poniedziałek, 18 grudnia 2006

Nie ma tytułu.

Nie ma tytułu z prozaicznego powodu. Przeczytacie tytuł, domyślicie się o czym będzie nota i już nie przeczytacie noty. A tak mogę stworzyć pozory, że będę się zachwycał tym wszystkim... A guzik prawda...

Serce mnie boli już od kilkunastu dni... Ale tak wewnętrznie... To jest mój weltschmerz.

Zmienia się to wszystko. Zmienia i zmienia. Nic nie jest stałe. Ciągle się wszystko zmienia. Ale czy ja się zmieniam? Od kilku osób usłyszałem, że ostatnimi czasy się zmieniłem. I to oczywiście na gorsze. I ponoć wszyscy tęsknią za starym Skibim. Tym wulkanem energii i uśmiechu. Tyle, że nie ma dwóch Marcinów. Nie ma starego i nowego. Jest jeden Marcin. Czy tak trudno zrozumieć, że i ja jestem człowiekiem? Że i ja wstaję i upadam, że i ja mam także momenty lepsze i gorze? Schowałem uśmiech gdzieś głęboko. Nie chcę być uśmiechniętym durniem. Nie chcę być pustą kukłą... Gdy jest mi źle w sercu to będzie to widać na twarzy... Bo ja się nie kryję przed ludźmi za murkiem. Ja do nich wychodzę z sercem. I zawsze będzie już tak, że gdy jest mi dobrze w sercu to widać to na twarzy. Gdy w sercu źle to analogicznie. Dlatego ostatnio się nie uśmiecham. Nie dlatego, że powstał drugi Marcin... Marcin się nie zmieni... Zawsze będzie miał w sercu te same reguły. Będzie zawsze żył tą samą głupią częstokroć nadzieją i wiarą. Przecież jutro musi być lepiej. Upadam. Bo nie musi. Nikt nie zmusi jutra by było lepsze. Bo to od nas tylko zależy nasze jutro... Jutro zależy od tego co dziś. Jeśli dziś jest dobrze to wielce prawdopodobne, że i jutro będzie dobrze. Jeśli dziś jest źle to i jutro będzie źle. I tak ciągnie się to za mną.

Świat się zmienia. Świat wokół mnie. Jedni odchodzą, drudzy nie przychodzą. Inni, którzy jeszcze nie odeszli zostają i pokazują kawał niezłej cierpliwości, przyjaźni dla idioty Marcina. Wiem, że pewnie ciężko wam ze mną wytrzymać. Z pewnością. I nieraz tak myślę. Niech wszyscy już sobie ode mnie pójdą. Zostawią mnie samego ze sobą... Choć bez tych kilku osób, z którymi teraz rozmawiam praktycznie codziennie nie dałbym rady. Ot taki ze mnie siłacz. Taki ze mnie mocarz. Do tyłka po prostu.

Przerywając na chwilę mój wywód. Święta idą. I znów ta gorączka. Kurza stopa... wszędzie już te miliony lampek, już te kolędy, już te last krysmas wszędzie. No ja nie mogę... Wszystko pięknie. W każdych wiadomościach, faktach, wydarzeniach coś o prezentach dla najbliższych. Bla bla bla. A gdzie coś o opłatku?! Właśnie to jest duch świąt. Bo nie jest ważne to, żeby się stół uginał od potraw, których i tak połowy nie zjemy. Ważny jest ten kawałek chleba, którym się dzielimy! Nieważne są mega ekstra wielkie super prezenty pod ekstra cool git wyczesaną w kosmos choinką. Ważna jest atmosfera... To, że jak zwyklę będę płakał jak bóbr przy opłatku... Ale właśnie współczesność traci znaczenie świąt... Tylko wszędzie ta pogoń. Za kasą, za kasą, za mamoną... Nawet w święta... Ja kocham te święta... Ale nie za to, że są prezenty, nie za to, że jest stół pełen potraw. Za to, że jest rodzina. Wiem, że następnego dnia ojciec znów pójdzie w swoją stronę, znów będziemy się kłócić. Ale tego dnia podam Mu rękę. Podam rękę Mamie i Bratu i się rozkleje. Bo na tym to polega.

A jeśli chodzi o prezenty to chyba wszyscy bliscy mi ludzie wiedzą o czym marzę...

