niedziela, 28 stycznia 2007

Miało być długo, będzie krótko.

Moi przyjaciele mówią mi
Bracie, co ci jest?
Nie żałuj nic, wyobraź sobie
Że to był tylko sen
Obudź się i z nami chodź
Skończyła się już noc



Skończyła. Dowiedziałem się o tym w poprzednią sobotę. Cały tydzień był dla mnie koszmarem... Ot tak to wszystko się skończyło... Decyzja podjęta i koniec. Niby tak. Ale jednak nie. Nic się nie skończyło. W jednym momencie coś pękło we mnie. Bo się po prostu, po ludzku zawiodłem. Zawiodłem na słowach, na czynach. I nawet dziś, gdy już minął ten tydzień i powinienem przywyknąć do tego wszystkiego, to dalej mam okresy dnia, w których obrazy stają znów mi przed oczami. A wczoraj... Zdziwiłem się. Rozmawialiśmy. Lżej mi było po tej rozmowie... Choć mam nadzieję, że nie widziałaś słabego eM. gdy odchodziłem w swoją stronę od bramy parku.

Czasem płaczę, bo chce mi się płakać.
Wtedy czuję, że uchodzi ze mnie złość.

Dżem - Mała Aleja Róż

Uchodzi ze mnie złość, uchodzi ze mnie zło... Łzy to dobry czyściciel duszy. Tylko czemu tak kontrowersyjny u chłopaka? Czy tylko kobiety/dziewczyny mogą płakać? Nieraz wydaje mi się, że tak to zostało przyjęte. A to guzik prawda. Mam w głębokim poważaniu takie reguły. Chłopaki też płaczą. I tyle. A jak się komuś nie podoba, to nie musi się zadawać z tak zwanymi "mięczakami". Ale taki mięczak częstokroć jest silniejszy niż te wszystkie napakowane durnie z ilorazem inteligencji filodendrona... I takie jest moje spojrzenie na to wszystko. Bo liczy się siła psychiki, siła serca. Nie potrzeba mi dużej siły fizycznej. Jakoś nie widzę siebie na siłowni, przerzucającego tony, a potem wożącego się po mieście koksa. Ja to ja - innego nie ma.

I przez te dwa ostatnie miesiące taką siłę zyskałem. Siłę życiową. Dziś mogę powiedzieć, że jestem mądrzejszy i bogatszy o doświadczenia. Wykorzystam je w dalszej drodze. Bo ten kto nie stoi w miejscu ten się cofa. Jak to mówiłem: Jeśli teraz się nie uda zawinąć do portu to płynę na mieliznę.... Nie. Nie płynę. Bo na mieliźnie jest jeszcze niebezpieczniej niż na wodach wielkiego oceanu. To nic, że na oceanie są góry lodowe, miny. Ten właśnie ocean jest oceanem mojego statku i po nim będę żeglował zawsze.

I paradoksalnie rzecz biorąc te dwa ostatnie miesiące przyniosły mi skutki negatywne, ale i pozytywne. Negatywy są wiadome raczej, spustoszenie... Ale pozytywy. Po pierwsze - zmiany w kontaktach z ludźmi. Po drugie - nauka życia. Po trzecie - poznanie samego siebie. Bo to wszystko miało sens. Była wiara, była nadzieja. Obydwie zostały zawiedzione.

I rozdział się kończy. Wczoraj napisano jego ostatnią kartkę. Kończy się rozdział szalonych dwóch miesięcy. Zaczyna nowy. Koniec prawie zawsze jest początkiem. Ale to, że ten rozdział się kończy nie znaczy, że kończy się wszystko. Wszak czytając książkę możemy swobodnie wrócić do wcześniejszego rozdziału, albo postaci z poprzedniego mogą wrócić w kolejnym, albo w jeszcze dalszym w nowych rolach, okolicznościach. Drzwi mojego serca się nie zatrzasnęły. A to dziwi przyjaciół, którzy mówią, że powinny. Nie, nie powinny. Nie mam powodu by teraz się zamknąć.

Stanę się zgorzkniały i stracę zaufanie do ludzi, bo zawiódł mnie jeden człowiek. Będę ział nienawiścią do tych, co odnaleźli swoje skarby, bo ja sam nie dotarłem do mojego. I zawsze będę dbał tylko o tę odrobinę, którą posiadam, bo jestem za maluczki by mieć cały świat.

Paulo Coelho - Alchemik

Tak się nie stanie. Ja będę dążył do celu. Znajdę w końcu to wszystko. Dojdę na koniec świata, spojrzę prawdzie w twarz i będę szczęśliwy. Ludzie mówią, że jestem silny. Chyba jestem. Brak koledze odwagi by spróbować. Boi się, że dostanie kosza. Czyli przekreśla swoją szansę przed początkiem. Boi się zagadać, podejść. A powinien uwierzyć. Oby uwierzył. I nie bał się. Bo to nic strasznego. To nauka. Nauka życia.

