poniedziałek, 19 lutego 2007

Być maszynistą.

1:06 - pierwsza zero sześć. Czyli idealna pora bym usiadł ze szklanką herbaty i napisał kilka słów do dziennika. I już 1:49. A zdania dwa. Oto właśnie moje pisanie. Ale cóż. Teraz się sprężę.

Pierwszy temat. Hmmm... obserwuję to, że kilka osób z mojego otoczenia ma problem z jednym tematem - "ojciec" - znaczy się coś z ich (z moim też) ojcem jest źle. Ktoś pytał się mnie kiedyś czy ja nie odczuwam jakiegoś dyskomfortu gdy mówię o moim ojcu. Odpowiedź brzmi nie. Każdy, kto zna mnie trochę choć wie, że mój ojciec to alkoholik. No cóż. Sam to mówię - gdyby miał inny charakter to zapewne miałaby moja rodzina dziś przysłowiowe mleko z miodem lub choćby dobry chleb z dżemem. A tak - jest jak jest. On już pić nie przestanie - po dwudziestu latach picia to niemożliwe. Ale też nie jest takim typowym alkoholikiem. Coś tam jeszcze robi zawodowo. Pracuje - codziennie rano wychodzi do pracy. Tylko nie dochodzi każdego dnia do niej, albo po niej idzie się napić. Moje kontakty z nim są złe. Jakie to dziwne, że gdy jest pijany to jest taki rozmowny. A jak trzeźwy to nic nie gadamy. To już za późno na gadanie, wychowywanie. Jak to nieraz grozi po pijaku: "Ja cię jeszcze ustawię". Hahaha... pusty śmiech. Już mnie nie nastawi. Zrobiła to mama. I wykonała to zadanie dobrze. Nie trzeba poprawek. Całe szczęście w nieszczęściu, że alkohol go uspokaja, rzekłbym usypia. Choć ma swoje głośne chwile. Wtedy właśnie chciałby mnie ustawiać, włącza mu się agresja. Ale i ja nie pozostaję dłużny. Ile to już razy mu wykrzykiwałem, że nie jest moim ojcem. Bo nieraz wolałbym, żeby go nie było. Choć w tym samym momencie gryzę się w język. Nie wiem czy na jego pogrzebie będę płakał, ale wiem, że nie życzę mu by pogrzeb jego nastąpił szybko. Nikomu śmierci nie życzę. Nawet Husajn nie zasłużył na śmierć. Winien zginąć w więzieniu o chlebie i wodzie... A tak to "oszczędzono" mu męczarni... A następnym w kolejce na śmierć powinien być największy światowy terrorysta - Bush. Choć i to nic by nie dało... Oko za oko? Po co? Dlaczego? Zemsta? Nie...

Wracając do tematu ojca. Gdy już zaczniemy kłótnię to jest krzyk... I coraz bardziej i częściej świerzbią mnie ręce. Tak bym z miłą chęcią nieraz rozwalił mu nos, kopnął, uderzył jednym słowem. Ale coś mnie powstrzymuje. Chyba jakiś instynkt... Po co? Po co mam być agresywny? I tak wystarczy mi stres, który często mi wywołuje ten stary człowiek... Bić go nie będę... Chyba. Jeszcze nie wiadomo co się stanie. Za rok się z tego domu wyprowadzę... Będę tu "gościem". Pewnie nic się nie zmieni. On dalej będzie pił... Aż w końcu przyjdzie dzień rozstania z tym światem. A to jest dziwaczne... Tyle pije... zdrowie powinno mu się dawno rozsypać... Ale nie. Zdrów jest jak ryba :|. Do czasu... Czy zapłaczę na jego pogrzebie? Nie wiem. Czy będzie mi go brakło? Pewnie tak. Nieraz jest sensownym człowiekiem...