I kontynuując tematy związane z tym wszystkim co mnie otacza. Jestem coraz bardziej inny. Moje rozwidlenie coraz bardziej oddala się od ścieżki całej grupy. Dobrze. Bardzo dobrze. Będę zawsze szedł swoją drogą. Jakby to określic... Galopująca alienacja. Ale jest ona na moje chyba życzenie. Sam siebie do tego doprowadziłem. Tym jak żyję, tym co wyznaję i jak postępuję. Nieraz się gubię, ostatnio nawet często. Zadaję sobie pytanie: o co Ci chodzi durniu!? Nie wiem sam... A tu jeszcze często ktoś chce mi wmówić, że wie o mnie wszystko. Hahaha! To, że daję wam się poznać, że sam się odsłaniam przed wami z tym wszystkim nie znaczy, że znacie mnie lepiej niż ja sam siebie. Bo ja się przed wami nie ukrywam. Liczę tylko, że ktoś i mnie się otworzy... Bo ja tu jestem po to, by żyć dla ludzi. A, i jeszcze jedno. Jeśli wy mnie możecie oceniać, nazywać, określać to i ja będę was określał. Tylko nie mówcie: "ale ty mnie w ogóle nie znasz...". Guzik prawda. Znam. Znam po swojemu, znam ze swoich obserwacji. O każdym mam swoje zdanie. Każdy może sobie uważać o mnie co chce.. i ja będę o każdym sobie też uważał...

Ostatnio słucham dużo muzyki. Ale optymistycznych tytułów tam nie zaznamy... Raczej kupę piosenek ludzi z problemami. Podobnych można powiedzieć do mnie. Bo ja mam problem. Z sobą samym. Ale najważniejsze to zdawać sobie sprawę, umieć samego siebie ocenić. I ja to umiem. Skromne to zdanie nie jest, ale prawdziwe. Lubię stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie coś prosto w twarz. Albo iść na włóczęgę i rozmyślać. Doceniam teraz wartość natury. Iść z przyjacielem na ambonę w lesie, spokojnym, cichym... I podziwiać sarny na polu... Wolność... Wolność... Wolność...

TSA - 51, TSA - Alien, masa Rammsteinu, Hunter - Kiedy umieram, Hunter - Requiem, Kaliber 44 - Moja obawa, Paktofonika - Chwile ulotne i wiele wiele innych piosenek. Doszukuję się w nich obrazu tego co mnie otacza... I wiecie, że dostrzegam. Chociażby w November Rain Gunsów. Widzę też w piosenkach siebie... SDM - Z nim będziesz szczęśliwsza...


Ponoć jestem szczery. Jestem. Zawsze mówię co mnie boli. To co mnie boli we mnie. To co mnie boli wokół. I taki będę zawsze...

I będę czekał. Bo mój statek ma załogę podzieloną na dwa obozy. Jedni chcą walczyć, drudzy płynąć na mieliznę i czekać na holownik... Ci pierwsi wygrywają.

Wierzę tylko w jedno. Jakoś to przetrwam. I się z pewnością nie zmienię! Zawsze będę taki jaki jestem. Czy to się spodoba światu czy nie... Ja się nie zmienię, świat mnie nie zmieni. Marzyciel i idealista, a nie męczennik. Prędzej zmienię świat niż siebie. Bo w końcu musi być lepiej! W końcu kiedyś się ułoży! Taka wiara mnie niesie. Choć każdego dnia upada, to następnego wstaje. Albo to dzięki mnie samemu, albo dzięki bliskim ludziom.

I dlatego właśnie to nie są moje czasy, ja się tu nie nadaję... Ale ja zmienię świat. Zmienię, zmienię, zmienię!

Idąc cmentarną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu
Odszedłeś bo byłeś słaby jak suchy liść
Dziś możemy dotknąć się naszymi pustymi duszami
Obnażyć swe oszustwa i nasze wypalone sumienia
Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia
Dziś jesteśmy nareszcie sami w ten listopadowy wieczór
Idąc jesienną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu
Chce być tylko z tobą przez kilka małych chwil
Pomóż mi przywołać tamte lata, ożywić śpiących ludzi
Pomóż mi pokonać smutek, który pozostał gdy nagle odszedłeś
Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia
Dziś jesteśmy nareszcie sami w ten listopadowy wieczór...
Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia
Dziś jesteśmy nareszcie sami w ten listopadowy wieczór...


