sobota, 30 grudnia 2006

Czterodniowe przemyślenia

Dzisiaj miałem piękny sen
Naprawdę piękny sen
Wolności moja, śniłem że
Wziąłem z Tobą ślub

Słońce nas błogosławiło
I księżyc też tam był
Wszystko gwiazdy nieba
Wszystkie gwiazdy

O Victorio, moja Victorio
Dlaczego mam Cię tylko w snach
Wolności moja Ty Victorio
Opanuj w końcu cały świat

Ot, gdyby tak wszyscy ludzie
Mogli przeżyć taki jeden dzień
Gdy wolność wszystkich, wszystkich zbudzi
I powie: "idźcie tańczyć, to nie sen"

O Victorio, moja Victorio
O Victorio ma


Święta... podzieliliśmy się opłatkiem... spożyliśmy wieczerzę i rozeszliśmy znów po swoich kątach... Padło wiele słów. Potem poszedłem na pasterkę. Ksiądz proboszcz śmiało mógłby zostać niańką... Te jego kazania są takie porywające... Ogólnie pasterka niestety trochę bezpłciowa... :|.

Wczoraj [25 grudnia], bo piszę już o 3 w nocy we wtorek, 26 grudnia, spędziłem w domu. Postanowiłem w końcu nadrobić "Dziady" i "Pana Tadeusza". Zacząłem od tej pierwszej pozycji. Została jeszcze tylko część trzecia. Dwie pierwsze, znaczy druga i czwarta przeszły szybko, zwłaszcza, że znałem je już ciut wcześniej. Chciałem ominąć część zatytułowaną Widowisko, ale i ją gwoli ścisłości postanowiłem przeczytać. I nie żałuję bo natrafiłem na piękny fragment.

W przyrodzeniu, powszechnej ciał i dusz ojczyźnie,
Wszystkie stworzenia mają swe istoty bliźnie:
Każdy promień, głos każdy, z podobnym spojony;
Harmoniją ogłasza przez farby i tony;
Pyłek [każdy] błądzący śród istot ogromu,
Padnie w końcu na serce bliźniego atomu;
A tylko serce czułe z dozgonną tęsknotą
W rodzinie tworów jedną ma zostać sierotą?
Twórca mi dał to serce, choć w codziennym tłumie
Nikt poznać go nie może, bo nikt nie rozumie,
Jest i musi być kędyś, choć na krańcach świata,
Ktoś, co do mnie myślami wzajemnymi lata!


Fragment jednocześnie pełen smutku rzekłbym, ale i nadziei. Tak jak ja... Smutku z powodów wiadomych... Nadziei może już coraz głupszej, coraz bardziej naiwnej, ale dalej buchającej w moim wnętrzu. Bo ja ją będę podsycał! Choćby cały świat mówił, że będzie źle to ja nie upadnę na zawsze. Bo to nie o to chodzi... Ja nie po to tu jestem. I dziękuje tu kilku osobom, które wytrzymują ze mną... To musi być mordęga... Zwłaszcza, że jestem dość ciężkim przypadkiem...

Co ja mogę powiedzieć... To wszystko pędzi... Na złamanie karku, nie wiem dokąd... Może ku mojej zgubie... Może ku totalnemu upadkowi. A może pędzi to w tym momencie tylko w dół, by odbić się i zajaśnieć jak gwiazda na widnokręgu... W tym momencie moje samopoczucie jest nieokreślone... I już nie powiem kiedy ono ostatnio było określone przez choć jeden dzień... Tak się zastanawiałem kiedy ostatnio miałem całkowicie dobry dzień... Ostatnio jednak dni dobre nie są... Siadła mi jakoś psychika. To wszystko tak się zmienia. Ale o pomoc wołać nie będę... Bo zaraz ktoś powie, że robię z siebie męczennika, że robię z siebie Matkę Teresę, albo jeszcze kogoś innego... Ale ja nikogo z siebie robić nie będę. Pozostanę sobą. Bo to jestem ja... I ten uśmiechnięty od ucha do ucha... I ten smutny. I ten co potrafi napisać wiersz i ten co rzuca wulgaryzmami. Ten co jest źródłem spokoju i ten co rzuca się jak ryba w sieci... Bo w życiu moim się wszystko praktycznie zmienia ostatnio... A zaczęło się... Hmmm... niech sięgnę pamięcią... Pamiętam... 10. listopada... 180 kilometrów stąd. A może nie? Może to jednak zaczęło się od noty "Przyjaciele i przyjaciele"? Sam nie wiem. Ale to wszystko rewolucja. To wszystko jak wybuch. Bomba, bomby, całe tuziny bomb. Wybuchających w moim sercu, duszy, robiących zamęt w moim życiu, w życiu bliskich mi osób... Ale w samym środku tego wszystkiego ja. Główny sprawca swoich własnych kłopotów, swoich własnych stanów psychicznych... Bo to najczęściej moje akcje rodzą wasze reakcje... Choć nie do końca... Czas odrzucić też postawę wiecznego męczennika. Bo takim nie jestem.

I Bartek przypomniał mi pewne słowa z Biblii.

Czemu widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku?