I co to ma do rzeczy z innymi ludźmi. Jak już napisałem, kilka czytelniczek tego dziennika ma problemy z ojcami, podobne lub mniej do mojego. I do czego zmierzam? Słucham ludzi, którzy o tych problemach mówią. I tak się zastanawiam. Jakim ja będę ojcem? Takim jak mój nie będę... Szkoła życia to jest. Obserwuję i widzę. Alkohol - tak, ale tylko dla mądrych. Alkohol rozpierdziela wiązania w rodzinie. Taka jakby chemia. Mamy cząsteczkę rodziny. Gdy do cząsteczki tej dodamy alkohol w nadmiarze dochodzi do rozerwania/osłabienia wiązań. I tak jak słucham, gdy mówicie mi o tych problemach to jest mi jakoś wstyd... Bo to ja będę ojcem - dziewczyna z natury rzeczy ojcem nie będzie. Ale myślę, że nie będę takim ojcem jakiego mam, ani takim jakiego znam z waszych opowieści. Będę się starał jak mogę. Choć nie ma co planować życia na zaś. I tego nie robię. Bo może i on się stara, ale za mało. Nie wychodzi mu to. I nie wierzę by wyszło. Ostatnio odbyłem rozmowę z sąsiadką. Tu taka dygresyjka. Czasem wydaje mi się, że dorosłość zaczyna się, gdy ludzie dorośli rozmawiają z człowiekiem jak równy z równym. To oznacza, że już chyba jestem dorosły. Ogólnie jakoś zawsze uważałem, że dojrzałem jakoś szybciej. Choć wiadomo - jeszcze wiele przede mną. Ale już chyba dzieckiem nie jestem. Ale jeszcze mam w sobie dziecko. Każdy ma w sobie tego wewnętrznego dzieciaka. Bo to jest tęsknota za młodością, za beztroską... A wracając. Sąsiadka słyszała awanturkę ojciec - syn, a nawet fragment widziała. Ale jakoś nie czułem żadnego zażenowania rozmawiając z nią o tym... Czy to źle? Czy to świadczy jakoś niekorzystnie o mnie? Wiem jedno. Nigdy nie będę się wstydził mówić o tym. Bo to nie on świadczy o mnie, ani ja nie świadczę o nim. Każdy ma swoje własne świadectwo, a ocenianie kogoś przez pryzmat rodzica, albo rodzica przez pryzmat dziecka to mijanie się z celem. On to on, a ja to ja.

I patrzę, że trzeba walczyć ze słabościami. Każdego dnia walczę. Nieraz wygrywam, nieraz przegrywam. Ale nie rezygnuję z walki. Słabości trzeba pokonać, bo one odbierają mi wolność.

I minął pierwszy tydzień ferii. Nie narzekam na nudę, jakoś tak zauważyłem, że im starszy jestem tym rzadziej się nudzę... A może tak się tylko łudzę? Nie uważam swojego życia za nudne, mimo że nie jeżdżę w Tatry albo Alpy na każdy wypoczynek, mimo że nie mam domku nad jeziorem ani auta. Na to ostatnie zresztą jeszcze nie czas. Ja zawsze znajdę sobie jakieś zajęcie, a jak już jestem wśród ludzi to nie ma mowy o nudzie. Absolutnie. I jestem szczęśliwy z tego co mam i tego co nie mam też.

I koncert był w sobotę. Koncert zorganizowany przez księdza. Zaproszono trzy kapele. Udałem się naturalnie na ten koncert. I się nie zawiodłem. Kawał dobrej muzyki posłuchałem. Pierwsze dwie kapele śpiewały głównie o Bogu. Mnie to nie przeszkadza, wszak nie jestem ateistą ani wrogiem religii. Ale wkurzała mnie rzecz jedna. Ten ateizm... to jakieś takie wrogie nastawienie do Kościoła. Kurna, jakie to modne teraz... I ci och ach luzaki wymachujące dłonią złożoną w charakterystyczny znak diabła, czy jak to tam określić, zresztą każdy wie o co chodzi. Nikt nikogo nie zmusza by chodził po ulicy i śpiewał religijne pieśni, albo biegał i opowiadał ludziom jaki to on wierzący. Tak samo nikt chyba nie powinien pchać się na taki koncert z zamiarem pokazywania takich rzeczy. Zresztą wiara to rzecz indywidualna. Chyba człowiek musi zawsze w coś wierzyć. Jeden wierzy w Boga, drugi w diabła, trzeci zaś w mamonę. Ale zawsze w coś wierzy... Moje poglądy na wiarę są zbyt skomplikowane. Ale wolę takie niż wykreowany ateizm... Zajrzy im śmierć w oczy albo zaczną się w życiu kłopoty... uciekną do kościoła najprędzej. Tego nie lubię. Albo wierzę, albo nie. Choć nie mi oceniać. Sam do kościoła nie chodzę, ale nazywam siebie człowiekiem wierzącym. Bo wierzę. Tylko inaczej. Nie będę nigdy chodził w koszulce z Jezusem czy Maryją. Bo to nie powinno być na wierzchu i na pokaz. To ma się w sercu.