Jest 3:40. A ja jeszcze mam trochę do napisania. Przedwczoraj znów mi ktoś powiedział, że mi ufa. Zaufano mi po raz kolejny. I to zaufała osoba, o której słyszałem, że jest nieufna i potrzebuje dużo czasu na zaufanie. A jednak co? Pierwszy spacer, wcześniej rozmowy na gg, poznawanie się przez wspólnych przyjaciół. Wielka rzecz to zaufanie. A jeśli sobie na nie zasłużyłem to jeszcze bardziej mnie cieszy. To taki wstęp do jednego z dobrych skutków tych dwóch miesięcy. Przyjaźń. Takie małe słowo. Małe, krótkie, a jednak olbrzymie. Genialne. Nie będę wymieniał z imienia komu chcę podziękować. Może wymienię pierwsze litery imion. Dziękuje Pani O., Pani. P., Pani J. Pani S., Pani N., Pani A., Pani E., Panu P., Panu A., Panu T., Panu M., Panu D. też. To chyba wszyscy. Z pewnością rozpoznacie swoje imiona po pierwszych literach. Nawet nie wiecie jaki macie wpływ na moje życie. Te pogaduchy u Oli... te spacery z Patrycją, przedwczorajszy pierwszy spacer z Jolą. To co lubię. Takie nieskrępowane niczym te rozmowy. I gadać i gadać i gadać można. I włosy prostować ;-). Ola powiedziała któregoś dnia mądre słowa. Cytatu teraz znaleźć nie mogę, ale szło o to, czy gdyby nie cała ta sytuacja, która była, czy znów zbliżylibyśmy się do siebie. Nie wiem. Pewnie znów spytałbym któregoś dnia o jakiś Twój smutny opis. Ale to dobrze, że znów się zbliżyliśmy. Zresztą, gdyby nie Ola nie byłoby Patrycji. Gdyby nie Ola i Patrycja nie byłoby Joli. Takie oazy spokoju ostatnim czasem. Takiego oddechu pomiędzy bezdechem dołowania. I mam nadzieję, że i ja polepszam jakoś wasze dni, pomagam jak mogę, staram się. I jest dobrze. Dziękuję raz jeszcze. Kiedy znów kudły prostujemy?

I ostatni temat. Bóg. Czy to źle, że szukam Boga? Pamiętam gdy ksiądz przy spowiedzi mnie zwyzywał za to, że szukam Boga wszędzie i nie chodzę do kościoła... Pfff... Nie potrafił, nie chciał zrozumieć. Trudno. Ale cóż, w ten poniedziałek byłem w końcu w kościele ewangelickim. Na mszy ekumenicznej. Podobało mi się. Mały kościół, sprzyjający myśleniu, skromny i przejrzysty. Wrócę tam dziś. Sama msza też bardzo przyjemna. Spodobał mi się sposób odprawiania jej przez księdza. A we wtorek byłem w kościele rzymskokatolickim. Pamiętam słowa Natalii gdy powiedziałem o tym: "Czy to nie jest zabronione?" Uśmiałem się wtedy. Może i jest. Dla moherowej babci, albo ortodoksyjnego księdza. Ale nie dla mnie. Ja jestem wolny, mam swoje zdanie, to czego pragnę to świat bez granic. Boga zawsze pojmuję po swojemu i to się nie zmieni. Mogę iść dziś do świątyni rzymskokatolickiej, jutro protestanckiej, a pojutrze do cerkwi, potem zaś do meczetu. Bo moim zdaniem wszyscy mówimy o jednym Bogu. I tyle. Tak to widzę. Pal licho jakieś mniejsze dogmaty. Nie jestem teologiem. Moja wiara jest prosta. I łatwiejsza tym samym. Mogę iść do lasu i też się pomodlić, porozmawiać z Bogiem. I może to być Pan Jezus, może to być Jahwe, Allah, Budda... Wszyscy są jednym. Bogiem.

Czwarta nad ranem już... Czwarta nad ranem... może sen przyjdzie, może mnie odwiedzisz.

I ważna rzecz jeszcze. Nie szukam teraz żadnej przytulanki, żadnego pocieszenia po tym wszystkim. Bo moja wiara w to wszystko jeszcze bardziej wzrosła. Bo jestem silniejszy i mądrzejszy, choć wydawało mi się, że jestem słabszy i głupszy... Paradoks? No cóż. Nazwijcie mnie w takim razie Paradoksem.

Dobranoc. 4:06.

[14:37] Zawiesiłaś blog... Ja swojego nie zawieszę. Coś dla mnie znaczy to wszystko. Wspomnienia. Radości i smutki. Teraz nie piszę zbyt często, ale piszę jednak. Dalej potrzeba mi tego miejsca.

