóreczki. Zespół Queen z nieodżałowanym Freddym Mercurym - You're my best friends. O tak. I wyrazy podziwu, że macie siły słuchać mnie... macie tę cierpliwość.. anielską. Dziękuje wam anioły. I taki tu jeszcze piękny cytat, który mi kiedyś panna E. przesłała
""Last night I asked my angel to watch over You... But he came back soon.... I asked why...? She smiled and said: An Angel doesn't watch another Angel"
Genialny... Przepiękny...
I PS. bo nie dopisałem jeszcze dwóch panien. Panna A. inna niż wymieniona wcześniej to też bardzo ważna osoba w moim życiu. I jakby nie było między nami to pamiętaj, że zawsze na Ciebie czekam. A druga to panna M., której mimo że nie znam osobiście to winien jestem podziękowania za czytanie tych moich wypocin :P.
Zawsze możecie na mnie liczyć.
I zaczął się źle. I myślałem, że się tak potoczy. Siąpił za oknem deszcz. Jesień. No, to jesień. I tak zimnawo. Ale tak pomyślałem, spojrzawszy na moją listę kontaktów, że zagadam do dwóch niewiast: panny B. i panny O.. I tak też postąpiłem. No i tak zaczęła się odmiana dnia złego w dzień dobry. O godzinie 13 poszedłem pod dom panny B.. Po chwili panna B. wyszła zza winkla i poszliśmy na spacer. Doszliśmy aż na kres chodnika na ulicy Olsztyńskiej, czyli całkiem daleko. Gdy się umawialiśmy na to wyjście obydwoje byliśmy tacy smutnozdołowanowkurzeni. A wracaliśmy już w o wiele lepszych nastrojach. I jeszcze jedno: gdy wychodziliśmy - padał deszcz, gdy wracaliśmy - świeciło słońce. Nasze nastroje sterowały pogodą! I bardzo dobrze, że sterowały ku lepszemu. A kto by pomyślał tak 2 miesiące temu, że my będziemy się tak ze sobą kumplować/przyjaźnić. Wszak pierwsza nasza rozmowa odbyła się 25 sierpnia. I tak jakoś się rozwija i rozwija. Ku lepszemu. Co mnie cieszy. Za to kocham życie. Jest takie pełne niespodzianek. Świetnych ludzi nieraz się nie zauważa długo, ale można błąd naprawić. Tyle czasu się nie znaliśmy, albo znaliśmy tylko z opowieści naszej wspólnej przyjaciółki O., a teraz i my się przyjaźnimy...
Po odprowadzeniu do domu pogodosterującej B. poszedłem do domu. Ale na bardzo krótko. Zadzwoniła panna A. z prośbą o pomoc z chemią. Wskoczyłem na rower, raz dwa i byłem już na miejscu. Sam nie rozumiałem aż za bardzo chemii, ale pomagać przyjaciołom trzeba ;). Od tego się ich ma. Bo żadna chemia nam niestraszna! Potem panna A. chciała mi wyprostować włosy, ale ja się nie dam! :P Moje loki, fale są pięknie ;].
Ledwo wpadłem do domu, zjadłem 4 kanapki z Dżemem i już zadzwoniłem do panny O. I z panną O. poszedłem na spacer. Panna O. to jest też bardzo fajna niewiasta. Tyle mamy tematów do rozmowy, możemy gadać i gadać. O wszystkim! Nawet jakie buty są modne w tym sezonie: w szpic czy okrągłe ;]. Wg mnie okrągłe, bo takie mam. A panna O. ma małe stópki i w ogóle jest mała, co obserwowałem sobie na naszych cieniach na asfalcie, ale to nie gra roli. Bo jest wielka sercem. I jeszcze ma siłę, by słuchać starego S.. Wyrazy podziwu. Dla wszystkich trzech wymienionych zresztą.
A na koniec nie może oczywiście zabraknąć mojej E., z która niestety wyjść na spacer na razie nie mogę :(. Ale rozmowy mi wiele rekompensują. I wierzę, że niejeden jeszcze spacer przed nami. I mimo, że nieraz rozmowa się nie klei, że nieraz jest jakiś mały zgrzyt to ja wiem, że będzie dobrze. Bo Ty też to wiesz i pamiętasz i to jest najważniejsze. Dalej jesteś wiatrem...
I dlatego kocham to moje życie z kobietami...
I tak na koniec piosenka z dedykacją dla wyżej wymienionej czwóreczki. Zespół Queen z nieodżałowanym Freddym Mercurym - You're my best friends. O tak. I wyrazy podziwu, że macie siły słuchać mnie... macie tę cierpliwość.. anielską. Dziękuje wam anioły. I taki tu jeszcze piękny cytat, który mi kiedyś panna E. przesłała
""Last night I asked my angel to watch over You... But he came back soon.... I asked why...? She smiled and said: An Angel doesn't watch another Angel"
Genialny... Przepiękny...
I PS. bo nie dopisałem jeszcze dwóch panien. Panna A. inna niż wymieniona wcześniej to też bardzo ważna osoba w moim życiu. I jakby nie było między nami to pamiętaj, że zawsze na Ciebie czekam. A druga to panna M., której mimo że nie znam osobiście to winien jestem podziękowania za czytanie tych moich wypocin :P.
Zawsze możecie na mnie liczyć.
piątek, 20 października 2006
Jakie to wnioski wyciąga człek w jeden piątek...
Dziś jest taki kolejny, zwykły piątek. Ale tak sobie pomyślałem trochę. Tak popatrzyłem na moją klasę, na którą dwie noty temu napsioczyłem. I kilka wniosków wyciągnąłem. No to je spiszę, jak to zwykle ja.
