sobota, 22 lipca 2006

Biwak

Spojrzysz czytelniku na tytuł i pomyślisz zapewne: "Nad czym on myślał w czasie biwaku. Chyba tylko o tym jak najlepiej się znietrzeźwić" ;-) A tu zaskoczenie. Może na samym biwaku nie myślałem o wielu rzeczach, jednak jego pokłosie pozostawiło ważne przemyślenia. Na biwak wybieraliśmy się w sześciu chłopa. Mieliśmy zabrać 3 namioty, czyli z prostej matematycznej kalkulacji wychodziło po dwóch na jeden namiot. Ale niestety, najlepszy kumpel zachował się jak kompletny dupek. Spytał rodziców o zgodę na wyjazd na dzień przed nim. I jaki był tego efekt? Oczywiście zgody nie dostał. I pojechaliśmy, uprzednio nabywszy zapas alkoholu: piwa, na które się złożyliśmy oraz za swoje kupiłem dwa wina marki Wino ;-), do których nikt się nie dołożył. Dlaczego o tym mówię? To się zaraz rozwiąże. Wyjechaliśmy we wtorek, a mieliśmy wrócić w sobotę lub niedzielę, a ja to piszę w sobotnią noc, więc już widać, że coś nie w porządku. Pierwszego dnia wypiliśmy po dwa piwa, następnie do obozowiska przybyły koleżanki jednego kumpla, których nie poznałem. A ja tymczasem ulotniłem się na chwil kilka z miejsca biwaku. A po powrocie co zastałem?! Moja wisienka była pusta. Powiedziałem: nie wybaczę, drugiej nie tkniecie. I przystąpiłem do samodzielnego spożycia 0.8l szlachetnego jedenastoprocentowego trunku. I spożyłem go... Następnie spotkałem kumpla z równoległej klasy i po spożyciu z nim w sąsiedniej wsi dwóch piw chwiejnym krokiem wróciłem do obozu. Byłem oczywiście napruty... Położyłem się spać. Rano kac, to naturalne, ale jeszcze wkurzanie przez współtowarzyszy. Wtedy postanowiłem, że nie usiedzę z nimi tylu dni. Dzień po zbyt dużym spożyciu jeszcze przesiedziałem z nimi, a już następnego zafundowałem sobie wycieczkę pieszą do domu (tylko 15 km ;-) ). To tyle z ważniejszych wydarzeń, a teraz samo sedno - przemyślenia.

Po pierwsze - jestem uparty. Udowadnia to, może w trochę głupi sposób, sytuacja z wisienką. Po drugie, ważniejsze - nie mam przyjaciół. Na biwaku był jeden człowiek, którego traktowałem jak przyjaciela, ale zawiodłem się na nim strasznie. Już nie jest moim przyjacielem. Zmieniam podejście do tych ludzi. Życie do tego zmusza. Po trzecie - nigdy nie zaakceptuję wielkiego braku kultury. Nie sposób wytrzymać kilka dni z gościem, który niezależnie od tego, czy jego emocje w stosunku do człowieka są pozytywne czy nie, nazywa człowieka, pardon, skurwysynem...

Podsumowanie. Tak wyczekiwałem tego wyjazdu, a tak się przejechałem. Przejechałem na ludziach. Może gdyby najlepszy kumpel nie odpierniczył numeru dalej siedziałbym pod namiotem. Ale gdybanie nic nie da. Wiem, że w takim składzie jak dwa dni temu nie chcę jechać w jakiekolwiek miejsce na dłużej. Ci ludzie są dobrzy na krótką metę...

4 komentarze:

UnH pisze...

Tak to właśnie bywa, że gdy ma się dłuższy czas spędzić z niektórymi osobami, to można się z nimi pozjadać. Na takich wyjazdach na prawdę można się poznać na ludziach. No ale i są osoby z którymi możesz przebywać non stop i będzie zawsze dobrze. Może nawet ich znasz, tylko że nie wiesz że to oni właśnie:P

Anonimowy pisze...

Po pierwsze sytuacja z wisienką przypomina mi motyw z moich połowinek, kiedy jedna koleżanka w stanie nietrzeźwym miała pretencsje,że ktoś tam jej wypił alkohol, no ale nie ma co się dziwić w końcu chciała się dobić.Po drugie to ,że nie warto kogokolwiek nazywać pochopnie przyjacielem to wiem od jakiś 3 lat i już tego nie robię. Po trzecie to nie wyruszam na żadne biwaki z tego pokroju ludźmi , bo na takich imprezaach ważna jest odpowiedzialność ,a ja nie mam zamiaru ponosić jej za całe towarzystwo i się denerwować , być może dlatego ,że jestem za bardzo odpowiedzialna.A po czwarte to widziałam Cię wczoraj ,ale Ty jak zwykle mnie nie zauważyłeś :P

Anonimowy pisze...

Niemiła sytuacja, miałam coś podobnego na obozie. Jeśli chodzi o przyjaciół- właśnie tego najbardziej się obawiam, tego, że zawiedzie mnie ktoś, na kogo bardzo liczę i nie będę go, a właściwie jej, mogła nazywać przyjacielem. A co do Twojego marszu- ciekawam, ile ci to zajęło? ;)
P.S. Ciekawie opisane. I nawet przy czytaniu spać mi się nie zachciało ani razu.

Anonimowy pisze...

czekam na nowy wpis;)