I tak samo postanowienia, które podjąłem raczej wypełniam. Nie jem po 20, nie robię rzeczy, których postanowiłem nie robić. Jeszcze jest to chwilami nadwątlane, ale będzie dobrze. Jeszcze zwyciężę. Nad samym sobą. I nad tym wszystkim.

A dziś.

Opadły mgły i miasto ze snu się budzi,
Górą czmycha już noc,
Ktoś tam cicho czeka, by ktoś powrócił;
Do gwiazd jest bliżej niż krok!
Pies się włóczy popod murami - bezdomny;
Niesie się tęsknota czyjaś na świata cztery strony
A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy;
Toczy, toczy się los!

Ty co płaczesz, ażeby śmiać mógł się ktoś?
Już dość! Już dość! Już dość!
Odpędź czarne myśli!
Dość już twoich łez!
Niech to wszystko przepadnie we mgle!
Bo nowy dzień wstaje,
Bo nowy dzień wstaje,
Nowy dzień!


Z dusznego snu już miasto się wynurza,
Słońce wschodzi gdzieś tam,
Tramwaj na przystanku zakwitł jak róża;
Uchodzą cienie do bram!
Ciągną swoje wózki - dwukółki mleczarze;
Nad dachami snują się sny podlotków pełne marzeń!
A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy;
Toczy, toczy się los!

Ty co płaczesz, ażeby śmiać mógł się ktoś
- Już dość! Już dość! Już dość!
Odpędź czarne myśli!
Porzuć błędny wzrok!
Niech to wszystko zabierze już noc!
Bo nowy dzień wstaje,
Bo nowy dzień wstaje,
Nowy dzień!

czwartek, 18 stycznia 2007

Czas podsumowań.

Będę mówić - dawno wyrzygałem knebel...
Kaliber 44 - Moja Obawa


Dziś jestem gotów. Dziś już jestem gotów by napisać. By napisać podsumowanie. Poprawiłem okulary na nosie. Trzeba dbać o wzrok, bo jak się zepsuje na amen to już nic nie będę widział. Może to by było lepsze... Tak patrzę coraz częściej na to wszystko. Ostatnio chyba spojrzałem z większym ciut dystansem... Ciut... Tyle <--->. Czyli niewiele.

Wczoraj zdałem sobie sprawę, że minęły dwa miesiące od kiedy moje życie zaczęło zapieprzać w niemiłosiernym tempie do przodu... Gdy to wszystko się zmieniło. 10. listopada - sobota to była. Deszcz padał... A My nic sobie z tego nie robiliśmy... Maszerowaliśmy traktami Torunia, byliśmy na moście, na Bulwarach... i w tym jednym wielkim miejscu. Takim niby niepozornym... A tak wiele zmieniającym w moim życiu... I ten smak barszczu, a w uszach wtedy...

Gdy nie bawi Cię już
Świat zabawek mechanicznych
Kiedy dręczy Cię ból nie fizyczny
Zamiast słuchać bzdur głupich
Telefonicznych wróżek zza siedmiu mórz
Spytaj siebie czego pragniesz
Dlaczego kłamiesz, że miałaś wszystko
Gdy udając że śpisz
W głowie tropisz bajki z gazet
Kiedy nie chcesz już śnić
Cudzych marzeń
Bosa do mnie przyjdź
I od progu bezwstydnie powiedz mi
Czego chcesz
Słuchaj jak dwa serca biją
Co ludzie myślą - to nieistotne
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak zapalniczka płomień
Jak sucha studnia wodę
Kochaj mnie namiętnie tak
Jakby świat się skończyć miał
Swoje miejsce znajdź
I nie pytaj czy taki układ ma jakiś sens
Słuchaj co twe ciało mówi
W miłosnej studni już nie utoniesz
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak zapalniczka płomień
Jak sucha studnia wodę
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Kochaj mnie nieprzytomnie
Jak księżyc w oknie śmiej się i płacz
Na linie nad przepaścią tańcz
Aż w jedną krótką chwilę
Pojmiesz po co żyjesz


I czułem wtedy tę błogość... lekkość... Kurwa, ja po raz pierwszy wtedy czułem coś jak pełnię szczęścia... Przeglądałem niedawno zdjęcia. Znów patrzyłem w te oczy. A na żywo nie potrafiłbym. Nie po tym wszystkim. Ale ja przecież wiedziałem, że nie jestem tym jedynym... Ale coś nas poniosło tam... Gdzieś. Plac Rapackiego. A Ty nie chciałaś o nim mówić... Ale to On był pierwszym. Jak to określiłaś ostatnio jestem, właściwie byłem tylko przyprawą do Twojego życia. Daniem głównym jest kto inny. A przyprawa nigdy nie będzie od dania głównego ważniejsza. A wcześniej było to jakieś niepewne przeświadczenie, że to jednak ja... Ale to głupie marzenia. Ale jakoś nadal czuję coś czego nie potrafię określić...