To wstęp do następnej części wywodu poświątecznego. Wkurza mnie, dobija mnie jedno. Gdy ludzie gadają głupoty... Głupoty typu:

I tak przegram. Zaraz mi strzelisz trzy bramki... blablabla... - brat mój podczas meczu, w którym prowadzi. Te słowa mi dały do myślenia. Bo jest chyba coś takiego w ludzkiej podświadomości, zakorzenione często jak wielki dąb... Nazwałbym to mentalnością przegranego. Na czym to polega? Już tłumaczę. Z wieloma osobami rozmawiam, ale są takie, które mają jakby już zakorzenione w sobie pewne stwierdzenia. "Ja już jestem za stary na miłość, mnie to już nie spotka, itp..." Mówi mi co najmniej dwóch rozmówców. Wielu mówi, że się nie nadaje, że jest do dupy.... A Ty mówisz, że już nie potrafisz, że już nie wiesz czy umiesz... że się wypaliłaś.... A to jest chyba w życiu tak, że gdy sobie coś wmawiamy i wmawiamy to w końcu uwierzymy, że taka prawda... I wtedy braknie zapału do walki... Braknie sił, bo już się PRZYZWYCZAJAMY... Przeklęte słowo. Wcześniej nie było takie. Stało się takim gdy usłyszałem je w parku... PRZYZWYCZAJENIE... Do wszystkiego można się przyzwyczaić... Ale nie przyzwyczajajmy się do własnych, często niedorzecznych twierdzeń! I kto to mówi? - zapewne powiecie. Wiem kto to mówi... Ten, który częstokroć sam sobie wmawia... Ale co jest najważniejsze w pracy nad sobą? Uświadomienie sobie własnych wad. I widzę swoją najbardziej chyba wkurzającą wadę. To wmawianie. Dlaczego najbardziej wkurzającą? Bo ona właśnie najbardziej wkurza mnie u innych. A sam przez długi czas nie widziałem jej u siebie... Ale w końcu widzę. W końcu widzę, że największe problemy stwarza sobie często sam człowiek. Bo sobie wmówiłem, że nie mam szans. Bo sobie wmówiłem, że jestem do niczego. Bo sobie wmówiłem, że jestem zerem. I w to uwierzyłem. Ale dość tego! Tak nie jest! Do jasnej cholery... Są zjawiska, są wydarzenia, które otwierają nam oczy... Nie wiem czy to kwestia tych rekolekcji, które przeżyłem dość mocno... Czy po prostu cała ta sytuacja. Wiem, że ostatnimi czasy dowiaduję się wiele o sobie, o ludziach, o tym wszystkim. Szkoła życia w najczystszej postaci. Tracę relacje z pewnymi ludźmi, te słabsze relacje, które nie wytrzymują takiej próby... Ale i są nowe relacje... Znaczy nowe-stare, wzmacniają się relacje z ludźmi, których znałem wcześniej. Ale dopiero teraz dowiaduję się, że są moimi przyjaciółmi. Pomagają mi siłować się z samym sobą... I już naprawdę mam dość nieraz samego siebie. Tego mojego wmawiania sobie. I dość już tego. Nie jestem nikim, mam szansę! I was też proszę. Przestańcie. Bo to nieraz jest aż głupie. Stoimy zaślepieni swoim własnym twierdzeniem... Twierdzeniem, które zasłania nam oczy na świat. I jesteśmy jako Ci fanatycy... Tylko jedna prawda objawiona i koniec... A to guzik prawda... Bo Ty nie będziesz sam. W końcu znajdzie się dla Ciebie Arturze ta jedna jedyna... Pamiętaj o tym. Bo człowiek z Ciebie wielki. A Wy drodzy rozmówcy, którzy mówicie, że się nie nadajecie... Nadajecie się częstokroć bardziej niż Ci wszyscy, którzy mówią wam, że się nie nadajecie... I kto to mówi?! zakrzykniecie zapewne. Ano mówi to gość, który ma taki sam problem... Który sam sobie też często wmawiał... Piszę wmawiał, bo zdał sobie sprawę, że wmawianie jest gówno warte... I chcę to zmieniać. Jak wiele rzeczy w moim życiu. Jak już pisałem, szkoła życia. To taka szkoła, której nigdy nie kończymy. Zaczynamy ją w momencie narodzin. Kończymy w momencie śmierci. Ale i tak oblewamy egzamin... Jak w przysłowiu... Człowiek się uczy całe życie, ale umiera i tak głupi... I to jest chyba prawda. I ktoś by powiedział... W takim razie po co się uczyć? Lepiej może płynąć z całym tym szambem ludzkości... Lepiej może wtopić się w szarobury tłum, trzymać łeb przy glebie i się nie wychylać. Gówno prawda! Po raz kolejny powiem gówno prawda! I jeszcze raz! Gówno prawda! Nie wiem jak wy, ale ja zawsze będę się wybijał ponad przeciętność... Tak chcę prowadzić swoje życie. Takie jest moje życie. I inne nie będzie. Niech świat rzuca kamieniami. Niech ludzie się śmieją. Ja będę zawsze żył po swojemu!

Pamiętasz... jak byłaś smutna, jak mówiłaś, że serce Ci pęka, gdy wmawiałem sobie te wszystkie głupoty? A dziś co!? Dziś sama sobie wmawiasz... I nie patrzysz na to, że pęka mi serce... Tylko gadasz swoje... Powiem szczerze, swoje głupoty. Tak bardzo chcesz w nie wierzyć, że wydają Ci się nieomal prawdziwe... Wmawiasz sobie... Wmawiasz... gorzej niż ja...