I tak sobie jak zwykle popatrzyłem na ludzi. I co zauważyłem? Że jednak będę dalej encyklopedią, terminarzem i negocjatorem. Znaczy chodzi o to, że ja tego tak nie widzę. Przeciwnie, pomoc drugiemu to nasz obowiązek względem bliźniego. Więc ja go spełniam, tak mi dyktuje moje głupie serce. A czy ktoś po prostu chce mnie wykorzystać, albo traktuje właśnie tylko w tych kategoriach, nie jako człeka, to już jego/jej sprawa. Nie moja. Wiem też, że są ludzie, którym ta pomoc jest potrzebna i tej im nie odmówię. Nikomu nie odmówię. Tylko proszę mnie nie nazywać żadnym dobrym człowiekiem... Ja jestem względem siebie, względem drugiego człowieka w porządku. Tak każe postępować mi serce i tak postępuje. Choć mam nadzieję, że jednak ludzie mi ufają i dlatego się do mnie zwracają o pomoc... A może ja się tylko łudzę? Wolę takie złudzenia. Pal licho to wszystko. Ważne by być względem drugiego w porządku. To jest w moim sercu i to tak jest. Każdy ma własne serce i sam w nim rozstrzyga wszystko... W to nie wnikam. A co do grup. To chyba ich nie ma. A może są? Może są. Ale ja w nich nie uczestniczę. Tu też każdy niech sam decyduje. Prawda jest taka: jedziemy wszyscy na jednym wózku. Pomoc jest konieczna. I ta pomoc ode mnie zawsze będzie. I nic w zamian nie chcę. Byleby tylko mnie nie wykorzystywano przez to.
Tak mi się włączyło Rape Me Nirvany... Hmmm...
I tak sobie jak zwykle popatrzyłem na ludzi. I co zauważyłem? Że jednak będę dalej encyklopedią, terminarzem i negocjatorem. Znaczy chodzi o to, że ja tego tak nie widzę. Przeciwnie, pomoc drugiemu to nasz obowiązek względem bliźniego. Więc ja go spełniam, tak mi dyktuje moje głupie serce. A czy ktoś po prostu chce mnie wykorzystać, albo traktuje właśnie tylko w tych kategoriach, nie jako człeka, to już jego/jej sprawa. Nie moja. Wiem też, że są ludzie, którym ta pomoc jest potrzebna i tej im nie odmówię. Nikomu nie odmówię. Tylko proszę mnie nie nazywać żadnym dobrym człowiekiem... Ja jestem względem siebie, względem drugiego człowieka w porządku. Tak każe postępować mi serce i tak postępuje. Choć mam nadzieję, że jednak ludzie mi ufają i dlatego się do mnie zwracają o pomoc... A może ja się tylko łudzę? Wolę takie złudzenia. Pal licho to wszystko. Ważne by być względem drugiego w porządku. To jest w moim sercu i to tak jest. Każdy ma własne serce i sam w nim rozstrzyga wszystko... W to nie wnikam. A co do grup. To chyba ich nie ma. A może są? Może są. Ale ja w nich nie uczestniczę. Tu też każdy niech sam decyduje. Prawda jest taka: jedziemy wszyscy na jednym wózku. Pomoc jest konieczna. I ta pomoc ode mnie zawsze będzie. I nic w zamian nie chcę. Byleby tylko mnie nie wykorzystywano przez to.
Tak mi się włączyło Rape Me Nirvany... Hmmm...
czwartek, 19 października 2006
Przeprosiny
Winien jestem przeprosiny pani A.. Rozumiem, poczułaś się urażona. Wiem, że nie powinienem tego robić tutaj, tylko powiedzieć w twarz. Zapewne nie będę miał już możliwości... To było "wkalkulowane" w poprzednią notę. Takie życie.
Przepraszam i już milczę.
A czy poza tym coś mam dziś do przekazania? Chyba nic. Jakoś mnie tak dziś smutek lekki złapał przez chwil kilka. Ale to takie normalne. Ja taki już jestem. Nierozumiany, sam. No ale nie każdy musi być szczęśliwy. Ale ja jestem szczęśliwy. Bo jestem. Zdrowy jestem, mam dach nad głową i te kilka osób, które są ważne... najważniejsze... Tylko gdzie oni są? Ci wszyscy moi przyjaciele... Zabrakło ich... Choć zawsze było ich niewielu...
Kogo ja chcę oszukać?
Dobra, dość na dziś. Pytania postawione. A ja wracam walić głową w mur.
A piosenka SDM - Z nim będziesz szczęśliwsza, która jest po prostu śpiewanym wierszem Stachury jest absolutnie genialna. Słucham i słyszę, że mówi o mnie.
Przepraszam i już milczę.
A czy poza tym coś mam dziś do przekazania? Chyba nic. Jakoś mnie tak dziś smutek lekki złapał przez chwil kilka. Ale to takie normalne. Ja taki już jestem. Nierozumiany, sam. No ale nie każdy musi być szczęśliwy. Ale ja jestem szczęśliwy. Bo jestem. Zdrowy jestem, mam dach nad głową i te kilka osób, które są ważne... najważniejsze... Tylko gdzie oni są? Ci wszyscy moi przyjaciele... Zabrakło ich... Choć zawsze było ich niewielu...
Kogo ja chcę oszukać?
Dobra, dość na dziś. Pytania postawione. A ja wracam walić głową w mur.
A piosenka SDM - Z nim będziesz szczęśliwsza, która jest po prostu śpiewanym wierszem Stachury jest absolutnie genialna. Słucham i słyszę, że mówi o mnie.
środa, 18 października 2006
Mam zwyczajowy problem z tytułem...
...a dwie czytelniczki, które deklarowały chęć wymyślania tytułów już śpią. Więc jak zwykle jest bez tytułu, znaczy jest tytuł, tylko taki quasitytuł, rzekłbym taki przenośny tytuł.
