3:50? Cóż to może oznaczać. Nie jest to zapis dzielenia 3 przez 50, bo równie dobrze mogłem zapisać 0,06. Nie jest to też tajemny kod. To zapis godziny, o której wstałem w ostatnią sobotę. Wstałem, a nie położyłem, jak to często bywało.
Dlaczego tak wcześnie wstałem? For money, że tak użyję reklamowego zwrotu. Miały być zbiory, miał być swoisty trening przed tym, co mnie czeka już za około miesiąc. O 4:40 wsiadłem na swojego stalowego rumaka i ruszyłem ku celowi. Dotarłem, ale zrezygnowałem. Właściwie to nie zrezygnowałem, ale wyciągnąłem złe wnioski z dużej liczby ludzi zgromadzonych w miejscu docelowym. I pojechałem dalej. Nie stchórzyłem. Ot, uznałem, że trochę tych ludzi za dużo i dla mnie miejsca już zabraknie. I nie opłacało mi się o 4:50 wracać do domu, pewnie położyłbym się spać i jak zwykle spałbym do 11:00 czy jeszcze później.
Pojechałem więc dalej. Droga asfaltową, bez wielkiego celu. Ot tak, dla sportu. Przejeżdżałem przez kilka wsi, które różniły się od siebie. Jedna była bardziej rolnicza, w drugiej zaś już tego rolnictwa było jak na lekarstwo. I śpiący ludzie. A jeśli ludzie nie spali, to dziwnie patrzyli się na kudłatego rowerzystę. Może myśleli, że jadę do pracy... A ja z tej pracy "wracałem". Droga nie dłużyła się i jakoś po około czterdziestu minutach wyjechałem na drogę krajową nr 7. Po głowie chodziło mi, żeby tylko ją przeciąć i jechać w dalsze tereny, jednak zwyciężyła opcja powrotu do domu.
Dlaczego polscy kierowcy są debilami? Czy jeśli jadą samochodem i potrącą bądź przejadą jakieś zwierze, nie odczuwają tego? Tak trudno wziąć łopatkę jakąś, którą, wydaje mi się, każdy gdzieś w bagażniku ma i zgarnąć zwłoki niewinnej istoty do rowu? A tak to są rozjeżdżane, aż zostaje placek... Polskie drogi. My nie będziemy w Europie póki one nie będą bezpieczne. Bycie rowerzystą to ciężki los. Nie chcę tu generalizować (generalizowanie jest ogromnym złem tego świata), ale jest wielu kierowców, którzy myślą, że są panem i władcą drogi. I nie zbaczają na innych uczestników ruchu. Jednak mnie jakoś udało się dojechać w jednym kawałku do domu.
Była godzina 5:50. Słońce już stało dość wysoko na niebie zapowiadając kolejny ciepły dzień.
Wróciwszy do domu nie zastałem w nim ojca. Pierwsza myśl - "poszedł z psem na spacer". Nic bardziej błędnego, pies spał wygodnie na moim wyrze. Postanowiłem go wyprowadzić. Ledwo wyszedłem z klatki schodowej i zobaczyłem wynurzającego się zza winkla ojca. Wychodząc był jeszcze lekko zawiany po wcześniejszym dniu. Spotkaliśmy się w połowie drogi i on do mnie: "Daj mi psa". Wiedziałem co się święci... Już szukał pretekstu do napicia się... Odmówiłem. Wtedy zobaczyłem w jego oczach coś, czego może wcześniej nie dostrzegałem... Tę wszechogarniającą żądzę picia, alkoholu. Nawet teraz widzę przed oczami ten wzrok. Nałóg. Alkoholizm. Obym nigdy w niego nie popadł.
A po godzinie szóstej było już coraz więcej ludzi do mijania. Jakiś facet spacerował, a może wracał z jakiejś impreza. Kobieta w dresach spacerowała z psem. Czy mieli w tym jakiś cel? Pewnie nie. Wstali wcześnie i korzystali z dnia. Zupełnie jak ja.
O mocy alkoholizmu przekonałem się po powrocie. Wprawdzie ojciec umył podłogę, którą wcześniejszej nocy zalał tłuszczem, ale z worka ze śmieciami wyziewała czarna puszka piwa marki [markę przemilczę, wszak za reklamę mi nie płacą]. Fizyczny pociąg do alkoholu, straszne. I ta wewnętrzna świadomość, że trzeba się napić, że musi coś wypić. Ja też, tak jak on, lubię piwo. Ale odróżnijmy "lubię" od "muszę", "chcę" od "potrzebuję". A granica jest niekiedy cienka. I muszę uważać. Nie wiem jak to jest w opinii psychologów/psychiatrów, ale uważam, że nie mam szczególnych predyspozycji do alkoholizmu. Za wiele się napatrzyłem na skutki tego wszystkiego, na rozpad wartości, na upadek człowieka, na rozpieprzenie rodziny...
Nie robię z siebie ofiary losu! Bo zaraz ktoś "mądry" powie mi, że są ludzie w gorszej sytuacji. Oczywiście, zdaję sobie z tego sprawę bez zastrzeżeń. A ja nigdy nie robiłem z siebie ofiary losu, wielce skrzywdzonego przez los. Po prostu, przyszło mi żyć w takiej rodzinie. I tego nie zmienię, nie wyrzeknę się przecież tego człowieka. Straciłem w niego wiarę, on się chyba już nie zmieni. Chyba, słowo-klucz. Potrzeba mu chyba wstrząsu. Taki wstrząs niedługo otrzyma.
Dość jednak o nim. Jak to zawsze powtarzam - on nie świadczy o mnie, ani ja nie świadczę o nim.
I tak oto powstaje kolejna wielce nudna nota. Nota o wszystkim i o niczym. A miałem tyle pomysłów... Tylko właśnie mam ich za dużo w jednym momencie i wszystkie chciałbym zmieścić w jednej, wielotematycznej nocie, rozwlekłej jak flaki z olejem. A może tak powinienem pisać częściej, ale krócej i na jeden temat. Zobaczymy co z tego wypali.
W 2006 roku - 37 not, w 2007 - 9, a tu przez pół roku 2008 - 4. Staczam się. Nie wszystko jednak stracone. Jeśli tylko wprowadzę potrzebne zmiany wszystko wróci do normy.
poniedziałek, 23 czerwca 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
cóż ja Ci mogę mądrego napisać? mogę Ci tylko powiedzieć że mam nadzieję że to wspomnienie wzroku Twojego ojca uchroni Cię w przyszłości przed jakimiś ciągotami w tym kierunku. Nie,żebyś miał jakieś skłonności,tylko tak po prostu,profilaktycznie.Zresztą wiesz jakie ja mam o tym zdanie. nic o nas bez nas.
Pominę wątek alkoholizmu. Ustosunkuję się do wątku drogi. Owszem - kierowca to król drogi. Roger Miller śpiewał był "King of the Road". Rowerzyści na ścieżki rowerowe! Niech zbudują autostrady to wypadków będzie mniej.
Wybacz, coś mnie się na klawiszach poprzestawiało. Moim skromnym zdaniem, nie jest to kolejny wpis o niczym. Przecież to są Twoje przemyślenia, nie możesz więc powiedzieć, że one są "niczym". Postanowiłeś napisać to, a nie coś innego, wybrałeś. To jest istotne.
Żeby było jasne, ten usunięty komentarz, to mój był:P
Pozdrawiam!
Prześlij komentarz