Piszę tę notę już przeszło 24 godziny, oczywiście z przerwami. I dalej wiem, że to jeszcze nie koniec. Ale w tym momencie (27. grudnia, godzina 2:48) wszystko mi jakoś ze łba wypadło. To o czym dzień cały rozmyślałem... Wypadło chociażby przez niedawno zakończoną rozmowę, która przypominała raczej walenie łbem w mur... Ruń murze! Ruń! Zawal się! Ale gdzie tam... Ten mur stoi, a tam z drugiej strony jeszcze dyskretnie jest dokładana cegiełka za cegiełką. Ale ja się nie poddam! Ten mur runie! Runie mur wmawiania sobie idiotyzmów, mur samotności. Albo runę ja... Ale jak widać dziś energii we mnie sporo. I poradzę sobie z każdym murem, z każdym pociskiem celowanym we mnie... Ten mur bowiem chyba musi runąć sam... Ale jak on ma runąć?! Jak on ma runąć gdy załoga twierdzy sama dokłada kolejnych cegieł... Już Wam tak dobrze tam!? Nie... nie... nie... gdzieś słyszę ściszone głosy... Ale jednak mur nie chce runąć. A ja będę walczył i czekał. Bo jest takie zjawisko, które nazwać można prosto... zależy mi na Tobie.

I tyle mówisz o altruizmie. Jesteśmy obydwoje altruistami. I jak zgodnie stwierdziliśmy tracimy często coś z siebie, bo zaniedbujemy własne potrzeby... A ja wiem jak temu zaradzić. Jak zostać altruistą, a jednocześnie zadbać o własne szczęście choć trochę... Po prostu. Wyjdź z siebie. Stań obok. Spójrz na samą siebie z boku, jak na kogoś drugiego... I powiedz wtedy szczerze... Jej też potrzeba mojej pomocy! I pomóż sama sobie. Tak jak ja pomagam sobie. Wyszedłem, popatrzyłem i zobaczyłem. Człowieka z problemami. Człowieka, któremu trzeba pomóc. I nie zawsze pomogą ludzie... Ludzie nie zawsze będą tak silni. Samemu sobie trzeba pomóc. Więc nie odmawiaj sobie samej pomocy!

Godzina 1:17, sobota, 30. grudnia 2006 roku. Dzień przed końcem tego jakże wielkiego, dziwnego, popieprzonego, radosnego, smutnego roku.

W głośnikach Turbo - Dorosłe dzieci. Naprawiłem ten sprzęt i mogę w końcu dokończyć tę notę. A może nie dokończę jeszcze teraz... Ostrzegłem część czytelników, że nota nudna, długa... i taka jak zwykle... W międzyczasie dochodzi do zmiany piosenki. Piękna ballada zespołu TSA - 51... Idąc cmentarną aleją szukam Ciebie mój przyjacielu... Nie mam żadnego przyjaciela na cmentarzu jeszcze. Na szczęście... Są gdzieś tutaj... Gdzieś obok, bliżej, dalej... I są... A ja ich właśnie często nie widzę... To jest to... Człowiek często wmawia sobie, że jest sam... Że nikt się o niego nie martwi. A mówiąc tak wiem, że sprawiam Wam ból... Ostatnie dwa, trzy dni były ciężkie, ale mogłem na Was liczyć... Dziękuje pannie B. i pannie A. Rozmowy z Wami dały mi wiele wytchnienia, otuchy i siły. Odpocząłem od labiryntu moich poskręcanych, połamanych myśli. Odpocząłem od zepsutego komputera, pijanego jak zwykle tatusia. Odpocząłem od samego siebie. Bo to jest prawda... Człowiekowi łatwiej jest sobie radzić z tym wszystkim, gdy ma jakieś wsparcie... Choćby duchowe... Bo wiem, że te moje problemy są zagmatwane i mało kto może pomóc w nich bezpośrednio. Ale nieraz ważniejsze jest wsparcie duchowe. Bo na tym polega to wszystko. Żeby żaden człowiek, zwłaszcza bliska nam osoba nie została z problemem sama! I to trzeba zrozumieć już chyba... Potrzeba serca mówi, że nie mogę Cię zostawić... Choć fakt... Znów zostałem uświadomiony... Ale ja po prostu nie chcę smutku na Twojej twarzy... Bo ja go w tym samym momencie czuję w swojej duszy... I zrobię wszystko, by znów na Twojej twarzy gościł uśmiech. I to nie jest zamykanie w klatce, nie dawanie oddechu... Choć każdy to i tak będzie widział inaczej. Dla jednego troska to troska, a dla drugiego już odbieranie wolności osobistej... Różni ludzie, różne punkty widzenia. I to jest wielka rzecz tego świata. A jednocześnie rzecz, która powoduje wszelakie konflikty... Wielka, bo można rozmawiać z ludźmi, którzy widzą pewne rzeczy inaczej i czerpać od nich coś dla siebie. A jednocześnie zła, bo często jest tak, że ludzie oceniają człowieka choć go nie znają. Bo ktoś przeczyta dziennik i już myśli, że wie o Skibim wszystko... I może oczywiście mnie oceniać, bo wie lepiej co czuję... A to gówno prawda drogi krytykancie/droga krytykantko. Oszczędź sobie tych daremnych słów... Choć one i tak zostaną gdzieś w mojej głowie zapisane...

Ta rewolucja... Kiedyś życie takie spokojne... Teraz jest szalone... Kurna mać.. Nie ma dnia bez jakiegoś przemyślenia... Bez jakiś głupich, mądrych, pustych, pełnych myśli. Każdy dzień składa się ze smutków, radości... Kiedyś potrafiłem cały dzień radosny łazić. Dziś już niezbyt... Od 10. listopada nie piłem alkoholu. I nie chce mi się pić... Więc pewnie nic nie wypiję 31 grudnia/1 stycznia. Myślę nad bojkotem tego święta... Ciekawe czy dam radę usnąć o 22... A miało być tak pięknie. Trzeba przywyknąć, że plany się rozwalają...