I jest tak - chyba każdy to ma. Jest człowiek. I ten człowiek wiemy, że jest do nas nastawiony źle, wrogo. I wiadomo, że rozmowa z nim nie będzie przyjemna. Ale jakoś tam "rozmawiamy". I ten ktoś mówi jakieś słowa. Wiadomo, że nie są one po to by dać nam radość, spokój. Najczęściej krzyczę na takie słowa gdy padają, że są bzdurne. I tak samo gdy "wróg" obraża przyjaciół moich. Ale to jest taka bomba z opóźnionym zapłonem. W pierwszym momencie krzyczę "Bzdura!"... Ale i tak w tym momencie te słowa trafiają do głowy. I się zastanawiam, zaczynam obserwować... I po pewnym czasie, pewnych faktach i obserwacjach dochodzę nieraz do wniosku, że może i ten ktoś ma nieraz rację... I jak z tego konkluzja? Żadnej nie ma. Życie pokaże co się ułoży, a co nie. Co się rozpierdzieli, a co przetrwa. I ludzie też to pokażą. Bez ludzi nic się nie stanie.

I na koniec dobry cytat z ostatniego koncertu.

Ox - Czwarty

jeszcze nie teraz, nie, nie, jeszcze nie czas
jeszcze nie teraz, tak, tak, zarobić coś
jeszcze nie teraz, tak, tak, wyszaleć się
jeszcze nie teraz, o tak, mam jeszcze czas
jeszcze nie teraz, nie, nie, nie
tyle rzeczy jeszcze do zrobienia - czasami
jeszcze nie teraz... tak wiem!
byłoby głupio przecież przed kumplami
na poznanie Boga jak mówią - zawsze jest czas
przecież dziś nie umierasz
w głowie pieniądz, zabawa i kariera, a więc może później
ale jeszcze nie teraz
to nic, że ludzie nagle umierają,
to nie, że śmierć nagle zaskakuje
ciebie to nie spotka - hehehahahaa
ktoś tu oszukuje
masz swoje plany, swoje cele
dom samochów i na lewo trochę kasy
każdy tak robi więc i ty nie czujesz się winny
ale pamiętaj nie znasz dnia ani godziny

a mogło być tak pięknie
mogłem poznać Boga i żyć z nim
ale ktoś mi powiedział... że mam jeszcze czas


Interesujące... I godne przemyślenia.

A przecież to ojciec nasz, który jest niemy... którego nie ma... Ma różne obrazy, ale i tak przecież wiersz "NN próbuje sobie przypomnieć słowa modlitwy" mówi o wierze w Niego. Mimo, że jest niemy...to mówi.

niedziela, 4 lutego 2007

Gdyby? Gdyby! Gdyby. Gdyby...

ona chyba ma trochę racji... a nawet sporo.
uważam Cię za sensownego człowieka, szczerego człowieka. jeżeli coś Cię boli, to mów o tym otwarcie, nie ukrywaj się po kątach w swojej Utopii, którą jak widać odwiedza dużo znajomych Ci osób...


Zapytacie czyje to słowa? I po co właściwie tu się znalazły. Otóż to komentarz Panny M. po nocie, która wywołała swoistą burzę w kontaktach moich z pewną osobą. No ale po co to wszystko? Po co jakiś stary komentarz?

Wczorajszy najazd na Samca wyszedł mi i eS. nadwyraz piorunująco ;> [momentami chyba za bardzo, ale eM. sam na to zasłużył !]
mam nadzieję, że do Niego dotarło ;]
jaśniej nie mogłam...
przykro mi, że zrobił się taki sajgon :|
wychodzę jednak z założenia, że nawet jak byśmy się poznali wieki temu, to nic by z tego nie wyszło...
za dużo podobieństw...
eM słusznie stwierdził, że czuje się jak zabawka...
unikałam tego jak mogłam, nie chciałam żadnej gry.
wyszło inaczej...
nie dałam Mu szans...
zabiłam nadzieją, którą się żywił...