I wróciłem do swojej nory. I pewnego dnia (15. listopada dokładnie) - niecały tydzień po Toruniu rozpoczęła się kolejna epoka mojego życia. Nasunęły się na siebie dwa przeżycia. I wiesz... wczoraj dokopałem się do naszej rozmowy... Rozmowy po pojawieniu się drugiej epoki.

17:02:12 Nightwish
:)
17:06:13 Nightwish
ale ja jej nie dam Cie ukraść :P
17:08:42 skibi-peacelover
wiem :)
17:11:13 skibi-peacelover
i ja nie pozwole :)
17:11:23 Nightwish
no bez przesady
17:12:33 skibi-peacelover
ale mnie chodzilo, ze sam sie nie pozwole ukrasc
17:13:07 Nightwish
no tlyko, ze wiesz
17:13:13 Nightwish
czasem lepiej miec kogoś na miejscu
17:13:36 skibi-peacelover
sa przyjaciele
17:14:36 Nightwish
ale żaden przyjaciel nie zastapi dziewczyny
17:14:55 skibi-peacelover
przyjaciolki tez sa
17:15:02 skibi-peacelover
ja bede czekal na Torun


Kłamstwo? Moje kłamstwo? Nie. Jeszcze wtedy nie. Jeszcze wtedy nie było drugiej epoki. Było to czyste i piękne. Pamiętam pierwsze spotkanie. Nic nie zapowiadało katastrofy!

Przecięły się orbity planet nam
nikt katastrofy nie przewidział tej

podobno tylko raz na milion lat
tak dzieje się że ciała dwa
spadają nagle w siebie chcą czy nie
i płoną tak kochając się

podobno tylko raz na milion lat
tak dzieje się że pierwszy raz
wnikając w siebie nagle wiemy że
świat zmienił się i nie ma odwrotu

czy zdajesz sobie sprawę z tego że
deszcz meteorów moich w tobie gna

podobno tylko raz na milion lat
tak dzieje się że ciała dwa
spadają nagle w siebie chcą czy nie
i płoną tak kochając się

podobno tylko raz na milion lat
tak dzieje się że pierwszy raz
wnikając w siebie nagle wiemy że
świat zmienił się

podobno
raz na milion
raz na milion świetlnych lat
zdarza się to co spotkało
i co trzyma tutaj nas
tylko raz na milion
raz na milion świetlnych lat
najpiękniejsza katastrofa - eksploduje supernova...


Katastrofa następowała stopniowo... Ale i tu wlazłem między młotek a kowadło! Jak to piąte koło u wozu... Tylko że nikt nie zgłaszał sprzeciwu... Nie było słowa: "Nie. Nie chcę". Początkowo bałem się... Pamiętam jak się bałem powiedzieć N., że coś się stało... Że coś się pojawiło. Czemu zachowałem się jak skończony sukinkot? Pamiętam. W pierwszym momencie powiedziałaś, że się cieszysz, że coś się tam udaje... Ale jakoś przeczuwałem, że coś pękło... Ale co pękło? Co? Przecież Ty miałaś, masz nadal swoją najbliższą osobę. Ja byłem chwilą. Momentem. Tym włóczęgą, który przyszedł i poszedł. Ożywiony nadzieją... Który 180 km stąd zostawił kawałek siebie. Kawałek serca, duszy. I nie był już taki sam chyba... Wrócił tu... Znów jako ten drugi. Znów jako koło u wozu... Ale tu było to tak blisko. I były te słowa... Gdybym mógł zrobić formatowanie mózgu! Wyrzucić zapamiętane tam słowa... Gesty... Czyny. Bo spotkały się dwie identyczne osoby... To wspomnienie, tego pierwszego spaceru... Wtedy jeszcze o tym chyba tak nie myślałem... Wtedy jeszcze było pięknie. Ale coś pękło któregoś dnia na huśtawkach w parku... I znów były słowa. Potem zaczęły się gesty, znów słowa, czyny... I się zgubiliśmy. Ale słowa z tych przychylnych mnie znów zmieniły się w inne. A ja mówiłem nadal to samo... A tamto? A wcześniejsze? Wytłumaczyć sobie to chyba potrafiłem odległością... Wszak co to za uczucie na odległość? Sama pisałaś, że lepiej jest mieć kogoś na miejscu. Ale to nie było absolutnie nic w zastępstwie, nic aby zapomnieć, zaradzić tamtemu... To wszystko zaczęło pędzić własną drogą, nieskoordynowaną... Bo tu znów nic nie było. Nie było powiedziane słowo ważne... Były mówione słowa nawet przeciwne... A czyny były... Czyny, które teraz mnie blokują. Blokują w powrocie do jakiegoś normalnego stanu...

Kiedyś znajdę dla nas dom... Tych słów też już nie potrafię słuchać bez emocji...