TSA - 51

Post Scriptum

Wkurza mnie to wszystko. Najbardziej chyba siebie samego wkurzam ja.

I wiem też jedno. Wiem, że w czasie gdy ja piszę tę notę, w której wylewam swoje żale, to na świecie dzieje się milion problemów. Pewnie przez ten czas kilka tysięcy rodzin pożegnało swoich bliskich. Wielu umarło. W Iraku pewnie znów kogoś zabili. Pewnie w Polsce było kilkadziesiąt wypadków samochodowych. Pewnie w Afryce kilka dzieci z głodu zmarło... A ja tu chrzanię swoje idiotyzmy. Moje problemy w perspektywie świata są mniejsze niż ziarnko piachu... Ja to wiem. Nie oczekuję od świata akceptacji... Nie od całego świata. Od jakiejś małej cząstki choć...

Teraz już dobranoc. Wybije zaraz godzina 2:00. Kładę się spać. Na cztery godziny... Dobranoc. Znaczy pewnie nie, ale co mi tam. Krótkanoc.

Wstałem. 6:00. I już pierwsza myśl dnia. Ponoć jak to mi mówicie taki wspaniały jestem, taki super, taki inny niż wszyscy, tak super czas się ze mną spędza... Ale jestem super przyjaciel... Bo więcej nikt nie chce dać... A ja chyba nie chcę żyć wiecznie nadzieją! Chcę być w końcu kimś!

I znów TSA - 51... Idąc cmentarną aleją...

Bo ja zawsze podsycam swoją nadzieję... Zawsze ją wzniecam. I od nowa i od nowa... Bo mam wielką wiarę, że kiedyś musi być lepiej. Nie dopuszczam do siebie myśli o samotności... Nikt by po mnie nie zapłakał, gdyby mnie tak nagle zabrakło...

9 komentarzy:

Anonimowy pisze...

ja bym zapłakała... Już płaczę czytając jak cierpisz i boli mnie to że nie mogę Ci pomóc chcę bardzo ale gdy już się zbliżę niszczę to swoim uczuciem do Ciebie którego Ty już nie chcesz... Przepraszam

Anonimowy pisze...

Ostatnie zdanie napisane dlatego, żeby wszyscy Cię zapewniali, że będzie na odwrót? To zapewniam i nie tylko ja. Nie chcę pocieszać. Tylko wiesz, zawsze po zimie jest wiosna. Nie wiesz? To już wiesz. :P
pees. Lubisz rodzynki?

Anonimowy pisze...

I tak nie żałuję że tu "przyszłam", że przeczytałam. BO to jest w zasadzie strasznie przerażające. Ja sobie siedze spokojnie i stukam w ta klawiaturkę, a przecież dzieci umierają. Niby nic nie mogę zrobić w związku z tym. Ale mogłabym sprzedać ten głupi komputer(czego z własnego egozimu nie zrobie) i te ileśtam polskich złotych zamienic na dolery, euro i przelać na jakąś fundację. Ale 1. egozim. 2. brak odawgi. Kreatywnosc to za mało. Tu porzebna takze odwaga. Przepraszam za wywód...
Można takze inaczej niż Ty-ja sie skupiam na obserwowaniu ludzi, poznając ich w ten sposób, jednocześnie nie mówiąc zbyt wiele o sobie. taki murek. Pozytywny i negatywny jednocześnie. W każdym razie autodestrukcyjny. A Rammstein fajny zespół...

Anonimowy pisze...

Wierzę, że Ci lepiej.

;]

Anonimowy pisze...

mi by pękło serce...

Anonimowy pisze...

Miej nadzieje. Moze choc Tobie sie uda. Zycze Ci tego.

Anonimowy pisze...

Z TSA polecam "Trzy zapałki" z tekstem Gałczyńskiego. Piekny, liryczny kawałek, który pomaga takiemu beznadziejnemu romantykowi jak ja ;) Tobie mam nadzieje też...

Trzymaj się! :)

Anonimowy pisze...

Z tekstem Jacqeusa Preverta, tlumaczonym przez Galczynskiego :P

Anonimowy pisze...

Napisać dobre tłumaczenia to tak samo jak napisać wiersz od początku ;)