Klasa. To takie zbiorowisko ludzkie. W klasie żyjemy w zgodzie, ale nie da się ukryć podziału na grupy, grupki. Ta nie gada z tamtą, bo ta jest biedniejsza/brzydsza/głupsza (niepotrzebne skreślić), ten z tamtym, bo ten jest szpanerem/dresem/metalem (także skreślić). A gdzie w tym wszystkim ja? Nigdzie. Dochodzę do wniosku, że w mojej klasie pełnię trzy zasadnicze funkcje: encyklopedii, terminarza i negocjatora. Encyklopedia - to ten co niby wszystko wie. Innymi słowy zawsze musi wiedzieć, by podpowiedzieć. Spoko. Mogę podpowiadać, to jest normalna pomoc. Ale niech to nie będzie pomoc typu jeleniowatego, że wszystko za kogoś mam robić... Terminarz, to ten co wie, kiedy jest każda klasówka, każdy sprawdzian, etc. Negocjator to ten, który wszystko załatwia z belframi, przekłada klasówki, etc. Ja nie mówię, że przestanę negocjować, przestanę pomagać. Bo w gruncie rzeczy to lubię, ale nie lubię gdy jestem traktowany właśnie przez pryzmat tych trzech zjawisk. Chyba nie jestem aż tak mało wartościowym człekiem by traktować mnie w ten sposób...
Jednak to już zostawiam pod rozwagę kolegów i koleżanek. Ja sobie poradzę bez nich, mnie potrzeba jedynie kilku bliskich, naprawdę bliskich osób. Tych, którym ufam. Tych, które ufają mnie. Tych, które słuchają co do nich mówię. To wystarczy. Dla tych ludzi wielkie dzięki. O kolegach, koleżankach prędzej czy później zapomnę... Niestety... Pamięć ludzka... Ale chyba tego nie będę żałował.
A tu pewne przesłanie do pewnej pani. Jak to przeczytasz to się domyślisz, że to chodzi o Ciebie. Przepraszam, że nie powiem tego "na żywo", ale nie chcę się narzucać moją osobą. Szkoda, że jest tak jak jest... Miałem nadzieję na coś większego... Chciałem przyjaźni. Niestety przyjaźń przeradza się teraz w związek konsumpcyjny, czyli taki, że jedyny raz gdy otwierasz do mnie swe usta jest wtedy gdy chcesz ode mnie zeszyt z historii (w ostatnio poniedziałek bodajże). Nie odpowiada mi takie coś. Ale rozumiem i Ciebie. Nie jestem tym, kim powinienem dla Ciebie być. Za bardzo się staram no nie... Wiem, ja też się nie odzywam. Nie odzywam się, bo widzę, że jestem dla Ciebie powietrzem. A pardon! Jak potrzeba jakiejś pomocy, to się nagle pojawiam. I dobrze! Jestem po to by pomagać... Ale nietylko pomagać w szkole, z pracami domowymi, etc. Wiem, że pewnie się za te słowa obrazisz i będziesz mi je wypominać, ale jestem na to gotowy. Chcę żyć dla Ciebie jak dla innych, ale Ty tego nie widzisz, panno... Ale też od razu przepraszam za te słowa. Wiem, że nie mnie oceniać innych, nie mnie osądzać wydawać opinie. Ja tak tylko piszę co tkwi w moim sercu. Przepraszam. Nie chcę Cię urazić... Ja może za dużo wymagam. Za bardzo się staram... Ale cóż - przyjaźń winna być z obu stron... A ode mnie to jest ciągłe spalanie się, a od Ciebie coś innego. Nie będę tego określał, sama to określisz najlepiej.
Ale taki już mój los. Słucham na polskim o bohaterach bajronicznych, werterycznych i jakoś w sobie dostrzegam ogromne pokłady tych dwóch typów...
Życie...
"Możesz splunąć w moją twarz bez zastanowienia..."
Ale ja to wszystko przejdę. Serce mam silne...
PS. Do pełni szczęścia brakuje tylko jednej, jedynej rzeczy... Ale to daleko jest... i chyba nie dla mnie... A może i dla mnie, a ja tu po prostu patrzę przez ciemne okulary? Chyba tak.
Klasa. To takie zbiorowisko ludzkie. W klasie żyjemy w zgodzie, ale nie da się ukryć podziału na grupy, grupki. Ta nie gada z tamtą, bo ta jest biedniejsza/brzydsza/głupsza (niepotrzebne skreślić), ten z tamtym, bo ten jest szpanerem/dresem/metalem (także skreślić). A gdzie w tym wszystkim ja? Nigdzie. Dochodzę do wniosku, że w mojej klasie pełnię trzy zasadnicze funkcje: encyklopedii, terminarza i negocjatora. Encyklopedia - to ten co niby wszystko wie. Innymi słowy zawsze musi wiedzieć, by podpowiedzieć. Spoko. Mogę podpowiadać, to jest normalna pomoc. Ale niech to nie będzie pomoc typu jeleniowatego, że wszystko za kogoś mam robić... Terminarz, to ten co wie, kiedy jest każda klasówka, każdy sprawdzian, etc. Negocjator to ten, który wszystko załatwia z belframi, przekłada klasówki, etc. Ja nie mówię, że przestanę negocjować, przestanę pomagać. Bo w gruncie rzeczy to lubię, ale nie lubię gdy jestem traktowany właśnie przez pryzmat tych trzech zjawisk. Chyba nie jestem aż tak mało wartościowym człekiem by traktować mnie w ten sposób...
Jednak to już zostawiam pod rozwagę kolegów i koleżanek. Ja sobie poradzę bez nich, mnie potrzeba jedynie kilku bliskich, naprawdę bliskich osób. Tych, którym ufam. Tych, które ufają mnie. Tych, które słuchają co do nich mówię. To wystarczy. Dla tych ludzi wielkie dzięki. O kolegach, koleżankach prędzej czy później zapomnę... Niestety... Pamięć ludzka... Ale chyba tego nie będę żałował.