Godzina 3:00. W głośnikach nidzicka Legenda - Skała.

na wysokiej skale odległej niewiadomej
zostawiłem swój żal ostatnią moją łzę
ostatnią moją chorą myśl ostatnią moją łzę
ostatnią moją chorą myśl innych już nie będzie

rozrywa mnie i puszcza
i słodkie ukojenie
przychodzi raz na tydzień
a może raz na dwa

na najwyższej skale płonie ogień
mojego pojednania
pojednania z chorym samym sobą
albo zgaśnie on albo umrę ja

mój zegar stoi w miejscu
nie świeci promień słońca
przypływa znajomy dźwięk ciszy
dźwięk ciszy rozwala mi łeb
i nie mogę zbliżyć się do lustra
i nie mogę zobaczyć swojej twarzy

z mych oczu nie popłynie łza
z mych oczu nie popłynie łza
z mych oczy nie popłynie żadna łza

na najwyższej skale płonie ogień
mojego pojednania
z chorym samym sobą
albo zgaśnie on albo umrę ja


I znów się doszukuję w piosence jakiegoś obrazu samego siebie, otoczenia... Taki już jestem... Jest ten ogień... Ale właśnie coś nie mogę się ze sobą pojednać... I pewnie łza popłynie... Niejedna... Nie dwie... W życiu jeszcze tysiące... I już nie chrzańcie, że chłopaki nie płaczą, bo to kłamstwo... Są ci, którzy mniej, są ci co więcej. Są ci co się tego wstydzą... Chore... Są ci, którzy traktują to jako normalną rzecz w życiu. Dla mnie nie ma różnicy czy jest to facet czy kobieta. Każdy ma prawo płakać. Ma prawo się wstydzić. Korzystam z tego prawa. Bo ze mnie taki facet jak z koziej, itd... Resztę napiszę w dzień. Koniec kolejnej części - 3:08.

8:26. Wstałem godzinę temu, po czterech godzinach snu. Chyba się organizm już przyzwyczaił do tak małej dawki snu. A może udaje i jak padnie to tak naprawdę poważnie. Nieważne. Co dziś w planach? O 14 czas na ważną rozmowę. A wcześniej będzie normalny dzień, normalna sobota. Ni stąd ni zowąd się zorientowałem, że plany sylwestrowe mi się spierdzieliły... Myślę, czyby się o 22 nie położyć. Ot tak. Rzekłbym manifestacyjnie. Ale rozwalenie się planów sylwestrowych uczy mnie kolejnej rzeczy... Nie planuj zbyt wiele, nie oczekuj za dużo... Choć fakt, jeszcze mam dzień do 31. grudnia. Jeszcze się wiele może zdarzyć... Tak sobie będę wmawiał... może mi się lepiej zrobi...

I kolejna rzecz ciekawa. Jak to jest, że nieraz drugiemu człowiekowi zależy bardziej na sprawach, na których mnie powinno zależeć, niż mnie samemu? Doświadczam tego... Ja, ciepła klucha, nie wiem czy dam radę pisać do gazety, ale redaktor naczelny upiera się. Pierwszy tekst ma być na 8. stycznia. Już obmyślam plan ucieczki do Kolumbii ;). Nie wiem czy dam radę. Choć fakt, sam tego chciałem. Ale co ze mnie za pisarz. Nadaję się do takich rozwlekających się dziennikowych wpisów, a nie do mających się zawrzeć w 1500 znakach myśli. Hmmm... a może ja sobie wmawiam? Nazwę to raczej stwierdzeniem faktu. Piszę i piszę i skończyć nie mogę... W tej nocie owe 1500 znaków kończy się gdzieś we fragmencie Widowiska... Więc nie wiem co zrobię z owym pisaniem do gazety. Wiem, że to czysta korzyść dla mnie... Ale cóż mi z tego, kiedy głupia głowa i tak robi swoje...

Bo ja chcę tylko szczerości. Szczerze. Jeśli robię źle, to niech nikt nie głaska Marcina po główce, że robi dobrze... Niech powie szczerze co go/ją boli we mnie. Każdą opinię przyjmę, rozważę. I ze swojej strony zawsze obiecuję to samo. Choć prawda taka, że często ta prawda wasza nie chce jakoś spłynąć po mnie. Przyjmuję zbyt dużo do siebie. Lepiej ciut więcej niż za mało... I cały czas łapię się na tym, że prawda sprawia mi nieraz przykrość, a nie powinna. Opinie ludzi nieznających mnie, którzy próbują powiedzieć, że znają mnie lepiej niż ja siebie samego są najbardziej denerwujące... Bo są wydawane na podstawie strzępków wiadomości na mój temat. Ale do tego trzeba przywyknąć. Kochamy się nawzajem oceniać, wydawać opinie. Jednak po części jest to potrzebne na tym świecie. Bo dzięki temu, że może wydawać opinie, nawet najbardziej zamknięta w sobie osoba jakoś na chwilę się otwiera.

Pragnę w chwili obecnej jakiegoś pojednania z chorym samym sobą. W końcu się pogodzę ze sobą samym. Może wtedy się ze światem pogodzę...

W głośnikach Pidżama Porno - Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości...

I ten tekst też mi pasuje. Mało który tekst ostatnio czegoś nie zawiera dla mnie...

Chory jestem wiem. Paranoje moje wewnętrzne są nie do wytrzymania często dla mnie samego... Bo schrzaniłem dużą część siebie, część kontaktów z ludźmi przez swoje decyzje... Bo rzadko myślę... Sercem się kieruje. I te moje paranoje. Ale kiedyś wszystkie odejdą...

