A może 22:24. Te zegarki to różne godziny pokazują. Niemniej jednak ok. 22:25 zaczynam pisać tę (tą, jedna cholera) notę. A teraz już 22:41. A wyszły dwa zdania. Na usprawiedliwienie powiem, że zbierałem myśli i robiłem herbatę malinową marki (rodzaju? gatunku?) Saga. Bardzo dobra jest, serdecznie (lub jak kto woli serdetschnie) polecam. Chciałem założyć okulary, ale niestety znów się rozpadły. Pewnie będzie trzeba je skręcić u optyka lub nowe kupić. Jak nowe to już wiem jakie. Lennonki! Albo takie na poł twarzy, okrąglutkie. A co! Jak pozwoli mi fundusz to może będą miały różowe szkiełka. Wykorzystać tu chcę naturalnie związek frazeologiczny o chodzeniu w różowych okularach. Zwykle mentalnie taki jestem. A w różowych, wielkich rowerach będzie mi do twarzy. Na języku polskim zaczęliśmy romantyzm. No to mi się podoba! Romantyzm to moja epoka. Na angielskim jak zwykle ciekawe rozmowy z miss profesor - no tak to można określić. Dalej już jakoś tam szło wszystko. Genialnym pomysłem jest to, że chcą nas ganiać po sobocie, byśmy byli na akademii z okazji 60 - lecia szkoły naszej. Naszej - dumnie to brzmi. Jestem tu już ponad rok i dalej traktuję ją jedynie jako instytucję edukacyjną, która ma mnie przygotować do matury, do studiów. A studia? Chyba Toruń. Najpewniej Toruń. Tak przynajmniej chcę, taki mam plan. to jednocześnie blisko i daleko od domu. Blisko, bo to tylko kilka godzin jazdy pociągiem z łatwą przesiadką, a daleko, bo przecież bliżej mam Olsztyn. Ale tam nie pójdę. Za blisko domu. To jest jeden argument przemiawający za Toruniem. Inny to pewna umowa z pewną niewiastą. Tylko czy opłaca się tam jechać na 5 lat, gdy mielibyśmy widywać się tylko rok...
Teraz chwila uwagi, bo będę przemawiał! Denerwuje mnie ta szkoła już. Czy nie można zrozumieć, że humaniście, gościowi, który chce być dziennikarzem, filozofem, albo kimś podobnym nie potrzeba do życia znajomości ORI (wiecie co to jest, więc nie będę ujawniał, wszak to podstawy są), wiedza o tym, że nasze komórki są homozygotami czy heterozygotami. No ale przecież, może jeszcze powiem "tak" biologii na maturze... Jasne. Wszak ja będę kolejnym Mendlem czy Bóg wie kim innym. Zresztą (proszę o zasłonięcie oczu dzieciom poniżej 18 roku życia) fuck biology, fuck chemistry, fuck przedmioty ścisłe. Z matematyki będzie mi potrzebna w życiu tylko obsługa kalkulatora. No wiem, i jeszcze logiczne myślenie... Ale to tylko teoria. Nie myślę logicznie, więc to mi się nie przyda. Z chemii też nic mi się nie przyda. Przecież ja nie będę chciał otrzymać w domu tlienku (VI) mietanu czy innego badziewia. Ja będę chciał obiad ugotować, będę chciał przyszyć sobie sam guzik, który mi odpadnie od koszuli. I dlatego postuluję wprowadzenie w klasach humanistycznych zamiast chemii, matematyki, fizyki, a w szczególności biologii - zajęć szycia, gotowania, itp. To się w życiu przyda... Ale nie... Taki jest system, dlatego nauki rzeczy przydatnych naprawdę odbywam w domu. I idzie mi to całkiem, całkiem.
Godzina już 23:08. A ja zamiast siedzieć przykładnie przed książka, siedzę przed monitorem i wklepuję na klawiaturze kolejne litery, znaki tworząca zdania. Zdania zaś tworzą przekaz. To jest normalne. A nie, że allel A jest dominujący, bo allel a jest recesywny. Wtedy ma mucha czerwone oczy... a może to kwiaty są czerwone? Chyba to jednak kwiaty.
A no właśnie. Jesień przyszła. Kap... kap... kap kap... kap kap kap. Pada deszcz, szaroburo się robi, słońca coraz mniej. Duża część znajomych jest zdołowana, względnie niezbyt szczęśliwa. Czy udziela mi się to? Jak to mówią: kapkę. Egzystuję od weekendu do weekendu. I dobrze mi z tym.
A przed chwilą zaliczyłbym koziołka z krzesła. Dosłownie koziołka matołka. Znaczy skibiołka. No tak to mogę nazwać. Na szczęście zrecznym przeniesieniem środka ciężkości na klatkę piersiową się uratowałem. Ufff... nie nauczę się z tej biologii. Takie życie. Lepszy dziennik niż biologia. Jak haploidalnie kocha to poczeka, tak mówi znany allel.
To chyba wszystko co mam dziś do powiedzenia. Jak widać gęba mi się nie zamyka, znaczy klawiatura mi się nie zamyka. Czyli, że palce dalej zręcznie po niej śmigają.
Toruń czy nie Toruń?
I pytanie dnia: Po co? No po co mi to wszystko?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
Toruń czy nie Toruń? Jeszcze Ci się zmieni, mi tez się ciąglę zmienia.
Zgadzam się - ani chemia, ani biologia mi się nie przyda w przyszłości, ale matematykę proszę mi zostawić w spokoju. :P
Wiesz, wiedza ogólna wcale nie jest taka nie potrzebna, bo po pierwsze rozwija w nas różne sposoby myślenia, pod drugie nigdy nie wiesz co ci się naprawdę możę przydać, a po trzecie (które powinno być pierwsze, ale mi nie wyszło;P) ukierunkowywuje nasze zachowania.
Wiesz tej chemii bym nie lekcewazyl. Nas pani profesor np. uczyla co robic jak sie ma kaca ;)
Stary kiedy chodzilem do liceum (omg kiedy to bylo ;)) mialem "podobne" problemy. Podobne bo zastanawialem sie po co mam czytac "dziady",znac cechy charakterystyczne danej epoki czy w koncu po co ucze sie o jakiejs grecji czy rzymie. Za to fizyka, matma to bylo to... i nadal jest ;P Z biologia sie zgodze bo nie wiem po co mi byly organy wegetatywne sosny :D Co do polskiego i histy zmienilem zdanie bo dobrze sie jest orientowac w niektorych rzeczach, wlaczyc sie do rozmowy. Warto jest byc na czasie z wiadomosciami... czlowiek, tzn przynajmnie ja, sie lepiej czuje :)
Nie ma co narzekac. Studia maja ta zalete ze uczysz sie przedmiotow ktore cie interesuja... teoretycznie :/
PS. "dziadow" do tej pory nie przczytalem :D
Olsztyn ! Powodzenia ...
Toruń bo z mim wyjazdem to fifty fifty...
A pozatym uczysz sie tu nie dla mnie a dla samego siebie :]
Prześlij komentarz