A tu pewne przesłanie do pewnej pani. Jak to przeczytasz to się domyślisz, że to chodzi o Ciebie. Przepraszam, że nie powiem tego "na żywo", ale nie chcę się narzucać moją osobą. Szkoda, że jest tak jak jest... Miałem nadzieję na coś większego... Chciałem przyjaźni. Niestety przyjaźń przeradza się teraz w związek konsumpcyjny, czyli taki, że jedyny raz gdy otwierasz do mnie swe usta jest wtedy gdy chcesz ode mnie zeszyt z historii (w ostatnio poniedziałek bodajże). Nie odpowiada mi takie coś. Ale rozumiem i Ciebie. Nie jestem tym, kim powinienem dla Ciebie być. Za bardzo się staram no nie... Wiem, ja też się nie odzywam. Nie odzywam się, bo widzę, że jestem dla Ciebie powietrzem. A pardon! Jak potrzeba jakiejś pomocy, to się nagle pojawiam. I dobrze! Jestem po to by pomagać... Ale nietylko pomagać w szkole, z pracami domowymi, etc. Wiem, że pewnie się za te słowa obrazisz i będziesz mi je wypominać, ale jestem na to gotowy. Chcę żyć dla Ciebie jak dla innych, ale Ty tego nie widzisz, panno... Ale też od razu przepraszam za te słowa. Wiem, że nie mnie oceniać innych, nie mnie osądzać wydawać opinie. Ja tak tylko piszę co tkwi w moim sercu. Przepraszam. Nie chcę Cię urazić... Ja może za dużo wymagam. Za bardzo się staram... Ale cóż - przyjaźń winna być z obu stron... A ode mnie to jest ciągłe spalanie się, a od Ciebie coś innego. Nie będę tego określał, sama to określisz najlepiej.
Ale taki już mój los. Słucham na polskim o bohaterach bajronicznych, werterycznych i jakoś w sobie dostrzegam ogromne pokłady tych dwóch typów...
Życie...
"Możesz splunąć w moją twarz bez zastanowienia..."
Ale ja to wszystko przejdę. Serce mam silne...
PS. Do pełni szczęścia brakuje tylko jednej, jedynej rzeczy... Ale to daleko jest... i chyba nie dla mnie... A może i dla mnie, a ja tu po prostu patrzę przez ciemne okulary? Chyba tak.
wtorek, 17 października 2006
Weekend, czyli jak to wędrowaliśmy...
Miniony weekend był dłuższy, znaczy objął jeszcze swoim zasięgiem piątek. Bardzo mnie to oczywiście ucieszyło. Poza tym cieszył mnie niesamowicie jeden fakt. W sobotę mieliśmy pojechać z Bartoszem na koncert Pidżamy Porno do Olsztyna. I słowo stało się ciałem. O godzinie 11:07 ruszyliśmy ze stacji Nidzica pociągiem osobowym. Po około godzinie zameldowaliśmy się w Olsztynie. I zaczęło się poszukiwanie szkoły pewnych niewiast, które to niewiasty miały nam towarzyszyć w czasie koncertu. Ta szkoła miała być fioletowa... A mówią, że daltonizm to choroba tylko męska. Jeśli ta szkoła była fioletowa to ja jestem ślepy ;). Niemniej jednak dzięki mojej spostrzegawczości trafiliśmy do właściwej placówki. Powitania, uściski, etc. Potem trochę wędrówki po Olsztynie i koncert. Godzina 17:30, klub Heaven w Olsztynie. Pod klubem tłum. Po chwili oczekiwania jesteśmy w środku. Bartosz płaci 5 PLN za szatnię i możemy iść na miejsce koncertu. Chwila oczekiwania i zaczęli. Całej imprezie patronowało hasło Nie pozwól im iść dalej. Taki transparent wisiał nad sceną, a pod tym napisem zdjęcia dwóch dobrze znanych PiSiorów i dwóch LPRuchów. Jednak w to się nie będę zagłębiał. Mogę napisać tylko, że cholernie to popieram.
Pierwsza piosenka - spokój. Ale już przy drugiej nogi same zaniosły mnie w tłum. Po raz pierwszy byłem wewnątrz młyna. I zakochałem się w tym zbiorowisku ludzkim. Taką wolność czułem, swobodę. Muzyka płynęła przez całego mnie. A były tam wielkie hity Pidżamy: Styropian, Marchef w Butonierce, Chcąc pokonać Babilon. Szkoda tylko, że to trwało tak krótko. Dwie godziny i już wracaliśmy. To, oraz brak tzw. supportu, zaliczę do minusów tego koncertu. Jednak plusy są przytłaczające. Wyszedłem z koncertu mokry i wielce szczęśliwy. Noc spędziliśmy w Olsztynie. A rankiem wracaliśmy... Z powrotem też wiąże się świetna historia. Pociąg o godzinie 8:52, autobus MPK z nami na pokładzie odjechał w kierunku dworca o 8:19. Niby wiele czasu, ale gdy autobus zaczął krążyć po osiedlach zrobiło się nieciekawie. Ale w końcu! O 8:40 zobaczyliśmy ulicę Dworcową (kto to był Dworcow? ;)) i nadzieja odżyła. A wcześniej było nieciekawie. Kierowca miał w lusterku widok prosto na mnie i jakoś dziwnie spoglądał na mnie po każdej "kurwie", którą rzucałem, gdy zbyt długo staliśmy na przystankach... 8:44, 200m do dworca. Plan jest taki: wypadamy z autobusu i pędem na dworzec, do kasy, to może jeszcze zdążymy... Ale nie! Skręcamy w Towarową. Z Bartka uszło w tym momencie powietrze, a ja zdołałem tylko wykrztusić soczystą "kurwę mać". Było pewne, nie zdążymy... Wpadliśmy na stację i zobaczyliśmy nasz piękny pociąg, który odjeżdżał. Następny pociąg... 14:49...Musieliśmy się zrujnować na PKS... I jakoś dojechaliśmy.