I na koniec stara śpiewka.

Ja już nigdy się nie zmienię.

Będę tylko wyrzucał z siebie to co złe. Bo życie to praca nad sobą samym. Choć i tak do końca nikt nie osiągnie w tym sukcesu... Nikt nie będzie nigdy doskonały...

[9:28]

Jeszcze jedno ważne. Nie napisałem o wolności. Tak się wiele o niej mówi. Każdy sobie ceni swoją wolność... Swoje prawa. A często przez nasz strach, nasze obawy, lęki, brak wiary, wmówienie zakładamy sobie kajdany... Pewnie i mnie zwisa gdzieś łańcuch... Założyłem go sobie wespół z moim życiem. Ale tak samo się go pozbędę. Nie będę tłumaczył, że tak powinien każdy zrobić... Każdy zrobi tak jak uważa. Najważniejsze chyba w pracy nad sobą jest uświadomienie sobie własnych wad. W tym wypadku trzeba zauważyć nasze własne kajdany... zakładane najczęściej przez nas samych... Po tym można zacząć działanie... Choć ciężko jest sobie poradzić z łańcuchami samodzielnie... Bo one rosną i rosną, robią się coraz dłuższe i cięższe... Dlatego ważna jest obecność ludzi bliskich, którzy z tym łańcuchem pomogą... Samodzielnie rady nie damy...

I ktoś mógłby zapytać skąd w tak młodej głowie tyle przemyśleń, tyle sprzeczności, swoistej paranoi. Sam nie wiem. Jakoś tak wyszło... Tak już mnie ukształtowano, taki już sam siebie ukształtowałem.

W czwartek oglądałem Gorączkę sobotniej nocy z Johnem Travoltą. Genialny film, długo czekałem by znów go zobaczyć. Ten klimat lat 80.... tam chyba bym się nadał. Choć tam jeszcze więcej zwracali uwagę na powierzchowność... Ale i tak czasy wspaniałe. I ten taniec. Ta muzyka Bee Gees... I cała historia. I jeden tekst mi utkwił w pamięci.

Jesteś nikim w drodze donikąd...

Hmm... jestem... nie wiem... Niemniej jednak film genialny...

I nic nie poradzę na to, że ostatnimi dniami mówiłem sobie, że nie chcę się dziś z Tobą spotkać, że nie chcę dziś się z Tobą zetknąć... Moje serce i tak szukało... I miałem nadzieje, że i Ty zechcesz się o 22 wybrać na samotny spacer... Bo mimo, że nie chciałem Cię spotkać, to i tak serce wiedziało lepiej... Wyrywało się... I przypominam sobie te dwa dni... Pierwszego wietrzyłem pokój... Drugiego po powrocie wolałem zaraz iść się umyć... Tak bardzo czułem ten zapach... I często się łapię na tym, że gdzieś go znów czuję... Tak blisko...Tak samo jak łapię się na tym, że gdzieś Cię widzę... gdzieś słyszę... Ale to złudzenia.

niedziela, 24 grudnia 2006

Wesołych świąt.

Tytuł może banalny, ale innego nie sposób dziś dać.

Wigilijny poranek, śniegu brak. I śniegu nie będzie najpewniej (chyba że sami sobie go zrobimy). Atmosferę świąt wyznacza chyba tylko krzątanina w kuchni, porządki, choinka. Śniegu brak. Ale będzie dobrze i bez śniegu. On niby tworzy atmosferę, ale nie jest najważniejszy. Najważniejsza jest atmosfera w sercu. Myślę, że już ją czuję w jakiś sposób. Głowa rodziny zwana ojcem... dumnie to brzmi wczoraj trzykrotnie zaliczał stan nietrzeźwości. Pewnie i dziś tradycji stanie się zadość... Ale już w tym roku nie popuszczę... Wszystko mu powiem. Wszystko co mnie boli w tym wszystkim... Brat mój jeszcze śpi. Ja wstałem wcześniej, bo wczoraj jak to zwykle u mnie zasnąłem na niepościelonym łóżku nieprzebrany. Obudziłem się o 2:12, pościeliłem łóżko, przebrałem się i znów spałem. Wyspałem się. A teraz dokończę notę w dzienniku i pójdę działać. A to porządek jeszcze raz zrobię, a to pewnie z dziesięc razy pójdę do sklepu. Aż w końcu pewnie około 17 - 17:30 zasiądziemy do wieczerzy...

Życzę Wam, drodzy moi. Życzę Wam miłości. Miłości do tego wszystkiego co nas otacza. Miłości do siebie nawzajem. Nie tylko w sensie chłopak do dziewczyny, dziewczyna do chłopaka. Ogólnie. Kochajmy się, bo miłość tylko uratuje świat przed tym całym jego złem.

Zdrowia życzę Wam na równi z miłością. Bo gdy jest zdrowie można myśleć o wszystkim. Człowiek chory przecież może i jest zdolny do miłości, ale wiadomo, że miłość do chorego człowieka to miłość trudniejsza, ale i szlachetniejsza. Chory człowiek nie będzie mógł pracować by mieć pieniądze. Od zdrowia zawsze trzeba zacząć. Kochajmy nasze zdrowie. Tak jak kochamy innych, kochajmy i siebie. I dbajmy o siebie.

Po trzecie - tolerancji. Przede wszystkim chyba dla siebie. Bo jak można tolerować innych, akceptować, gdy nie akceptujemy siebie? Akceptacji samego siebie. Byśmy nie mówili sobie samym, że nic nie znaczymy. Każdy coś znaczy, bo każdy tworzy historię. Historię życia. Róbmy to jak najlepiej potrafimy. I każdy niech robi to po swojemu.