Bo co? Bo ja się za bardzo patrzę na słowa? Tak. Patrzę na słowa, słucham słów. I często o nich rozmyślam aż za wiele. Gdy dziś myślę o tym wszystkim... Co widzę... Widzę rewolucję! Widzę płonące serce, widzę zgliszcza marzeń. Marzeń trojga ludzi. Trojga. I już nie chcę chyba pamiętać, że i tu i tu byłem tym [b]drugim[/b]. Że nie powiedziane zostało nic od was o miłości do mnie. A kłótnia w ostatnich komentarzach była taka, jakbym do kogoś należał... I te słowa, które dalej krążą gdzieś w pustej czaszce. Pozbawionej jakiegokolwiek rozumu. Fakty stwierdzam. Nie zaprzeczać proszę. Ale wiem i kolejną rzecz. Wina nie była tylko po mojej stronie! I nie mam zamiaru [wybaczcie] brać całej winy na siebie. Była moja wina i to znaczna. Ale i wy ponosicie za to winę. Za całą chorą sytuację. Bo nagle powstało coś chorego. A przecież tam nic nie było. Powstał potrójny trójkąt :|. Były czyny, ale nie było na nie uzasadnienia. Takich rzeczy nie robi się ze zwykłym przyjacielem, kolegą. To robi się z ukochanym... A ja nim nie byłem. Ani tu, ani tu. A może jestem ślepy. To już teraz jest nauczka. Że mnie też potrzeba nieraz pewnych słów... bym był pewny tego co wydaje mi się, że widzę... A że mam wadę wzroku to widzę często niewyraźnie. I już dziś nie widzę tego wszystkiego. Bo się wszystko zmieniło. W sprawę zostały wplątane głupio osoby trzecie. Niepotrzebnie.

Choć tu należy zacząć kolejny wniosek z tej rewolucji. Tym razem pozytywny [szok!]. Ale jest tu też wniosek pozytywny. Doceniłem przyjaźń. Dziękuje ludziom, którzy pomogli mi to wszystko przetrwać. Słuchali i pozwalali słuchać. Nie będę Was wymieniał z imion, przezwisk. Nie potrzeba tego. Wy wiecie, że to o Was mówię.

Bo ja nie jestem sam i sam nie będę już.

A dziś kończy się chyba jakaś epoka. Urodziła się 10. listopada 2006 roku. Zmarła śmiercią naturalną, spokojną, dogorywając na łożu spokojnym 18. stycznia 2007. Trwała 68 dni... Długo. Może kiedyś wróci.

Ale wiem też jeszcze jedno. Dojrzałem. Wiem dziś, że potrzeba mi kogoś [dziewczyny], kto po pierwsze i najważniejsze [a może drugie] będzie mnie kochać i pozwoli kochać siebie. Po drugie [a może pierwsze] nie będzie uwikłana w żaden związek. Po trzecie - nie będzie chciała wziąć tylko moich problemów na siebie. Niech będzie to osoba, która razem ze mną do wielkiego wora wrzuci wszelkie swoje problemy, strachy, przeżycia, doświadczenia, łzy... I ten wór razem, na wspólnych plecach poniesiemy... Gdzieś w dal. Bo ze mną można tylko w dali znikać cicho...

Nie wiedziałaś co robić gdy płaczę? Emancypantki walczyły o to, by kobiety mogły robić to co mężczyźni... A co to jest!? Płakać mogą tylko kobiety? Mówić o swoich odczuciach mogą tylko kobiety? Guzik prawda. Ja jestem taki jaki jestem. Płaczę, śmieję się... Nie jestem głazem, skałą. I co, może wydaję się słaby? Nie. Nie jestem słaby. Jeszcze to pokażę. Samemu sobie i światu. Tym, którzy we mnie nie wierzą.

No one knows what its like
To be the bad man
To be the sad man
Behind blue eyes

No one knows what its like
To be hated
To be fated
To telling only lies

But my dreams
They arent as empty
As my conscience seems to be

I have hours, only lonely
My love is vengeance
Thats never free

No one knows what its like
To feel these feelings
Like I do
And I blame you

No one bites back as hard
On their anger
None of my pain and woe
Can show through

But my dreams
They arent as empty
As my conscience seems to be

I have hours, only lonely
My love is vengeance
Thats never free

When my fist clenches, crack it open
Before I use it and lose my cool
When I smile, tell me some bad news
Before I laugh and act like a fool

If I swallow anything evil
Put your finger down my throat
If I shiver, please give me a blanket
Keep me warm, let me wear your coat

No one knows what its like
To be the bad man
To be the sad man
Behind blue eyes


I to tak. Zbliżam się niby ku końcowi, a tu kolejna myśl. Kto będzie chciał przeczyta. Kto nie - wyłączy wcześniej. Mam puste kieszenie i torbę pełną snów. Nie czekam na zmiłowanie od Boga. Nie chcę litości. Nie chcę miłości z łaski. Tak jak nie chciałem piątki z łaski.