Ale już wtedy w głowach szaleńców zwanych Karlik i Skibi narodził się nowy pomysł. Spacer do lasu miejskiego. Z sentymentu do kolei poszliśmy do lasu po torach. Chwilę pospacerowaliśmy po lesie. Bardzo ładnym lesie. Tyle liści na podłożu, te wysokie drzewa. I ekologiczne powietrze. Jednak szybko wyszliśmy na skraj lasu... I tym skrajem doszliśmy nad rzekę, zwaną Wkrą, Nidą, czy jakoś tam. I tu kolejny szarlatański pomysł wpadł nam do głowy. Może warto by pójść w górę tej rzeki, przynajmniej kawałek. Przytaknęliśmy i poszliśmy. Początkowo było łatwo. Jednak później zaczęły się schody. Dopływy rzeczki odcinały nam proste przejście i trzeba je było obchodzić. Efektem tego były zmoczone buty, skarpety i spodnie. Ale warto było. Przebywanie na łonie natury uszlachetnia. I jeszcze te sarny! 100m od nas rzeczkę przekraczały sarny. Piękne, powabne, zrobiły to bezszelestnie i pognały przez pole do lasu... Ponadto nad rzeką widzieliśmy nory szczurze (chyba). Potem znaleźliśmy mostek i wróciliśmy do domu, w drodze zaś podziwialiśmy piękne formacje chmur.
Weekend oceniam na 6+. Najpierw genialny koncert, potem genialna niedziela. I wyczekuję teraz z niecierpliwością następnego wyjazdu na koncert. Takie rzeczy trzeba powtarzać. A do źródeł rzeki jeszcze dotrzemy. Na pewno! :)
Piosenki na dziś: wszystko Pidżamy Porno ;).
PS: Prósba do panny Migotki. Jam jest mało spostrzegawczy. Mogę nieopacznie popełnić błąd. Proszę o ujawnienie się, albo jakiś bardziej widoczny znak ;).
Pierwsza piosenka - spokój. Ale już przy drugiej nogi same zaniosły mnie w tłum. Po raz pierwszy byłem wewnątrz młyna. I zakochałem się w tym zbiorowisku ludzkim. Taką wolność czułem, swobodę. Muzyka płynęła przez całego mnie. A były tam wielkie hity Pidżamy: Styropian, Marchef w Butonierce, Chcąc pokonać Babilon. Szkoda tylko, że to trwało tak krótko. Dwie godziny i już wracaliśmy. To, oraz brak tzw. supportu, zaliczę do minusów tego koncertu. Jednak plusy są przytłaczające. Wyszedłem z koncertu mokry i wielce szczęśliwy. Noc spędziliśmy w Olsztynie. A rankiem wracaliśmy... Z powrotem też wiąże się świetna historia. Pociąg o godzinie 8:52, autobus MPK z nami na pokładzie odjechał w kierunku dworca o 8:19. Niby wiele czasu, ale gdy autobus zaczął krążyć po osiedlach zrobiło się nieciekawie. Ale w końcu! O 8:40 zobaczyliśmy ulicę Dworcową (kto to był Dworcow? ;)) i nadzieja odżyła. A wcześniej było nieciekawie. Kierowca miał w lusterku widok prosto na mnie i jakoś dziwnie spoglądał na mnie po każdej "kurwie", którą rzucałem, gdy zbyt długo staliśmy na przystankach... 8:44, 200m do dworca. Plan jest taki: wypadamy z autobusu i pędem na dworzec, do kasy, to może jeszcze zdążymy... Ale nie! Skręcamy w Towarową. Z Bartka uszło w tym momencie powietrze, a ja zdołałem tylko wykrztusić soczystą "kurwę mać". Było pewne, nie zdążymy... Wpadliśmy na stację i zobaczyliśmy nasz piękny pociąg, który odjeżdżał. Następny pociąg... 14:49...Musieliśmy się zrujnować na PKS... I jakoś dojechaliśmy.
Ale już wtedy w głowach szaleńców zwanych Karlik i Skibi narodził się nowy pomysł. Spacer do lasu miejskiego. Z sentymentu do kolei poszliśmy do lasu po torach. Chwilę pospacerowaliśmy po lesie. Bardzo ładnym lesie. Tyle liści na podłożu, te wysokie drzewa. I ekologiczne powietrze. Jednak szybko wyszliśmy na skraj lasu... I tym skrajem doszliśmy nad rzekę, zwaną Wkrą, Nidą, czy jakoś tam. I tu kolejny szarlatański pomysł wpadł nam do głowy. Może warto by pójść w górę tej rzeki, przynajmniej kawałek. Przytaknęliśmy i poszliśmy. Początkowo było łatwo. Jednak później zaczęły się schody. Dopływy rzeczki odcinały nam proste przejście i trzeba je było obchodzić. Efektem tego były zmoczone buty, skarpety i spodnie. Ale warto było. Przebywanie na łonie natury uszlachetnia. I jeszcze te sarny! 100m od nas rzeczkę przekraczały sarny. Piękne, powabne, zrobiły to bezszelestnie i pognały przez pole do lasu... Ponadto nad rzeką widzieliśmy nory szczurze (chyba). Potem znaleźliśmy mostek i wróciliśmy do domu, w drodze zaś podziwialiśmy piękne formacje chmur.
Weekend oceniam na 6+. Najpierw genialny koncert, potem genialna niedziela. I wyczekuję teraz z niecierpliwością następnego wyjazdu na koncert. Takie rzeczy trzeba powtarzać. A do źródeł rzeki jeszcze dotrzemy. Na pewno! :)
Piosenki na dziś: wszystko Pidżamy Porno ;).