I życzę Wam tego, by zawsze była w tym życiu osoba, do której będziecie mogli otworzyć swoje serce, oddać tej osobie to co czujecie. By była to osoba, z którą podzielimy radości, ale i ważniejsze. Smutki. Życzę by taka przyjaźń była trwała, by nie niszczył jej żaden wicher życia. By nie zardzewiała w czasie deszczu kłopotów. Wręcz przeciwnie. By był to metal, który przez te kłopoty będzie wzmocniony.

Wiary i nadziei - to kolejne. Byśmy każdego dnia budzili się z nową wiarą i nową nadzieją. Na to, że będzie to lepszy dzień niż wczoraj. By każdego dnia obdarzać samych siebie i całą resztę świata uśmiechem. Pewnie 9/10 osób przejdzie obok naszego uśmiechu obojętnie. Ale warto się uśmiechać choćby dla tej jednej osoby, która dzięki naszemu uśmiechowi znajdzie chwile szczęścia w sobie. Sam staram się uśmiechać, ale wiadomo, że nie zawsze jest dobrze. Nie zawsze możemy się uśmiechać. Ale gdy już możemy - róbmy to! Nie chowajmy uśmiechu, nie chowajmy swoich uczuć w sobie. Nie budujmy wokół siebie murku.

Życzę nam by te kłopoty przepadły za mgłą... Może nieraz musimy sobie wmawiać, że będzie dobrze. Ale musimy w to wierzyć. Bo samo wmawianie nic nie da. Uwierzmy w siebie i w innych.

I żeby spełniły się wasze marzenia, by ziściły się pragnienia. By zawsze był ktoś kto pomoże w tym wszystkim.

Bo jeden dzień jest gorszy. Każdy takie dni miewa. Ale pamiętajmy. Dziś jest źle, ale jutro już może być lepiej. To jest najważniejsze. Nie traćmy wiary, gdy dziś nie jest dobre. Jutro będzie lepsze. Albo samo z siebie, albo dzięki nam samym, albo dzięki innym.

Wesołych świąt dla wszystkich bliskich, dalszych. Dla czytelników, waszych rodzin. Dla przyjaciół, znajomych, kolegów.

I już nie mogę doczekać się pasterki...I czekam, aby dziś jeszcze przed wieczerzą móc porozmawiać...

poniedziałek, 18 grudnia 2006

Nie ma tytułu.

Nie ma tytułu z prozaicznego powodu. Przeczytacie tytuł, domyślicie się o czym będzie nota i już nie przeczytacie noty. A tak mogę stworzyć pozory, że będę się zachwycał tym wszystkim... A guzik prawda...

Serce mnie boli już od kilkunastu dni... Ale tak wewnętrznie... To jest mój weltschmerz.

Zmienia się to wszystko. Zmienia i zmienia. Nic nie jest stałe. Ciągle się wszystko zmienia. Ale czy ja się zmieniam? Od kilku osób usłyszałem, że ostatnimi czasy się zmieniłem. I to oczywiście na gorsze. I ponoć wszyscy tęsknią za starym Skibim. Tym wulkanem energii i uśmiechu. Tyle, że nie ma dwóch Marcinów. Nie ma starego i nowego. Jest jeden Marcin. Czy tak trudno zrozumieć, że i ja jestem człowiekiem? Że i ja wstaję i upadam, że i ja mam także momenty lepsze i gorze? Schowałem uśmiech gdzieś głęboko. Nie chcę być uśmiechniętym durniem. Nie chcę być pustą kukłą... Gdy jest mi źle w sercu to będzie to widać na twarzy... Bo ja się nie kryję przed ludźmi za murkiem. Ja do nich wychodzę z sercem. I zawsze będzie już tak, że gdy jest mi dobrze w sercu to widać to na twarzy. Gdy w sercu źle to analogicznie. Dlatego ostatnio się nie uśmiecham. Nie dlatego, że powstał drugi Marcin... Marcin się nie zmieni... Zawsze będzie miał w sercu te same reguły. Będzie zawsze żył tą samą głupią częstokroć nadzieją i wiarą. Przecież jutro musi być lepiej. Upadam. Bo nie musi. Nikt nie zmusi jutra by było lepsze. Bo to od nas tylko zależy nasze jutro... Jutro zależy od tego co dziś. Jeśli dziś jest dobrze to wielce prawdopodobne, że i jutro będzie dobrze. Jeśli dziś jest źle to i jutro będzie źle. I tak ciągnie się to za mną.

Świat się zmienia. Świat wokół mnie. Jedni odchodzą, drudzy nie przychodzą. Inni, którzy jeszcze nie odeszli zostają i pokazują kawał niezłej cierpliwości, przyjaźni dla idioty Marcina. Wiem, że pewnie ciężko wam ze mną wytrzymać. Z pewnością. I nieraz tak myślę. Niech wszyscy już sobie ode mnie pójdą. Zostawią mnie samego ze sobą... Choć bez tych kilku osób, z którymi teraz rozmawiam praktycznie codziennie nie dałbym rady. Ot taki ze mnie siłacz. Taki ze mnie mocarz. Do tyłka po prostu.

