sobota, 2 września 2006

Odchodzenie

Herbata stygła. Nie było w niej czegokolwiek niecodziennego. Nic nie wskazywało jakoby miała to być ostatnia herbata w jego życiu. Siedział w pustym pokoju, na starym, miękkim fotelu. Na stoliku prócz herbaty była jeszcze jedna rzecz - ostry nóż. Myślał o tym już od dłuższego czasu, planował, wyczekiwał na moment. Stał na skraju. Pomyślał: "Dopiję herbatę i wtedy odejdę". Dopił więc ją czym prędzej. Pragnął mieć to już za sobą... Ale coś mu nie dawało spokoju. Położył się. W Boga wierzył po swojemu. Wierzył, że ktoś kto nad nim czuwa musi być. Nie dopuszczał do siebie myśli, że cały świat jest bezcelowy, stworzony przez jakiś tam wybuch materii. Postanowił przypomnieć sobie całe życie, krótkie. Miał przecież niespełna 17 lat. Brakowało mu w życiu miłości. Był wulkanem, wulkanem miłości. Nieodwzajemnionej nigdy przez nikogo. Kochała go rodzina, jak każdego. Ale brakowało mu miłości odwzajemnionej. Zakochiwał się, ale zawsze bez wzajemności. Do ludzi podchodził z sercem na dłoni, ale zwykle otrzymywał kopa w serce i odchodził z bólem i psim skowytem. Ale jak to pies, wylizywał się i znów wierzył, i znów i znów i znów. Wstawał z każdego upadku. Jego pistolet naładowany miłością dalej strzelał. Wspominał chwile spędzone z ludźmi mu bliskimi. Miał przyjaciół? Może i miał, a może tylko wydawało mu się, że miał. Bardzo lubił fragment piosenki: "I'm so happy, cause today I found my friends, they're in my head". Tak chyba było w jego przypadku, tylko że head powinien zamienić na heart. Sam o sobie mówił, że był optymistą. Może tylko chciał być? Może chciał wierzyć w to, że kiedyś będzie lepiej... Wierzył. Mimo wszystkich rzeczy złych, ktore go otaczały, on nadal wierzył.

A nóż leżał. Czekał aż zostanie chwycony, rozerwie tętnice, przebije serce, przetnie nić życia. Ale młody bał się. Bał się odejść, choć wiedział, że nikt po nim nie zapłacze, że zostanie pochowany w samotnej mogile, która po kilku latach zarośnie chwastami. Odejście było tym, czego w chwili obecnej pragnął. Ale jednocześnie bał się odejść. Wiedział, że zjedzą go robaki. A przecież były w jego życiu i miłe chwile. Chwile radości... "W życiu piękne są tylko chwile"

Był młody. Jak to mówili wszyscy: "Chłopie, całe życie przed Tobą. Na wszystko przyjdzie czas." Czy przyszedł czas na umieranie? Nie przyszedł. Jeszcze nie tym razem...

Spojrzał w lustro. Zobaczył młodego człowieka, który najbardziej kochał życie, który kochał je z całych sił. Kochał ludzi. I pragnął być kochanym... Schował nóż. Założył buty i poczłapał w dal...

Od autora: Wszelkie związki bohatera z autorem pozostawiam osądowi czytelników.

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

kiedy człowiek sobie coś wmawia, to bardzo w to wierzy...a kiedy człowiek bardzo w coś wierzy...to nikt go nie przekona,że jest inaczej...

Anonimowy pisze...

wow, Timon super wpis, eh Ty nieszczesniku :( powodzenia...

Anonimowy pisze...

Do bardzo słusznych wniosków doszedł bohater opowiadania na końcu.

Anonimowy pisze...

wnioski sluszne i czasami warto sluchac tych "wszystkich"