PS: Prósba do panny Migotki. Jam jest mało spostrzegawczy. Mogę nieopacznie popełnić błąd. Proszę o ujawnienie się, albo jakiś bardziej widoczny znak ;).
niedziela, 8 października 2006
Ja wybitnie nie mam talentu do tytułów
Jak to mówi mój szef - redaktor naczelny "Naszej Gazety Nidzickiej" - najtrudniej jest wymyślić tytuł. Ma rację. A może to po prostu wynika z mojego twierdzenia, że w tym dzienniku tytuł nie jest ważny. On i tak nie obejmie wszystkiego co chcę przekazać w tej jednej nocie. To przejdę może od razu do rzeczy. Ostatnio przerzucałem, przenosiłem dane z komputera mojego brata na mój. I znalazłem na tymże dysku bardzo dużo bardzo dobrej muzyki. Jedną z piosenek, które jako pierwsze przesłuchałem jest piosenka zespołu Turbo - Dorosłe dzieci. Coby dużo nie mówić, piosenka mnie uzależniła od siebie. Jest genialna. Pozwolę sobie wkleić tekst.
Nauczyli nas regułek i dat,
Nawbijali nam mądrości do łba,
Powtarzali, co nam wolno, co nie,
Przekonali, co jest dobre, co złe.
Odmierzyli jedną miarą nasz dzień,
Wyznaczyli czas na pracę i sen.
Nie zostało pominięte już nic,
Tylko jakoś wciąż nie wiemy jak żyć.
Dorosłe dzieci mają żal,
Za kiepski przepis na ten świat.
Dorosłe dzieci mają żal,
Że ktoś im tyle z życia skradł.
Nauczyli nas, że przyjaźń to fałsz,
Okłamali, że na wszystko jest czas.
Powtarzali, że nie wierzyć to błąd,
Przekonali, że spokojny jest dom.
Odmierzyli każdy uśmiech i grosz.
Wyznaczyli niepozorny nasz los.
Nie zostało pominięte już nic,
Tylko jakoś wciąż nie wiemy jak żyć.
Dorosłe dzieci mają żal,
Za kiepski przepis na ten świat.
Dorosłe dzieci mają żal,
Że ktoś im tyle z życia skradł.
To mi właśnie gra w duszy. Ten bunt. Mnie nie odpowiada świat taki jaki jest. Takiego świata nie chcę. Tylko pogoń za kasą, szpan, przelotne znajomości. A ja tu tkwię. Jednak chcę coś tu zmienić. Wbijają mi do głowy jakieś głupie reguły, jakieś zasady, które wg nich są dobre. A kto to "oni"? To ten system, to ta mentalność, to ta rzeczywistość. Ta, która nieraz mnie przytłacza. Ta, która chce ze mnie zrobić swojego niewolnika. Ale niedoczekanie. Nie zakują mnie w mentalne kajdany. A jeśli zakują to mojego trupa. Ale przecież jest dobrze... Otaczają mnie przyjaciele, ludzie, którzy czują do mnie chyba to, co ja do nich... Nieraz chciałbym obalić ten cały system poprzez jakieś protesty, wziąłbym flagę i pognał na czołgi. Ale cała doskonałość tego wszystkiego polega na tym, że nie zniewala nas nic oficjalnie. Mogę walczyć z tą głupią mentalnością, z tą mentalnością. I będę walczył. Tylko nie wiem czy samemu starczy mi sił. Jednak serce mam mocne. Tym sercem zburzę mur. Mur międzyludzki, mur na tym świecie. Ale samemu też ciężko walczyć...
"A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!"
Jacek Kaczmarski - Mury
Runą... muszą...
Piosenki na dziś: Turbo - Dorosłe dzieci oraz Kaczmarski - Mury
Pytania na dziś: A może ja wyolbrzymiam? A może jestem po prostu przewrażliwiony?
Nauczyli nas regułek i dat,
Nawbijali nam mądrości do łba,
Powtarzali, co nam wolno, co nie,
Przekonali, co jest dobre, co złe.
Odmierzyli jedną miarą nasz dzień,
Wyznaczyli czas na pracę i sen.
Nie zostało pominięte już nic,
Tylko jakoś wciąż nie wiemy jak żyć.
Dorosłe dzieci mają żal,
Za kiepski przepis na ten świat.
Dorosłe dzieci mają żal,
Że ktoś im tyle z życia skradł.
Nauczyli nas, że przyjaźń to fałsz,
Okłamali, że na wszystko jest czas.
Powtarzali, że nie wierzyć to błąd,
Przekonali, że spokojny jest dom.
Odmierzyli każdy uśmiech i grosz.
Wyznaczyli niepozorny nasz los.
Nie zostało pominięte już nic,
Tylko jakoś wciąż nie wiemy jak żyć.
Dorosłe dzieci mają żal,
Za kiepski przepis na ten świat.
Dorosłe dzieci mają żal,
Że ktoś im tyle z życia skradł.
To mi właśnie gra w duszy. Ten bunt. Mnie nie odpowiada świat taki jaki jest. Takiego świata nie chcę. Tylko pogoń za kasą, szpan, przelotne znajomości. A ja tu tkwię. Jednak chcę coś tu zmienić. Wbijają mi do głowy jakieś głupie reguły, jakieś zasady, które wg nich są dobre. A kto to "oni"? To ten system, to ta mentalność, to ta rzeczywistość. Ta, która nieraz mnie przytłacza. Ta, która chce ze mnie zrobić swojego niewolnika. Ale niedoczekanie. Nie zakują mnie w mentalne kajdany. A jeśli zakują to mojego trupa. Ale przecież jest dobrze... Otaczają mnie przyjaciele, ludzie, którzy czują do mnie chyba to, co ja do nich... Nieraz chciałbym obalić ten cały system poprzez jakieś protesty, wziąłbym flagę i pognał na czołgi. Ale cała doskonałość tego wszystkiego polega na tym, że nie zniewala nas nic oficjalnie. Mogę walczyć z tą głupią mentalnością, z tą mentalnością. I będę walczył. Tylko nie wiem czy samemu starczy mi sił. Jednak serce mam mocne. Tym sercem zburzę mur. Mur międzyludzki, mur na tym świecie. Ale samemu też ciężko walczyć...
"A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!"
Jacek Kaczmarski - Mury
Runą... muszą...