Bo w tym wszystkim nie było jednego/jednej winnego/winnej. Każde z nas nosi pewną winę. Ja za swoje postępki przepraszam. Odpokutuję je kiedyś pewnie. Choć czy Ojciec Nasz jest? Ponoć jest niemy i go nie ma...

Epoka skończona. Ta epoka. Ale może wrócić. Bo na nic nie będzie w życiu chyba za późno. Błędy uczą. Błędy pomagają zrozumieć. Siebie samego i ludzi.

Polały się łzy[...]Na moją młodość górną i durną[...]

Adam Mickiewicz

Ale ta młodość jest nadal. Co przede mną - nie wiem.

Tak wiele rzeczy kojarzy mi się z kimś. Z każdym chyba coś... Piosenka, wiersz...

Odczuwam potrzebę dawania miłości.
Odczuwam potrzebę braku zazdrości.
Odczuwam potrzebę śmierci zawiści.
I całej bzdurnej ludzkiej nienawiści...


eM eS - znany też jako timon, Skibi, Marcin Adam Albert - jest autorem tego krótkiego wiersza.

Napisałem. W końcu napisałem. Czuję się lżejszy. Coś wyrzuciłem z siebie. Nie gotuje się we mnie teraz. Mieliście rację. Lepiej mi po tym.

A teraz trzeba chyba znów wracać do mojej samotni. Ale już nie sam. Widzę to wyraźnie. Latarnię na horyzoncie. Latarnię dobrze mi znaną - PRZYJAŹŃ. Chcę znów z Tobą normalnie rozmawiać. Jak na początku. Może niedługo przestanie mnie to wszystko blokować. To co odżywa na nowo każdego dnia...

Ale idę znów z wielką wiarą w siebie. Bo dzięki tej całej rewolucji doceniłem siebie. Nie jestem i nie będę już nieudacznikiem. Jestem sobą. Każdy ma szansę. I ja też. I kiedyś jeszcze będzie dobrze. Wierzę. Może tu, może tam... Gdzie. Nie wiem. Ale love will find the way. Pamiętajcie!

Dobranoc państwu.

To chyba wszystko co chciałem napisać. Nie będę nic dopisywał. Mogłem jeszcze napisać o tych wszystkich paranojach moich. Szukaniu jakiś symboli. Czy wczorajszy kot, który szedł za mną to wysłannik? Czy te słowa, które wydawało mi się, że słyszałem były takie jakie myślałem? Czy ten opis jest smutny? Czy ten opis jest do mnie/o mnie? Nieważne. Paranoja to paranoja. I dalej będę jak do tej pory... W piosenkach, wierszach szukał obrazów tego co mnie otacza... A może jakichś rozwiązań.

Dżem - Dzikość Mego Serca


Jeszcze dokoła słychać Twój śmiech,
czuję zapach Twój, egzotyczny kwiat.
Siedzę znów sam, tak potwornie sam
Nie udało się, wszystko nie tak.

Nie wiem sam, odwagi mi brak.
To nie jest grzech, to nie jest grzech
Onieśmielony tak
Milczę wciąż, milczę wciąż.

Dzikość w moim sercu, nawet nie wiesz jak
Trudno zdusić ją, ukryć - ciężko tak.
Obłęd w moim sercu. Boże pomóż mi!
Złamać strach, złamać wstyd!
Jutro odważę się ten pierwszy raz...

Jeszcze dokoła echo Twych słów.
Czuję każdy nerw, bicie Twego serca.
Znów jestem sam, tak potwornie sam,
tu powinien być ostatni wers. Ale on teraz chyba jest nieaktualny...

Dzikość w moim sercu...


Byłem katem, ale byłem i ofiarą. Była trójka katów i trójka ofiar.... Sprawiałem i odczuwałem ból. I wy tak samo.

Ale już się skończyła egzekucja. Rozejść się. Nie ma na co patrzeć...

A nieraz jest tak, że coś się skreśla na początku. Wynajdujemy wtedy masę powodów by coś było na nie... Strach jest spróbować, zaryzykować.

Proszę mówić o uczuciach choć trochę bardziej jasno. Otwarcie... By już nie powstawały chore sytuacje.

sobota, 13 stycznia 2007

Dawno tu nic nie powstało.

