W końcu tego dokonam, pokonam samego siebie, swój strach (przed czym?) i napiszę nową notę. Dziwne, kiedyś przychodziło mi to z łatwością, a teraz rozmyślam, zastanawiam się, kilka not było w fazie przygotowawczej, a i tak wylądowały w koszu i tak czas ucieka. Dziś jednak pomyślałem: "ta koncepcja będzie dobra". Nie elaboraty o wszystkim i o niczym, ale może trochę krócej i konkretniej. Na ile to wyjdzie, nie wiem, ale miejmy nadzieję, że pomysł się sprawdzi i że nadal są jacyś czytelnicy Dziennika.
Każdy kto mnie zna jakoś bliżej, wie skąd się wywodzę. Nigdy nie ukrywałem tego, że ojciec mój jest pijakiem. Bo co tu ukrywać? O tym już kiedyś pisałem. Pijaństwo oczywiście przynosi masę złych rzeczy do życia. Boję się tego, że mogę powielić nieudane rodzinne życie ojca. I nie chodzi tu o możliwość wpadnięcia przeze mnie w alkoholizm, ale o to, że mogę tak jak on zupełnie spierdolić kontakt z najbliższymi. Alkoholizm mi nie grozi. Taką przynajmniej mam nadzieję i wiem, że to będzie tylko zależne ode mnie czy ulegnę pokusom, czy nie. Boję się tego, że coś w życiu pójdzie nie tak sprowadzając mnie na złą drogę.
Paradoksalnie jednak tytuł noty mówi o dobrych stronach pijaństwa. Dobrych?! - zapyta ktoś. Jakie mogą być dobre strony tego, że ma się ojca pijaka, który nigdy na rodzinę nie łożył, unikał wszelkiej odpowiedzialności, nie dał żadnego dobrego przykładu? Pierwszą i najważniejszą korzyścią jest właśnie ten kontrast, do którego chcę w życiu dążyć - chcę być zupełnie inny od niego. Chcę skończyć te pieprzone studia, znaleźć pracę i utrzymać swoją rodzinę, stworzyć tam miejsce szczęścia. Drugą jest nauka życiowa - widzę jaki jest on i uciekam, ratuję się wszelkimi możliwymi sposobami, by takim nie być!
Dlatego też poszedłem do pracy. Po co siedzieć z założonymi rękoma w czasie studiów i liczyć na to, że gwiazdka z nieba spadnie? 5 lat studiów (jeśli dobrze pójdzie) i potem iść z CV do pierwszej pracy, a tam w rubrykach doświadczenie, szkolenia pustki. Przecież pracodawca by mnie wyśmiał. Za krótkie to życie jest, bym je marnował na "studiowanie" - wykłady, ćwiczenia, picie, zabawy, wykłady. Mam dwie ręce, dwie nogi, sprawny jestem fizycznie i umysłowo, więc nie będę marnotrawił czasu. I pracuję, łączę to jakoś ze studiami. Napisać ten licencjat, skończyć stopień pierwszy, a potem przystanąć i zastanowić się co dalej. Pewnie dalej będą studia dzienne, ale postaram się łapać jeszcze więcej pracy.
A gdyby to życie rodzinne wyglądało inaczej? Gdyby tatuś nie był pijakiem? Fachmanem jest świetnym, ma duże umiejętności, ludzie chwalą to co robi. Gdyby nie wódka, mógłby mieć własny warsztat, a my z bratem bylibyśmy teraz jego wspólnikami. Studia traktowałbym jako fanaberię, robiłbym je dla frajdy. Miałbym może nieograniczony zasób kasy, bo wystarczyłby sms czy telefon i konto napełniałoby się kasą, którą trwoniłbym na imprezy. Czy byłoby to lepsze życie? Nie znałbym innego, więc pewnie nie zastanawiałbym się nad tym. Ale pewnie byłbym też innym człowiekiem - może leniem bez szacunku dla pracy, pieniądza. Buńczucznym narcyzem skupionym na własnych potrzebach. I Bogu niech będą dzięki za te problemy z ojcem. To jest właśnie szkoła życia. Dzięki tej szkole wiem, że pieniądz też jest ważny. I teraz, kiedy zarabiam własne pieniądze ich wartość doceniam po dwakroć. Każdą złotówkę dwa razy w palcach obracam przed wydaniem, ale też nie skąpię. I dumą napawają mnie dobra słowa o moim gospodarowaniu, które słyszę od Brata czy Mamy.
Ale nie spocznę na laurach. Jeśli nie ta praca, to inna. Rozwój, rozwój i jeszcze raz rozwój! Szkolenia, praca, doświadczenie. I niech to będzie dobrym drogowskazem. Niech mój sukces będzie dobrym skutkiem ojcowego alkoholizmu.
Przepraszam za tak długie milczenie. Pora wrócić. Po raz kolejny.
czwartek, 7 kwietnia 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)