Piosenki na dziś: Turbo - Dorosłe dzieci oraz Kaczmarski - Mury
Pytania na dziś: A może ja wyolbrzymiam? A może jestem po prostu przewrażliwiony?
czwartek, 5 października 2006
Kolejny zwykły dzień...
"Normalnie czuję duchowę potrzebę porozmawiana z Tobą o byle czym..."
Nighti, zwana Evą lub po prostu Ewą. Co mogę o Niej/o Tobie napisać? Wtargnęłaś w to moje życie jak wiatr. Wiatr ożywczy. Orzeźwiający. A przecież jeszcze do niedawna się mijaliśmy, gadaliśmy jakoś tak od czasu do czasu, nawet się nieraz obrażaliśmy. A dziś co? Dzień bez rozmowy jest dla mnie dniem straconym. I nie wiem co więcej pisać. Bo to jest tak wielkie. To mnie wypełnia od środka. To tylko niby 10 słów. Niby... Ważne są dla mnie i to bardzo. Uczyniły mnie dziś szczęśliwym. Fruwam, latam gdzieś po nieboskłonie. I się zamyślam i upuszczam łezkę. Łezkę szczęścia. Takich ludzi jak Ty nie spotyka się codziennie na ulicy. To jest coś niezwykłego. Opisać tego nie potrafię. Kocham Cię jak przyjaciółkę, jak siostrę, której nie mam...
'a jednak są łzy szczęscia, które spływają z oczy mych, i gładzą cicho moją twarz'
One są dzięki Tobie.
"I kto powiedział, ze wszystko jest bez sensu?"
Nikt tak nie powiedział. Wszystko ma sens. Gdzieś on zawsze jest.
"Niewiele Ci mogę dać, bo sam niewiele mam..."
Daję to co mogę, daję siebie, daję to co mam. To co czuję...
Tylko te kilometry. Ale ja je zniweluje. Za 1,5 roku...
Nighti, zwana Evą lub po prostu Ewą. Co mogę o Niej/o Tobie napisać? Wtargnęłaś w to moje życie jak wiatr. Wiatr ożywczy. Orzeźwiający. A przecież jeszcze do niedawna się mijaliśmy, gadaliśmy jakoś tak od czasu do czasu, nawet się nieraz obrażaliśmy. A dziś co? Dzień bez rozmowy jest dla mnie dniem straconym. I nie wiem co więcej pisać. Bo to jest tak wielkie. To mnie wypełnia od środka. To tylko niby 10 słów. Niby... Ważne są dla mnie i to bardzo. Uczyniły mnie dziś szczęśliwym. Fruwam, latam gdzieś po nieboskłonie. I się zamyślam i upuszczam łezkę. Łezkę szczęścia. Takich ludzi jak Ty nie spotyka się codziennie na ulicy. To jest coś niezwykłego. Opisać tego nie potrafię. Kocham Cię jak przyjaciółkę, jak siostrę, której nie mam...
'a jednak są łzy szczęscia, które spływają z oczy mych, i gładzą cicho moją twarz'
One są dzięki Tobie.
"I kto powiedział, ze wszystko jest bez sensu?"
Nikt tak nie powiedział. Wszystko ma sens. Gdzieś on zawsze jest.
"Niewiele Ci mogę dać, bo sam niewiele mam..."
Daję to co mogę, daję siebie, daję to co mam. To co czuję...
Tylko te kilometry. Ale ja je zniweluje. Za 1,5 roku...
wtorek, 3 października 2006
Godziny, jesień, allele, diploidalność i klasyczne pierniczenie Skibiego.
A może 22:24. Te zegarki to różne godziny pokazują. Niemniej jednak ok. 22:25 zaczynam pisać tę (tą, jedna cholera) notę. A teraz już 22:41. A wyszły dwa zdania. Na usprawiedliwienie powiem, że zbierałem myśli i robiłem herbatę malinową marki (rodzaju? gatunku?) Saga. Bardzo dobra jest, serdecznie (lub jak kto woli serdetschnie) polecam. Chciałem założyć okulary, ale niestety znów się rozpadły. Pewnie będzie trzeba je skręcić u optyka lub nowe kupić. Jak nowe to już wiem jakie. Lennonki! Albo takie na poł twarzy, okrąglutkie. A co! Jak pozwoli mi fundusz to może będą miały różowe szkiełka. Wykorzystać tu chcę naturalnie związek frazeologiczny o chodzeniu w różowych okularach. Zwykle mentalnie taki jestem. A w różowych, wielkich rowerach będzie mi do twarzy. Na języku polskim zaczęliśmy romantyzm. No to mi się podoba! Romantyzm to moja epoka. Na angielskim jak zwykle ciekawe rozmowy z miss profesor - no tak to można określić. Dalej już jakoś tam szło wszystko. Genialnym pomysłem jest to, że chcą nas ganiać po sobocie, byśmy byli na akademii z okazji 60 - lecia szkoły naszej. Naszej - dumnie to brzmi. Jestem tu już ponad rok i dalej traktuję ją jedynie jako instytucję edukacyjną, która ma mnie przygotować do matury, do studiów. A studia? Chyba Toruń. Najpewniej Toruń. Tak przynajmniej chcę, taki mam plan. to jednocześnie blisko i daleko od domu. Blisko, bo to tylko kilka godzin jazdy pociągiem z łatwą przesiadką, a daleko, bo przecież bliżej mam Olsztyn. Ale tam nie pójdę. Za blisko domu. To jest jeden argument przemiawający za Toruniem. Inny to pewna umowa z pewną niewiastą. Tylko czy opłaca się tam jechać na 5 lat, gdy mielibyśmy widywać się tylko rok...