Przerywając na chwilę mój wywód. Święta idą. I znów ta gorączka. Kurza stopa... wszędzie już te miliony lampek, już te kolędy, już te last krysmas wszędzie. No ja nie mogę... Wszystko pięknie. W każdych wiadomościach, faktach, wydarzeniach coś o prezentach dla najbliższych. Bla bla bla. A gdzie coś o opłatku?! Właśnie to jest duch świąt. Bo nie jest ważne to, żeby się stół uginał od potraw, których i tak połowy nie zjemy. Ważny jest ten kawałek chleba, którym się dzielimy! Nieważne są mega ekstra wielkie super prezenty pod ekstra cool git wyczesaną w kosmos choinką. Ważna jest atmosfera... To, że jak zwyklę będę płakał jak bóbr przy opłatku... Ale właśnie współczesność traci znaczenie świąt... Tylko wszędzie ta pogoń. Za kasą, za kasą, za mamoną... Nawet w święta... Ja kocham te święta... Ale nie za to, że są prezenty, nie za to, że jest stół pełen potraw. Za to, że jest rodzina. Wiem, że następnego dnia ojciec znów pójdzie w swoją stronę, znów będziemy się kłócić. Ale tego dnia podam Mu rękę. Podam rękę Mamie i Bratu i się rozkleje. Bo na tym to polega.

A jeśli chodzi o prezenty to chyba wszyscy bliscy mi ludzie wiedzą o czym marzę...

I kontynuując tematy związane z tym wszystkim co mnie otacza. Jestem coraz bardziej inny. Moje rozwidlenie coraz bardziej oddala się od ścieżki całej grupy. Dobrze. Bardzo dobrze. Będę zawsze szedł swoją drogą. Jakby to określic... Galopująca alienacja. Ale jest ona na moje chyba życzenie. Sam siebie do tego doprowadziłem. Tym jak żyję, tym co wyznaję i jak postępuję. Nieraz się gubię, ostatnio nawet często. Zadaję sobie pytanie: o co Ci chodzi durniu!? Nie wiem sam... A tu jeszcze często ktoś chce mi wmówić, że wie o mnie wszystko. Hahaha! To, że daję wam się poznać, że sam się odsłaniam przed wami z tym wszystkim nie znaczy, że znacie mnie lepiej niż ja sam siebie. Bo ja się przed wami nie ukrywam. Liczę tylko, że ktoś i mnie się otworzy... Bo ja tu jestem po to, by żyć dla ludzi. A, i jeszcze jedno. Jeśli wy mnie możecie oceniać, nazywać, określać to i ja będę was określał. Tylko nie mówcie: "ale ty mnie w ogóle nie znasz...". Guzik prawda. Znam. Znam po swojemu, znam ze swoich obserwacji. O każdym mam swoje zdanie. Każdy może sobie uważać o mnie co chce.. i ja będę o każdym sobie też uważał...

Ostatnio słucham dużo muzyki. Ale optymistycznych tytułów tam nie zaznamy... Raczej kupę piosenek ludzi z problemami. Podobnych można powiedzieć do mnie. Bo ja mam problem. Z sobą samym. Ale najważniejsze to zdawać sobie sprawę, umieć samego siebie ocenić. I ja to umiem. Skromne to zdanie nie jest, ale prawdziwe. Lubię stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie coś prosto w twarz. Albo iść na włóczęgę i rozmyślać. Doceniam teraz wartość natury. Iść z przyjacielem na ambonę w lesie, spokojnym, cichym... I podziwiać sarny na polu... Wolność... Wolność... Wolność...

TSA - 51, TSA - Alien, masa Rammsteinu, Hunter - Kiedy umieram, Hunter - Requiem, Kaliber 44 - Moja obawa, Paktofonika - Chwile ulotne i wiele wiele innych piosenek. Doszukuję się w nich obrazu tego co mnie otacza... I wiecie, że dostrzegam. Chociażby w November Rain Gunsów. Widzę też w piosenkach siebie... SDM - Z nim będziesz szczęśliwsza...


Ponoć jestem szczery. Jestem. Zawsze mówię co mnie boli. To co mnie boli we mnie. To co mnie boli wokół. I taki będę zawsze...

I będę czekał. Bo mój statek ma załogę podzieloną na dwa obozy. Jedni chcą walczyć, drudzy płynąć na mieliznę i czekać na holownik... Ci pierwsi wygrywają.

Wierzę tylko w jedno. Jakoś to przetrwam. I się z pewnością nie zmienię! Zawsze będę taki jaki jestem. Czy to się spodoba światu czy nie... Ja się nie zmienię, świat mnie nie zmieni. Marzyciel i idealista, a nie męczennik. Prędzej zmienię świat niż siebie. Bo w końcu musi być lepiej! W końcu kiedyś się ułoży! Taka wiara mnie niesie. Choć każdego dnia upada, to następnego wstaje. Albo to dzięki mnie samemu, albo dzięki bliskim ludziom.

I dlatego właśnie to nie są moje czasy, ja się tu nie nadaję... Ale ja zmienię świat. Zmienię, zmienię, zmienię!

Idąc cmentarną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu
Odszedłeś bo byłeś słaby jak suchy liść
Dziś możemy dotknąć się naszymi pustymi duszami
Obnażyć swe oszustwa i nasze wypalone sumienia
Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia
Dziś jesteśmy nareszcie sami w ten listopadowy wieczór
Idąc jesienną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu
Chce być tylko z tobą przez kilka małych chwil
Pomóż mi przywołać tamte lata, ożywić śpiących ludzi
Pomóż mi pokonać smutek, który pozostał gdy nagle odszedłeś
Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia
Dziś jesteśmy nareszcie sami w ten listopadowy wieczór...
Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia
Dziś jesteśmy nareszcie sami w ten listopadowy wieczór...


TSA - 51

Post Scriptum

Wkurza mnie to wszystko. Najbardziej chyba siebie samego wkurzam ja.