Bardzo dawno. Dwa tygodnie. A dwa tygodnie w sensie przemyśleń, przeżyć to szmat czasu. No więc. 31. grudnia udałem się do Lidzbarka Warmińskiego celem spędzenia tam Sylwestra. Wysiadłem z autobusu za wcześnie, ale dzięki temu zyskałem możliwość zwiedzenia tego miasta. A sama zabawa bardzo, bardzo dobra. Tańce, śpiewy ("Nie, nie, nie" T.Love - mój debiut wokalisty ;)), hulanki, swawole. Świetna atmosfera, była nawet lokalna prasa. Anton z Tirolu dalej stoi mi przed oczami. Ale ja, jak to ja. Większość imprezy genialnie, ale jakieś dziwne, swoiste zrządzenie losu sprawiło, że część imprezy przesiedziałem. Zrządzenie losu naprawdę przypadkowe. Ale tak to bywa. Zacząłem rozmyślać, rozpamiętywać rok 2006. Szczególnie dwa wydarzenia. Nevermind. Dwa telefony wykonałem, porozmawiałem i było lepiej. Zabawa trwała do 5:00. Pobudka o 11, absolutnie bez kapcia w mordzie. Można się bawić bez totalnego przepicia ;]. Potem powrót do domu i rok nowy był absolutnie zaczęty.

Dni upływały spokojnie. Powoli. Wypatrywałem śniegu. Na próżno. Za to była kupa czasu na przemyślenia. Dzień mijał za dniem. W ciszy. Choć nie do końca. Doceniłem przyjaźń. Zawsze ją doceniałem, ale teraz odkryłem ją na nowo. To jest naprawdę wielkie, gdy ludzie sobie ufają. Wyszedłem z prostego założenia. Gdy weźmiemy problem, podzielimy nim się z kimś to będzie nam łatwiej. A dlaczego? To jest tak jak z ciężarem. Gdy ktoś pomaga nam go nieść, to ciężar w jednym momencie staje się lżejszy. I tak teraz wyciągam wnioski. Dość mówienia o problemach ludziom, którzy nie chcą mówić o swoich. To jest po prostu narzucanie się ze swoimi problemami. Potem się słyszy, że jest się egoistą... Ale z tym już koniec. Jak już mówiłem waga przyjaźni jest dla mnie teraz jeszcze większa. Jeszcze bardziej chyba jej potrzebuję. Potrzebuję Was byście mnie słuchali, ale co często ważniejsze, bym ja mógł słuchać was. Słuchałem przez te ostatnie dwa tygodnie wiele, bo i ja byłem słuchany. Osoby, o których teraz mówię wiedzą o tym, że to mówię o Nich. Dziękuję Wam za to, że nie boicie się powierzyć mi swoich problemów, spraw ciężkich. Mam nadzieję, że po tych rozmowach ze mną, często długich, było Wam choć trochę lepiej. Trochę lepiej z tą świadomością, że ten problem nie jest już tylko w Waszych głowach. Ja sam idąc gdzieś z Wami i słuchając nie wiedziałem jak pomóc. Bo nieraz, tfu często nie da się pomóc jakoś doświadczalnie. Ale z mojego punktu nawet dobre słowo jest wielkie. Gdy wiem, że ktoś szczerze mówi: Będzie dobrze Marcin, jeszcze się wszystko ułoży.. I ja tak do Was wszystkich mówię: W końcu się musi coś udać! Przecież to życie to nie jest jedna wielka porażka! A często jest tak, że stawiamy samych siebie w przegranej pozycji. A śpiewa przecież nidzicka Legenda, której wczorajszy już występ na koncercie był świetny: z przegranej pozycji niejeden wstał. O właśnie. Nic dodać, nic ująć.

Dwa tygodnie. Dwa tygodnie pożaru, pożogi, spustoszenia. W moim wnętrzu toczy się walka. Toczy się nadal. Nie wiem kiedy się skończy. Wiem tylko, że w środku przy każdym spotkaniu gotowało się we mnie. Przy każdym spotkaniu kiedy nie można zamienić nawet słowa. Wtedy płonął najbardziej. Gdy można było rozmawiać płomień słabł, lekko przygasał, pozwalał sercu znów bić spokojnie. Ale tylko po wyjściu znów rozgorzał. Czy to kogoś przerosło? To co było i to co jest... Złożone do kupy daje razem mieszankę wybuchową. To ta mieszanka płonie. A jest jej cała masa. W krwiobiegu, sercu. Łatwiej jest to wszystko znosić gdy jest z kim porozmawiać.