To taka rozgrzewka. To może jeszcze mały psikus. Jednak to co przeczytałem w nocie w całości praktycznie poświęconej mojej osobie spowodowało u mnie nagły atak furii, łez, wściekłości, bezsilności... Bo uległaś! A mówiłaś, że sama sobie wypracowujesz opinię o ludziach... A guzik prawda. Jakiś znawca lub znawczyni naopowiadała Ci czegoś o mnie. No ale tak z pamięci spróbuję to odtworzyć co przeczytałem. "Jaki to udawany romantyk, co za męczennik... Taka kwintesencja krótkiej acz treściwej noty. I co to ma wszystko wspólnego ze sobą? Tekst pierwszy zacytowany przeze mnie na początku, kolejne dwa i ten ostatni są autorstwa jednej osoby... Ta, która mnie samego ganiła za to, że piszę coś o innych w swoim dzienniku zrobiła sobie ze swoimi znajomymi pośmiewisko na łamach swojego bloga. Nie wiedziałbym o tym, gdyby nie moje jakieś podejrzenie, że jednak bloga nie zawiesiłaś... Szukajcie, a znajdziecie! Znalazłem, poczytałem, zrozumiałem. I nic to, że to były emocje. U mnie też wtedy były emocje... I co? I można było ganić. A ja nie mogłem zareagować... Trudno. Na drugi dzień i tego bloga nie było... Bolała to wszystko co czytałem jak jasna cholera. Takie życie. Sama podjęłaś decyzję. Słusznie stwierdziłem. Byłem dobrym misiem przytulanką... To też może po części komplement. Ale już dziękuje za takie. Nigdy więcej. Nigdy więcej nie będę misiem przytulanką!

Od tamtej pory rozmawialiśmy tylko na rozmowie pożegnalnej w parku... Nie... czy to było wcześniej. Nevermind. Dokonałaś wyboru. A dziś co? Dziś nie mówię Ci cześć... Nie przechodzi mi to przez gardło. I widzę jego... Och jaki uśmiechnięty, och jaki wesoły. Ale spoko, mnie też smutnego wielce nie widzi. Zmądrzałem, zrozumiałem. Ale padł jakiś mit, ten taki blichtr... Tej naszej bliskości. Upadło to coś co było. A nagle w jeden dzień coś się rozwaliło. Z mojej winy? Nie. Z Twojej? Chyba tak. Ale podkreślam Twój wybór. Nic nie nalegałem, nic nie prosiłem. Tylko szkoda, że doszło do takich rzeczy, które teraz krzyżują znów powrót do starych kontaktów. Przynajmniej mi... Ale może jeszcze kiedyś coś się uda. Ale tego nie osiągniemy staraniami jednej strony.

Bo jak napisałem. Tamten rozdział skończony. Zakończony jakąś klauzulą. Ale ostatnio odbudowaliśmy kontakty z panną E.. Wspólnymi siłami. Czy jest jak dawniej? Ja uważam, że tak. Nie wiem jak Nighti. Ale tu też pokazało się coś. Potrzebowaliśmy dwóch miesięcy by ochłonąć po wszystkim, by spojrzeć na to wszystko z dystansem. I może w tej sytuacji też będzie trzeba tyle czasu. Choć sytuacje te są diametralnie różne. Ale wracając do rozdziałów. Tamten rozdział dobiegł końca, ale to nie znaczy, że przeminął bezpowrotnie. To jest tak jak w książce. Kończymy czytać jeden rozdział. Ale nie znaczy to, że do niego wrócić nie możemy. Choć nie... do takiego rozdziału wracać nie chcę. Ale nie znaczy to, że postaci występujące w tym rozdziale nie powrócą. Mogą powrócić w następnym rozdziale. Ale już w innym krajobrazie, okolicznościach, scenerii... Życie wszystko jeszcze pokaże. Ja przed nikim, przed niczym się nie zamykam. Co będzie, to będzie. Życie jest pełne niespodzianek.

Hmm... raczej kariery w prasie nie zrobię. Nie nadaję się. Sam to widzę. Piszę jak mam natchnienie. Jakoś tak z musu nie potrafię, że co tydzień musi być jakiś ciekawy temat, ciekawe coś tam... Po prostu zdałem sobie sprawę ze swoich możliwości.

A wracając do gdyby. Też to macie? Gdybanie... Kurna mać. Nie lubię tego, choć jednocześnie lubię. I często zdarza mi się ostatnio w takie nastroje popadać. Tu kilka zdań postawię. Może ktoś odpowie. Pytania będą raczej bez żadnej hierarchii występowania w mojej głowie ostatnio. Choć może...