I wiem też jedno. Wiem, że w czasie gdy ja piszę tę notę, w której wylewam swoje żale, to na świecie dzieje się milion problemów. Pewnie przez ten czas kilka tysięcy rodzin pożegnało swoich bliskich. Wielu umarło. W Iraku pewnie znów kogoś zabili. Pewnie w Polsce było kilkadziesiąt wypadków samochodowych. Pewnie w Afryce kilka dzieci z głodu zmarło... A ja tu chrzanię swoje idiotyzmy. Moje problemy w perspektywie świata są mniejsze niż ziarnko piachu... Ja to wiem. Nie oczekuję od świata akceptacji... Nie od całego świata. Od jakiejś małej cząstki choć...

Teraz już dobranoc. Wybije zaraz godzina 2:00. Kładę się spać. Na cztery godziny... Dobranoc. Znaczy pewnie nie, ale co mi tam. Krótkanoc.

Wstałem. 6:00. I już pierwsza myśl dnia. Ponoć jak to mi mówicie taki wspaniały jestem, taki super, taki inny niż wszyscy, tak super czas się ze mną spędza... Ale jestem super przyjaciel... Bo więcej nikt nie chce dać... A ja chyba nie chcę żyć wiecznie nadzieją! Chcę być w końcu kimś!

I znów TSA - 51... Idąc cmentarną aleją...

Bo ja zawsze podsycam swoją nadzieję... Zawsze ją wzniecam. I od nowa i od nowa... Bo mam wielką wiarę, że kiedyś musi być lepiej. Nie dopuszczam do siebie myśli o samotności... Nikt by po mnie nie zapłakał, gdyby mnie tak nagle zabrakło...

środa, 13 grudnia 2006

...Umieram - gdy widzę jak błądzimy we mgle...

23:57 - wtorek, 12. grudnia 2006. Pobudka tego dnia wczesna - 5:30. Powód prosty - wycieczka do pięknego Torunia. Odjazd w szaroburej pogodzie zielonym autokarem nastąpił około 7:40. Około 11 zameldowaliśmy się na miejscu. Najpierw teatr. Przedstawienie "Niebieski, niebieski, niebieski". Większość chyba bawiły najbardziej te kurwy padające ze sceny. Ale padały nieprzypadkowo. Przedstawienie bowiem opowiadało u ludziach z problemami. Problemami z samymi sobą... Tak jak ja. I przez te ich problemy nie mogli dojść do zgody z otoczeniem. To tak jak ja... Czuję takie rosnące wyalienowanie. Ta moja droga jest coraz bardziej różna... Ale jest moja. Kontakt z otoczeniem, kolegami, koleżankami zachowuję, ale nie jest on już taki jak jeszcze niedawno. Ulubiłem moją samotność...przerywaną tylko przez Nią.

Pies ma przerąbane [;)], bo wychodzi na spacery kilka razy dziennie i te spacery oczywiście trwają po około godzinę, a ich trasa jest zawsze pokręcona. Ale w końcu starego dziadka mogę lekko wytresować [troche się mnie słucha...]. I łączę przyjemne z "pożytecznym". Pies się wybiega, a ja mogę spokojnie umysł wywietrzyć i nie zasmucać rodzicielki widokiem mojej ostatnio rzadko kiedy wesołej facjaty. A ja w tym czasie włóczę się z wiernym czworonogiem i myślę o tym wszystkim co się dzieje.

Przepraszam, zbaczam z myśli przewodniej tejże noty. Po przedstawieniu przeszliśmy do domu Kopernika, na wystawę o piernikach. Średnio było to ciekawe. Zapamiętam z pewnością, że pierniki są pierne ;]. Swojego piernika nie wypiekłem. Takie życie. Czas wolny to włóczęga. Toruń, znaczy jego Rynek w miarę poznałem, więc zdecydowałem się na samotną wyprawę uliczkami. Wpadł mi też do głowy iście szatański pomysł by odwiedzić brata w akademiku. Tak też uczyniłem. Przechodziłem obok tych jakże bliskich mi miejsc. Miejsc wspomnień... 11. listopada... Niedawno... A o 17:30 czas na zbiórkę przy przystrojonym okolicznościowo Koperniku. A ja z okolicznościowo zakupioną różą stoję wraz z bliską mi osobą i rozmawiam. Gdy widzę uśmiech w Jej oczach - jestem szczęśliwy... Gdy uśmiech zastępuje smutek - serce mi się rozdziera. W drodzę do autobusu pada dużo słów, nieraz wolałbym nie mieć języka, by nic nie mówić... Wracamy, a Ona zamiast totalnie na mnie się obrazić siedzi obok mnie. A ja ściskam Jej dłoń, tak bliską i ważną dla mnie i czuwam nad Jej snem. I myślę, myślę, myślę...

a ja Cię pilnuję
towarzystwo gonię podejrzane
które tu nad ranem
ściąga patrzeć jak śpisz

wcale się nie dziwię
jest to nawet zrozumiałe lecz
lecz mogą Cię obudzić
a widzę jak nad Tobą

nad Tobą się unoszą
nad Tobą się unoszą
nad Tobą płyną wolno moje sny


I wracamy do naszej małej ojczyzny. I znów... Nieraz wolałbym być niemową...

Ja naprawdę nie chcę ranić... nie chcę Twojego smutku... za często przepraszam...

przyznaję się do winy:
naprawdę kocham Cię
aresztujcie mnie
kocham Cię
aresztujcie mnie


ps - o niczym innym już nie myślę... i o nikim innym chyba...