I znów odezwały się we mnie myśli o tym wszystkim. Czasem myślę chyba aż za dużo. Rozpamiętuję... Wiem, że nie można czasu cofnąć, zmienić tego co się działo. Życie straciłoby wtedy sens. Życie to upadki i wzloty. Tylko, że upadek z wysokości nieomalże nieba boli. Jest to upadek najcięższy. Bez żadnych skrzydeł, asekuracji. Tylko trzask o ziemię. Ale to chyba był taki mały dzień, w którym pękło niebo. Ale taki dzień chyba każdy ma. Nieraz każdy czuje, że wszystko wali się na łeb, na szyję. A co ciekawsze... Tym powinni się naukowcy zająć. Wali się jedna sprawa, to zaraz kolejna i kolejna... To naprawdę jest swoisty fenomen... Ale zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się dzieje. I wniosek jakiś jest. Otóż, gdy wali nam się pierwsza sprawa (nazwijmy ją sprawą A) to ogarnia nas przygnębienie, smutek, wiara w siebie upada. I wtedy wali się sprawa B. A często jest tak, że sprawa B wali się przez nas samych. Może tu chodzi o podejście. Obciążeni sprawą A nie umiemy, nie potrafimy walczyć o sprawę B. Bo sobie mówimy: I tak się spierdzieli... I wtedy z pewnością się spierdzieli. Choćby nawet była szansa, że będzie dobrze, to sami tę szansę przegonimy, przekreślimy... Za dużo łez wylewam. I to w złych okolicznościach. Ale tak to jest u człowieka, który ma słabe tamy w oczach. Cieknie mi po prostu z nich i tyle. A wystarczy nawet najzwyczajniej w świecie piosenka... Ile to już jest tych piosenek ze swoimi znaczeniami, powiązaniami. Każda prawie piosenka jest z kimś, czymś, wydarzeniem związana. W każdej piosence szukam jakichś obrazów... Głupie, no nie? Ale moje. Szukam tych obrazów może po to, by móc czerpać kolejną inspirację, kierunkowskaz... A Natalia powiedziała słowa, które utkwiły mi w pamięci. I też dały do myślenia. To co powiedziała to była prawda. I dała mi kolejne wnioski...

1:58 - Dżem - Modlitwa. Pozwól mi spróbować jeszcze raz. Niepewność mą wyleczyć, wyleczyć mi...

Ale tak patrzę też na siebie nieraz. W ostatni czwartek byłem "Mikołajem". Nosiłem kolegom i koleżankom z klasy kartki z zagrożeniami na półrocze. I cóż z tego? Spojrzałem, na każdą kartkę patrzyłem... Tu jedno zagrożenie, tu dwa, a tu olaboga cztery przedmioty. Pomyślałem wtedy... Człowieku! Po cholerę się tym wszystkim przejmujesz. Spójrz! Jesteś zdrowy, masz dwie ręce, dwie nogi, wszystkie palce... oczy, które widzą. Uszy, które słyszą. Słyszysz muzykę, czujesz jedzenie. Masz dom. Masz dach nad głową. Masz rodzinę. Nie jesteś na świecie sam. A niektórzy tak nie mają. I zaraz przypomniałem sobie jak nieraz przechodziłem obok ośrodka przy ulicy Krzywej. I widziałem dzieci, które mogłyby nas uczyć radości życia. A One są chore. Ale dla nich każdy dzień to skarb. Dla ich rodzin walka. A tu idę ja. Smutny, bo znów się czymś przejmuję. To wszystko co widzę nie oznacza, że martwić, dołować się przestanę. Ale w tych momentach jest mi odrobinę lepiej. Bo myślę sobie... Przecież nie jest w tym życiu aż tak źle. Bo nie jest. I będzie dobrze. Ta nadzieja mnie prowadzi. I niech Was prowadzi.

2:14 Dżem - Ostatnie Widzenie.

Chciałbym nieraz wiedzieć to wszystko. Co się dzieje. O co w tym wszystkim chodzi... Ale się nie dowiem. Ale za to udowadniam sobie w nowym roku pewną rzecz. Że mam silną wolę. Pierwsza sprawa z ćwiczeniem silnej woli niech będzie moją tajemnicą. Druga jest prosta. Chodziło o to, żeby nie jeść po godzinie 20. I nie jem. Wczoraj zjadłem, ale powód był jednak usprawiedliwieniem. Wróciłem po trzech godzinach z koncertu. A sam koncert był można rzec podzielony na dwie części. Pierwsza - zbyt mnie nie ruszała. Nie lubię, gdy śpiewają Polacy po angielsku... Druga zaczęła się od występu Ziarno, znaczy Zarano. Tu już zmiana klimatu. Polskie teksty, dobre teksty. Nogi już się rwały pod scenę, ale jeszcze nie podniosły tyłka. Dopiero Legenda. Długo czekałem na ich koncert w Nidzicy. Ile razy zaniosło mnie pod scenę. Biegałem, skakałem, machałem głową. Ge-nial-nie. Człowiek wyłączył się na kilkanaście minut z rzeczywistości. Walnąłem głową w scenę, ale to już ryzyko tego tańca. Jestem teraz zmęczony, karku nie czuję. Ale było pięknie.

I wracają jak bumerang myśli o przyszłości, przeszłości... Dużo myśli. Mądrych, głupich. Nieogarnionych. Nie wszystko powiedziałem, bo jeszcze nie jestem gotów. Gdy będę powiem.

Może mówię to wszystko nadaremnie...

Ale będę silny. Bo jestem silny.

Piosenki na ten cały okres: niezliczona ilość. Ale chyba najbardziej T. Love - Nie nie nie i Legenda - Ile razy