Co by było gdyby(m):

* urodził się i mieszkał w Toruniu?

Z pewnością nie poznałbym P.M., a także wielu innych świetnych ludzi z Nidzicy. Pewnie nawet o takim mieście bym nie wiedział. Czy znałbym Ewę? Niepowiedziane, ale z pewnością gdyby to wszystko toczyło się jak toczyło, byłoby więcej możliwości. Może byłbym szczęśliwy dziś? A może nie...

* mieszkał przy Ulicy Konopnickiej?

Primo - chodziłbym do szkoły nr. 2. Secundo - pewnie poznałbym P.M. wcześniej. I może dziś wszystko wyglądałoby inaczej... A może nie... Może mijalibyśmy się jako zwykli sąsiedzi...

* złożył papiery do klasy matematyczno - geograficzno - historycznej?

A świtało mi to we łbie. Było to rozważane... A tak pewnie dziś mielibyśmy inne stosunki. Ogólnie byłoby inaczej. Ale też nie miałbym przyjaciółki w osobie Natalii, nie miałbym przyjaciela Tomka. Czyli też wszystko byłoby inaczej. Ale może byłoby lepiej... A może nie...

* któregoś razu pogadał z P.M. gdy do mnie na gg zagadała?

Tu sama pisałaś, że może byłoby inaczej. Ale nie zwalam wszystkiego teraz na karb jakiejś tam jednej rozmowy, której nie było. Bo to nie przez nią się nie udało...

* mój ojciec był człowiekiem normalnym?

Znaczy jakby nie pił. Facet ma fach w łapie. Ale ma chujowy (inaczej tego określić nie można) charakter. Alkohol to wielki wróg. W nadmiarze. Rozpieprzył relacje rodzinne. A tak może dziś miałby swój warsztat, a nam wiodłoby się inaczej w życiu... A może nie...

* nie był taki jaki jestem?

Kilka osób mi powiedziało, że ponoć ludzi przyciągam do siebie. Może i tak. Miło naprawdę to słyszeć. A gdybym taki nie był. Pewnie byłbym odludkiem. Pewnie miałbym wrogów, a nie przyjaciół. A może nie...


* nie miał Przyjaciół?


Nie poradziłbym sobie w życiu. Z całą pewnością. Zgubiłbym się gdzieś na pierwszym zakręcie. Albo walczyłbym sam z życiem. A może nie...

I jeszcze wiele zdań z gdyby.... Z pewnością wrócą na łamy dziennika. A jeśli ktoś chce się do tych odnieść to proszę bardzo. Otwarte jest każde pytanie. Piszę ostatnio rzadziej. Jakiś kryzys. Ale postaram się z niego wyjść. Choć nie będę też pisał na siłę. Mam wenę - piszę. Proste.

A gdyby mnie nie było... Takie też pytanie się nasuwa. Jakby to wszystko wyglądało?

O. I zapuściła mi się w słuchawkach Dziewczyna bez zęba na przedzie zespołu Kult...

Czy myślałaś o tym co się stać może między nami dwojgiem
Tu stać się może coś nowego
Czy myślałaś o tym co się stać może między nami dwojgiem
Tu stać się może coś strasznego
Czy myślałaś o tym co się stać może między nami dwojgiem
Tu stać się może coś nowego
Słuchaj, słuchaj, słuchaj mnie jeszcze
Tu stało się przecież coś dobrego


Te teksty jednak jakby pisane dla określonych okoliczności...

PS. A może łatwiej powiedzieć tak...

Między nami nic nie było!
Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych,
Nic nas z sobą nie łączyło
Prócz wiosennych marzeń zdradnych;

Prócz tych woni, barw i blasków
Unoszących się w przestrzeni,
Prócz szumiących śpiewem lasków
I tej świeżej łąk zieleni;

Prócz tych kaskad i potoków
Zraszających każdy parów,
Prócz girlandy tęcz, obłoków,
Prócz natury słodkich czarów;

Prócz tych wspólnych, jasnych zdrojów,
Z których serce zachwyt piło,
Prócz pierwiosnków i powojów
Między nami nic nie było!


Adam Asnyk
5 kwietnia 1870


A może nie...