Teraz chwila uwagi, bo będę przemawiał! Denerwuje mnie ta szkoła już. Czy nie można zrozumieć, że humaniście, gościowi, który chce być dziennikarzem, filozofem, albo kimś podobnym nie potrzeba do życia znajomości ORI (wiecie co to jest, więc nie będę ujawniał, wszak to podstawy są), wiedza o tym, że nasze komórki są homozygotami czy heterozygotami. No ale przecież, może jeszcze powiem "tak" biologii na maturze... Jasne. Wszak ja będę kolejnym Mendlem czy Bóg wie kim innym. Zresztą (proszę o zasłonięcie oczu dzieciom poniżej 18 roku życia) fuck biology, fuck chemistry, fuck przedmioty ścisłe. Z matematyki będzie mi potrzebna w życiu tylko obsługa kalkulatora. No wiem, i jeszcze logiczne myślenie... Ale to tylko teoria. Nie myślę logicznie, więc to mi się nie przyda. Z chemii też nic mi się nie przyda. Przecież ja nie będę chciał otrzymać w domu tlienku (VI) mietanu czy innego badziewia. Ja będę chciał obiad ugotować, będę chciał przyszyć sobie sam guzik, który mi odpadnie od koszuli. I dlatego postuluję wprowadzenie w klasach humanistycznych zamiast chemii, matematyki, fizyki, a w szczególności biologii - zajęć szycia, gotowania, itp. To się w życiu przyda... Ale nie... Taki jest system, dlatego nauki rzeczy przydatnych naprawdę odbywam w domu. I idzie mi to całkiem, całkiem.
Godzina już 23:08. A ja zamiast siedzieć przykładnie przed książka, siedzę przed monitorem i wklepuję na klawiaturze kolejne litery, znaki tworząca zdania. Zdania zaś tworzą przekaz. To jest normalne. A nie, że allel A jest dominujący, bo allel a jest recesywny. Wtedy ma mucha czerwone oczy... a może to kwiaty są czerwone? Chyba to jednak kwiaty.
A no właśnie. Jesień przyszła. Kap... kap... kap kap... kap kap kap. Pada deszcz, szaroburo się robi, słońca coraz mniej. Duża część znajomych jest zdołowana, względnie niezbyt szczęśliwa. Czy udziela mi się to? Jak to mówią: kapkę. Egzystuję od weekendu do weekendu. I dobrze mi z tym.
A przed chwilą zaliczyłbym koziołka z krzesła. Dosłownie koziołka matołka. Znaczy skibiołka. No tak to mogę nazwać. Na szczęście zrecznym przeniesieniem środka ciężkości na klatkę piersiową się uratowałem. Ufff... nie nauczę się z tej biologii. Takie życie. Lepszy dziennik niż biologia. Jak haploidalnie kocha to poczeka, tak mówi znany allel.
To chyba wszystko co mam dziś do powiedzenia. Jak widać gęba mi się nie zamyka, znaczy klawiatura mi się nie zamyka. Czyli, że palce dalej zręcznie po niej śmigają.
Toruń czy nie Toruń?
I pytanie dnia: Po co? No po co mi to wszystko?
Teraz chwila uwagi, bo będę przemawiał! Denerwuje mnie ta szkoła już. Czy nie można zrozumieć, że humaniście, gościowi, który chce być dziennikarzem, filozofem, albo kimś podobnym nie potrzeba do życia znajomości ORI (wiecie co to jest, więc nie będę ujawniał, wszak to podstawy są), wiedza o tym, że nasze komórki są homozygotami czy heterozygotami. No ale przecież, może jeszcze powiem "tak" biologii na maturze... Jasne. Wszak ja będę kolejnym Mendlem czy Bóg wie kim innym. Zresztą (proszę o zasłonięcie oczu dzieciom poniżej 18 roku życia) fuck biology, fuck chemistry, fuck przedmioty ścisłe. Z matematyki będzie mi potrzebna w życiu tylko obsługa kalkulatora. No wiem, i jeszcze logiczne myślenie... Ale to tylko teoria. Nie myślę logicznie, więc to mi się nie przyda. Z chemii też nic mi się nie przyda. Przecież ja nie będę chciał otrzymać w domu tlienku (VI) mietanu czy innego badziewia. Ja będę chciał obiad ugotować, będę chciał przyszyć sobie sam guzik, który mi odpadnie od koszuli. I dlatego postuluję wprowadzenie w klasach humanistycznych zamiast chemii, matematyki, fizyki, a w szczególności biologii - zajęć szycia, gotowania, itp. To się w życiu przyda... Ale nie... Taki jest system, dlatego nauki rzeczy przydatnych naprawdę odbywam w domu. I idzie mi to całkiem, całkiem.
Godzina już 23:08. A ja zamiast siedzieć przykładnie przed książka, siedzę przed monitorem i wklepuję na klawiaturze kolejne litery, znaki tworząca zdania. Zdania zaś tworzą przekaz. To jest normalne. A nie, że allel A jest dominujący, bo allel a jest recesywny. Wtedy ma mucha czerwone oczy... a może to kwiaty są czerwone? Chyba to jednak kwiaty.
A no właśnie. Jesień przyszła. Kap... kap... kap kap... kap kap kap. Pada deszcz, szaroburo się robi, słońca coraz mniej. Duża część znajomych jest zdołowana, względnie niezbyt szczęśliwa. Czy udziela mi się to? Jak to mówią: kapkę. Egzystuję od weekendu do weekendu. I dobrze mi z tym.
A przed chwilą zaliczyłbym koziołka z krzesła. Dosłownie koziołka matołka. Znaczy skibiołka. No tak to mogę nazwać. Na szczęście zrecznym przeniesieniem środka ciężkości na klatkę piersiową się uratowałem. Ufff... nie nauczę się z tej biologii. Takie życie. Lepszy dziennik niż biologia. Jak haploidalnie kocha to poczeka, tak mówi znany allel.
To chyba wszystko co mam dziś do powiedzenia. Jak widać gęba mi się nie zamyka, znaczy klawiatura mi się nie zamyka. Czyli, że palce dalej zręcznie po niej śmigają.
Toruń czy nie Toruń?
I pytanie dnia: Po co? No po co mi to wszystko?
Subskrybuj:
Posty (Atom)